Przegląd Polski 11 maja 2007

Żabką przez Atlantyk

Rzecz o fazdrygulstwie

Marek Kusiba

Od zamierzchłych czasów dzieciństwa nie dopada mnie już, niestety, obłomowszczyzna, polegająca na rannym polegiwaniu w łóżku, bez najmniejszej chęci podniesienia się do codziennych obowiązków. Przed tą cudną i jakże potrzebną współczesnemu człowiekowi chorobą broni nas narzucana na siebie niczym sieć dyscyplina, wrzaski dzieci, wycie psów i telefonów czy choćby kojący zapach kawy, której już żadna kuchareczka podać do łóżka nam nie chce.

Wyrywamy się zatem z objęć ciepłej kołderki, przełykamy płynny heban kawusi, przeglądając poranną gazetę. No i już po pierwszym akapicie powabnie wyglądającego tekstu żałujemy, że nierozważnie opuściliśmy bezpieczne leże. Chwyta nas zrazu gardłowy śmiech, a potem przecieramy oczy ze zdumienia. Rzecz dotyczy Rzeczy o książkach w Rzeczpospolitej z 5-6 maja i tekstu Gardłowy śmiech Lechonia. Już w pierwszych czterech zdaniach Anna Bernat popełnia co najmniej trzy błędy. Czytamy: "Przerwana została nagle ta rozmowa toczona wczesnym popołudniem w restauracji przy 57 ulicy w Nowym Jorku. Jan Lechoń wstał od stolika. Odszedł. Pobiegł w górę po schodach hotelu Henry Hudson, by przez okno 12. piętra rzucić się w dół".

Błąd pierwszy: nie rzucił się z okna, a z tarasu. Błąd drugi: nie z 12. piętra, a z 15. Błąd trzeci: nie pobiegł na nie po schodach, a wjechał windą. Anna Bernat pisze w tym, ciekawym skądinąd tekście, m.in. o wydanej niedawno w znakomitym i niezwykle żmudnym opracowaniu Beaty Dorosz, korespondencji Jana Lechonia z Mieczysławem Grydzewskim (Mieczysław Grydzewski, Jan Lechoń. Listy 1923-1956). A to nie kto inny jak właśnie Beata Dorosz już w roku 1999 w książce Lechoń nowojorski obaliła wersję skoku z hotelowego okna na rzecz hotelowego tarasu. Gdy byłem w hotelu Hudson przed rokiem, w 50. rocznicę dramatu poety, nie znałem jeszcze książki pani Dorosz ani jej ustaleń. Dostałem ją w dzień później od autorki w Amerykańskiej Częstochowie, po uroczystości odsłonięcia tablicy poświęconej autorowi Karmazynowego poematu (co opisałem na tej kolumnie). Ale dzień wcześniej, będąc w hotelu, chciałem zobaczyć "ten" pokój i "to" okno, o którym krążyły legendy. W hotelu przeprowadziłem dziennikarskie śledztwo. Wynik był jednoznaczny: Lechoń wtedy w tym hotelu nie mieszkał. Wpadł tam tylko na lunch. A skoro nie mieszkał, nie mógł wyskoczyć z okna. Na korytarzach nie ma okien, są tylko w pokojach. Szkopuł w tym, że okna są maciupkie i dużemu Lechoniowi byłoby raczej trudno... Natomiast rozległy taras na 15. piętrze nadaje się do tego celu znakomicie. Jest ogólnie dostępny i zazwyczaj pusty. Wystarczy przełożyć nogę przez balustradę i jest się za chwilę albo na wewnętrznym dziedzińcu hotelu, albo na chodniku 57 Ulicy. Gwoli ścisłości: obecnie nad dziedzińcem i hotelowym lobby znajduje się pokryte roślinnością szklane zadaszenie, którego wtedy jeszcze nie było.

Powtarzam w skrócie to, co napisałem przed rokiem, jak i to, co napisała Beata Dorosz już przed ośmiu laty, po to, by przemycić do alkowy polskiej krytyki literackiej - cierpiącej od lat na ostrą obłomowszczyznę, zwaną często lenistwem - sprostowanie błędu, powtarzanego we wszystkich znanych mi publikacjach na ten temat, poza publikacjami Beaty Dorosz, oczywiście. A swoją drogą wciąż zastanawia i niepokoi ten brak ścisłości w badaniach nad emigracją, traktowanie losu pisarza-emigranta jak kogoś zasługującego na mniejszą dbałość od pisarza krajowego. Albośmy to jakoś tacy nie swojacy? Przeważa Witkacowskie bałagulstwo, bałaganiarstwo i bylejakość. Najcelniej ujął tę przypadłość prof. Wojciech Skalmowski w liście do Sławomira Mrożka z grudnia 1970 r. (w opublikowanym właśnie przez Wydawnictwo Literackie tomie epistolografii Sławomir Mrożek, Wojciech Skalmowski: Listy. 1970-2003): "(...) zagrało znów wrodzone i nabyte FAZDRYGULSTWO (termin Witkacego, który staram się popularyzować: połączenie kresowego [...] BAŁAGULSTWA z tymczasowym, troszeczkowym i prowizorycznym FASTRYGOWANIEM).

Powielanie wytartych, kalekich już kalek pojęciowych ma głębsze źródło niż tylko nieuważność. Niektórzy autorzy coraz mniej czytają na temat tematu, którym fastrygują gazetowe strony, a niektórzy redaktorzy czytają po łebkach (lub wcale) zamieszczane przez siebie teksty. Nie chciałbym wysyłać pani Anny Bernat na 12 czy 15 piętro hotelu na piechotę, i to jeszcze biegiem, jak pisze, ale gdyby obecny redaktor Rzeczy o książkach chwilę nad tymi zdaniami podumał, na pewno by je poprawił. Nie puściłaby podobnego fazdrygulstwa Elżbieta Sawicka, gdyby nadal redagowała stworzony przez siebie dodatek. Miała jednak to nieszczęście, że była znakomitą redaktorką, dlatego musiała opuścić, nie z własnej woli, opuszczającą się coraz niżej redakcję.

Nieraz żałuję, że nie nachodzi mnie już piękna choroba Obłomowa, tytułowego bohatera powieści Iwana A. Gonczarowa. Jutro znów wyrwie mnie z ciepłego łóżka gardłowy śmiech naszych radosnych czasów...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail