Przegląd Polski 18 maja 2007
- Granice tego, co jest możliwe. - Z Billem Johnstonem, tłumaczem literatury polskiej, rozmawia Izabela Bożek
- Lustra - Anna Frajlich
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Gwiazda i śpiewarka
W dniu, w którym runęła lustracja, w całym kraju szalały burze i wichury. Na głowy widzów, śmiejących się właśnie z pary klownów, runęła kopuła cyrku w Opolu Lubelskim, dziwnie przypominająca budowlę przy Wiejskiej. Nawałnice biczowały niebo pejczami błyskawic, gwiazdy się pochowały wystraszone, jedynie nieustraszony senator Andrzej Gwiazda lustrował tego sądnego dnia senatora Bogdana Borusewicza za danie hasła do boju, znanego w dziejach świata pod nazwą strajku Solidarności, a przez Gwiazdę po prostu esbecką prowokacją. Wszystko w obecnej Polsce jest, było i jeszcze długo będzie spiskiem armii tajnych, jedno- i dwupłciowych...
Pachniało już spiskiem dzień wcześniej, gdy z Bożeną D. przemykałem się mokrymi ulicami w kierunku biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, na sabat wykształciuchów. W powietrzu czuło się nabrzmiewający niepokój, ptaki fruwały niczym podfruwajki na dyskotece, psy wyły w chórze z pędzącymi gdzieś karetkami, a grozę sytuacji potęgowała Katarzyna Figura, rzucająca swymi obłościami po deskach Teatru Dramatycznego w najnowszej adaptacji Peer Gynta Ibsena. Było jak w pewnej piosence: "Publiczność stała półkolem przy arenie / nie było końca rozgłośnym śmiechom / zapowiadano słynne przedstawienie / z hotelu Hudson wyskakuje Lechoń". Bez tej ostatniej linijki, ma się rozumieć.
Gdy jednak biegliśmy z Bożeną ciemnymi ulicami, słowa tej piosenki dudniły mi w uszach bardziej niż uciekające do zajezdni tramwaje: "A kiedy szliśmy wiało i grzmiało / ludzie od siebie uciekali / ktoś gonił porzucone ciało / z którego bliźni go obrali / ktoś ścigał swoją czarną duszę / co białą wiała limuzyną / ktoś inny wołał: ognia, proszę! / bo właśnie oblał się benzyną"... Gdy ten utwór, zatytułowany tajemniczo i proroczo Cyrk podziemny, kilka dni wcześniej śpiewała na scenie teatru Bajka Ada Gostkowska, czułem już dreszczyk nadciągającej grozy. Odziana w ciemne szaty "śpiewarka", w terminologii jej synka, przekazywała widowni wizję nadciągających wydarzeń. Wtórował jej Krzysztof Kolberger swym tajemniczym głosem, ale ludzie jakoś nie okazywali czujności, jeno bili brawo. Klaskali i mlaskali nawet wtedy, gdy Kolberber uświadamiał im ich pożałowania godną sytuację. Śpiewarka przypomniała bowiem piosenkę Agnieszki Osieckiej i Jarosława Abramowa-Newerlego o okularnikach, a Kolberger przytoczył historię sporu z cenzorem o to, czy okularnicy z tytułem magistra mogą przeżyć "w jakimś mieście / za te polskie tysiąc dwieście". Przytomny Andrzej Jarecki napisał od ręki nową wersję: "Potem wiążą koniec z końcem / za te polskie dwa tysiące" - i cenzor to kupił. A teraz historia zatoczyła koło, gros wykształciuchów ledwo wiąże koniec z końcem za te polskie dwa tysiące albo klepie zwykłą biedę za te polskie siedem (setek). Siedemset złotych zarabia nauczyciel po studiach, a tysiąc dwieście nauczyciel z wieloletnim stażem. I dobrze mu tak, bo gdyby był profesorem, miałby aż dwa tysiące.
Moją czujność wyostrzył za to widok grupki spiskowców u wrót biblioteki. - Niedługo każą spalić nasze książki - szeptał do ucha profesora Leszka Kołakowskiego opalony Adam Michnik. O krok dalej spiskował ksiądz-profesor Jan Andrzej Kłoczowski z profesorem Krzysztofem Michalskim, dyrektorem Instytutu Człowieka w Wiedniu, który był odziedziczył po księdzu-profesorze Józefie Tischnerze - jak wiadomo jednym z największych spiskowców w polskich dziejach, zaraz po Karolu Wojtyle. Mam oczywiście na myśli myślenie.
Źródeł polskiego zadufkowstwa profesor Michalski poszukał u niemieckiego filozofa. Mówił dziwnie, że zabiliśmy Boga, bo zamieniliśmy go na moralność, a Bóg jest poza dobrem i złem. Ale trudno mu się dziwić, że mówił dziwnie. Po pierwsze filozof, po drugie promował swoją nową książkę Płomień wieczności. Eseje o myślach Fryderyka Nietzschego, a po trzecie sięgnął po nihilistę, jakby w naszych czasach było miejsce na nihilizm. Na alkoholizm tak, na pracoholizm tak, ale na nihilizm - nigdy. Współczesny Zaratustra przytoczył też opowieść ewangelistów o pewnym żydowskim synu cieśli, który nawoływał lud Judei, żeby zostawił swoje życie i poszedł za nim, za co został przykładnie ukarany. Profesor sięgnął też po cytat ze św. Łukasza, w którym Jezus mówi do swoich towarzyszy: "Ten, kto nie potrafi nienawidzić swojej matki i swoich dzieci, nie może pójść za mną". Jezus chciał jedynie, żeby lud pozbył się ciężaru przeszłości. Tego samego chciał polski władca w dwóch postaciach o lustrzanym do siebie podobieństwie, który też pragnął, aby lud polski pozbył się ciężaru przeszłości, ale jakoś to nie wyszło.
Dwuosobowemu władcy pięknego kraju nad Wisłą i Wartą nie pozostaje nic innego, jak zabrać się do odbudowy rozwalonego cyrku albo od razu zabrać się za budowę cyrku podziemnego - z Andrzejem Gwiazdą w roli tresera solidarnościowych kombatantów. Naprawdę warto, bo klownów, gotowych rozśmieszać świat kolejnymi poPiSami, w tym cyrku nie braknie. Może co prawda zabraknąć publiczności, a nawet podfruwajek, które razem z nawałnicami uciekły do łagodniejszych klimatów, ale tym niech się już martwi Pan Bóg, zamieniony na moralność.
