Przegląd Polski 25 maja 2007

Żabką przez Atlantyk

Rozkołysane biodra Elvisa Presleya

Marek Kusiba

Podróże sentymentalne mają to do siebie, że wyciskają dwa rodzaje łez: wzruszenia i rozpaczy. Młodszym emigrantom, peregrynującym do miejsc i ludzi porzuconych przed laty, muszą przychodzić na myśl słowa Zeusa z Homerowej Odysei - o głupocie ludzi postępujących wbrew przeznaczeniu. W imieniu emigrantów niepodległościowych, odciętych od ojczyzny przez jałtańskie wyroki, przemawia już sam Odyseusz, którego czaruje nimfa Kalipso - "pochlebstwem, pieszczotą, oczyma,/ By się wyrzekł Itaki". Ale on się nie wyrzeka i chce "dym itacki ujrzeć choć z daleka", aby umrzeć bez żalu...

I teraz już wiemy, że to nic innego, a dym itacki wyciska łzy, nie zawsze osuszane przez uśmiechy rodaków, obdarzających największym prezentem, jakim można ugościć emigranta wracającego, choćby na jedną chwilkę z oddalenia - zrozumieniem i akceptacją. Muszę wyznać, że oganiałem się od tego itackiego dymu przez kilka szczęśliwych dni, jakie spędziłem na Podlasiu podczas konferencji na temat emigracji (pisze o niej szczegółowo w tym numerze Beata Dorosz). A niniejszy felieton, jak przystało na panującą obecnie w Polsce modę, jest (i)lustracyjny, ilustruje bowiem pewną dość typową sytuację: moje życie, niczym "rozkołysane biodra Elvisa Presleya" z felietonu Balińskiego, wykonało piruet i wróciło do punktu wyjścia - a raczej punktu wypłynięcia, bynajmniej nie żabką, z Polski. Tym miejscem jest budynek dawnego komitetu partii, przerobiony za obecnej demokracji na Wydział Humanistyczny Uniwersytetu w Białymstoku.

Ćwierć wieku wcześniej w tych samych salach urzędowali smutni panowie i smutne panie, decydujący o losach współziomków. Nie byli to żadni najeźdźcy ani barbarzyńcy, a sąsiedzi, mieszkający w tym samym mieście. Polacy Polakom gotowali los niczym ciężkostrawny bigos, a w jakże licznych przypadkach - rozpolszczali, zmuszając do opuszczenia ojczyzny-polszczyzny. Na osławioną weryfikację do ubeków i ich pachołków nie poszedłem, ale ci, którzy się poddali zabiegowi obdzierania z godności, też zostali usunięci z zawodu, a w efekcie - kilkoro z białostockich żurnalistów zostało przesuniętych jak zbędne meble poza granice na nowo meblowanego kraju.

Minęło ćwierć wieku i nasz wycieńczony ciągłymi remontami kraj znów się na nowo mebluje. Największą karierę robią meblościanki wypełnione teczkami. Mnie jednak najbardziej spodobały się niebieskie teczki rozdawane nam przez elokwentne studentki oraz organizatorki konferencji, których nazwisk nie wymienię, gdyż chcę im złożyć wyznanie miłosne. Od kilku dni bowiem kocham platonicznie i jak najbardziej otwarcie dwie kobiety, blondynkę i brunetkę, i wiem, że nie jestem w swym występnym uczuciu odosobniony. Piszę to wyznanie także w imieniu dr. Romana Sabo z Vancouver, jak i zapewne wielu innych w miarę rozgarniętych osób płci obojga z różnych zakątków globu i kraju, kraju, co niczym kosmos nieogarnięty i tajemniczy. Powody naszej nieokiełznanej miłości do blondynki i brunetki z tytułami doktorskimi i habilitacjami mogą nas zrehabilitować w oczach naszych żon, gdyż są jak najbardziej bezinteresowne.

Aczkolwiek mamy pewne oczekiwania, jak to z miłością, zwłaszcza platoniczną, bywa. Po pierwsze, chcemy więcej takich wzruszeń, powodowanych uświadomieniem sobie prostego faktu, że w kraju nas czytają i badają, analizują i syntetyzują, nazywają i periodyzują, co na emigracji prawie wcale nam się nie udaje, przynajmniej tak udatnie. Miła to świadomość, że nadludzkim wysiłkiem wielu podobnych dwóm naszym obiektom wzruszeń osób i w Białymstoku, i poza nim, emigracja jest obecna coraz wyraziściej na mapie kultury polskiej. Nie dzielonej, a łączonej - tęczową kładką rzuconą ponad Atlantykiem czy innym Pacyfikiem, po której można suchą stopą wracać na strony podręczników i półki bibliotek oraz meblościanek, z których, mam nadzieję, już niedługo znikną szarobure teczki z minionej epoki, ustępując miejsca optymistycznym teczkom niebieskim.

Kolejnym powodem naszego zadurzenia w dwóch paniach (i kilku panach, ale o tym sza) jest ich granicząca z obsesją pracowitość, imponująca skuteczność, profesjonalizm, gościnność i życzliwość - tak potrzebna ludziom oddalonym. Ogrom czasu włożony w zorganizowanie nasyconej tematami konferencji zasługuje na najwyższy podziw, którego wyrazy niniejszym składam. A dodatkowym urokiem konferencji były jej zajęcia pozaszkolne. Do dzisiaj powtarzamy: jak tu pięknie, rozciągając i pochylając samogłoski na sposób białostocki. A globtroterom wybierającym się do Białegostoku polecamy szyszki ziemniaczane i naleśniki wszelkiej maści i okrasy, przygotowane przez absolwentkę polonistyki, przygotowaną do życia przez jedną z naszych platonicznych miłości w dobrym tonie smutnych. Smutnych z powodu powrotu do emigracyjnej codzienności, niemającego nic wspólnego z powrotem Odysa do wytęsknionej Itaki...

PS. W poprzednim felietonie przez roztargnienie awansowałem Andrzeja Gwiazdę do miana senatora, którym jeszcze nie został, ale mam nadzieję, że spełni niebawem moje pobożne życzenie.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail