Przegląd Polski 1 czerwca 2007
- Przedziwny skoczek - Jan Zieliński
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Dusze przemyte pięknem
"Mieszkańcy szklanych domów nie powinni obrzucać się kamieniami" - poucza irlandzkie przysłowie, przytoczone przez Romka S., z którym pielgrzymujemy po Polsce jak po ziemi świętej - pełni zachwytu, ukontentowani każdym spotkaniem, każdym widokiem, każdym polskim dniem. To irlandzkie przysłowie powinno być tu stosowane także przez stałych mieszkańców szklanych ekranów, walących się po głowach kamiennymi toporkami słów twardych i prostych jak ich dobre, wiejskie życie przed trafieniem na Wiejską. Ale bywają też zabawne momenty. Rzeczniczka praw dziecka zamawia ekspertyzę, czy teletubiś Tinky Winky nie jest przypadkiem gejem, premier chełpi się brakiem konta w banku, wiceminister edukacji odrzuca teorię ewolucji, a minister szykuje dla szkół rewolucję w skali Europy, czyli ustawę antyhomoseksualną. Idąc tropem tego (z)myślenia należałoby zlustrować wszystkie odcinki Bolka i Lolka, zastanowić nad relacjami pomiędzy Kubusiem Puchatkiem i Prosiaczkiem, sprawdzić, czy przypadkiem Królewna Śnieżka nie zdemoralizowała siedmiu krasnoludków, ustalić głęboko ukryte w podświadomości powody braterskiego uczucia Jacka i Placka.
Zostawmy jednak polityków doszukujących się "niewłaściwych zachowań seksualnych" u bohaterów bajek dla dzieci i poszukajmy ciekawszych ludzi i miejsc w celu ochrony życia duchowego. Gdy zmęczy miasto i zakalcowate ciasto codzienności, warto pójść za radą Wojciecha Młynarskiego: "I po prostu wyjedź w Bieszczady / tak jak rano jedzie się do biura, / pluń na bajki, pluń na ballady, / tylko męska literatura..." (cytuję z pamięci).
Już na Dworcu Głównym w Warszawie spotkać można Dorotę F., dziennikarkę telewizyjną i szybowniczkę, by po kilku chwilach rozmowy uświadomić sobie, jak mały jest świat ludzi przestrzeni. Mają w oczach dal i łagodność, a zarazem dzielność i hardość, oprawione w słowa ciepłe i pachnące jak bułeczki. Wystarczą trzy, cztery zdania, by znaleźć się w środku świata wspólnych fascynacji i w kręgu bardzo bliskich nam osób.
Warto nadłożyć drogi w góry, by zahaczyć o Supraśl, gdzie mieszka Wiktor W., od 40. lat fotografujący te same meandry Narwi i Biebrzy, walące się płoty i przydrożne krzyże, wschody i zachody słońca swego Podlasia, nie próbując szukać "dalekich, dających obietnicę przygody światów" (Ernest Junger). Postępują tak tylko ci, co "zatracili poczucie ojczyzny". Wtedy muszą do niej wracać, by poczucie to przywracać...
Warto wstąpić do Drohiczyna, gdzie radosna Sylwia W. przyrządza najlepszy kugiel świata, czyli babkę ziemniaczaną, zaczytując się literaturą. Warto zatrzymać się w Lublinie i pochodzić po pięknej, choć zaniedbanej Starówce, której urodę przykrywają liszaje odpadających tynków. Za to spotkani tam ludzie wyrównują z nawiązką niedoróbki konserwatorów lub brak funduszy na renowacje. Nauczyciel akademicki, redaktor i publicysta Franciszek P., szlifierz literackich talentów, i jego niezwykli studenci, znający na wyrywki twórczość ojców polskiego reportażu, zafascynowani swoim wychowawcą, który przechodzi z nimi na "ty", by ich ośmielać, ale i kształtować w atmosferze dobroci i akceptacji. Warto wstąpić do Chełma i odwiedzić społecznika Tadeusza B., by pojechać z nim do Siedliszcza na grób emigracyjnego poety Wacława Iwaniuka, opatrzony inskrypcją "Wygnany - wrócę".
Oto nie tylko polski, fenomen: kraj pięknych, rządzonych przez brzydkich. Kraj kilku dziewczyn z plecakami, wędrujących samotnie połoninami "w poszukiwaniu magii". Kraj umazanego farbą malarza pokojowego z Ustrzyk Dolnych, zbierającego na łące kwiaty dla swej dziewczyny. Kraj zasapanego księdza z pokaźnym brzuszkiem, ciągnącego młodzież na Tarnicę, aby pomodlić się pod papieskim krzyżem. Kraj Anki S., wbiegającej nocą na Połoninę Wetlińską z 15-letnią Kają, aby posmakować wiatru i zobaczyć góry w świetle księżyca. Kraj Michała i Tosi S. z Krosna, rozmawiających codziennie z córką pracującą w Irlandii. Kraj Katarzyny M-B. wyprawiającej się z Krakowa do Sanoka, by osobiście poznać poetę Janusza S., autora wierszy, które ją oczarowały. Kraj 16-letniego sieroty Patryka L. z Wałbrzycha, mieszkańca Ochotniczego Hufca Pracy, marzącego o pozostaniu kucharzem, by najadać się o syta. Kraj właścicielki cukierni w Rzeszowie, raczącej gości darmowymi lodami w celu zachęcenia turystów "do podziwiania jej pięknego miasta". Kraj Małgosi K. z Wesołej pod Warszawą, przynoszącej mi do komputera trzecią już dzisiaj kawę. I kraj jej męża Jacka, co rano "modlącego chleb" nożem, oraz ich kilkuletniej córki Sylwii, budzącej mnie przed szóstą słodkim "wstawaj, bo musisz pracować"...
A także kraj Irlandczyka, Polaka i Kanadyjczyka w jednej osobie, poety Romka S., urodzonego w Lesku, a mieszkającego na stałe w Vancouver, dzielącego się ze zmokniętą starszą panią w Krakowie swoimi pierogami, a podczas zejścia z Tarnicy i Szerokiego Wierchu wypowiadającego puentę dla tej relacji: "Czuję się tak, jakby mi ktoś duszę przemył pięknem, a oczy przeszklił światłem"...
