Przegląd Polski 8 czerwca 2007

10 000 wydań
"Nowego Dziennika"

Założyciel "Nowego Dziennika" - Bolesław Wierzbiański

 

Jubileuszowy numer ukazał się 4 czerwca i zawierał specjalny dodatek poświęcony temu wydarzeniu. Dziś w Przeglądzie Polskim zamieszczamy wspomnienia kilku osób pracujących w naszej redakcji w minionych latach.

Nowy impuls życiowy

MAŁGORZATA SZEJNERT

Kiedy narzucono Polsce stan wojenny, byłam reporterką. Pracowałam w redakcji tygodnika Literatura. Straciłam tę pracę. Zniechęciłam się do życia w Polsce.

Ameryka to był skok na głęboką wodę. Wiedziałam, że amerykańską dziennikarką już nie zostanę. Zaczęłam od sprzątania po domach.

Po paru dniach poszłam do redakcji Nowego Dziennika. W tamtych czasach odżyła rola emisariuszy. Ja przywiozłam porcję ustnych wiadomości dla jednej z redaktorek. Tak się składało, że rozstawała się właśnie z gazetą. Pomyślałam - to miejsce się zwalnia - i złożyłam podanie.

Ku swemu zdziwieniu zostałam przyjęta. Z czasem zrozumiałam, dlaczego.

Redaktor Bolesław Wierzbiański miał cechy, które rzadko występują razem - tolerancję, wyobraźnię, praktyczność. Dopuszczał możliwość, że nie każdy, kto pracował w PRL jako dziennikarz, musiał się spaskudzić. Wiedział, że świeży przybysz z Polski przynosi aktualny język, wiadomości i nastroje, i że to daje gazecie życie i rytm. Przewidywał także, że ci nowi - a z czasem pojawiło się ich więcej w redakcji - mogą odegrać rolę w budowaniu polskiej demokracji; wierzył, że taka chwila nadejdzie.

W Nowym Dzienniku po raz pierwszy w życiu pracowałam bez cenzury. Doświadczyłam tego, że można pisać po prostu, nie stosując ezopowych zabiegów, by zmylić pogonie. Rozglądałam się po metropolii, wiele się dowiedziałam i nauczyłam.

Można śmiało powiedzieć, że w połowie lat 80. redaktor Wierzbiański, przygarniając dziennikarzy z Polski, stworzył w swojej gazecie niewielką, ale skuteczną kuźnię kadr dla III RP. Z tej grupy wyszli m.in. konsul RP w Nowym Jorku Jerzy Surdykowski, ambasador RP w Izraelu Wojciech Adamiecki, zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej Piotr Stasiński, redaktor głośnego programu publicystycznego w TVN Maciej Wierzyński.

Ja także nie miałabym pewnie odwagi podjąć się prowadzenia (przez 15 lat) działu reportażu w Gazecie Wyborczej, gdyby nie polsko-amerykańskie doświadczenie, które dało mi nowy impuls życiowy.

A jednocześnie ci koledzy z Nowego Dziennika, którzy na stałe związali się z Ameryką, wspierali piórem, akcjami politycznymi i społecznymi polską transformację. Dzisiaj kierują gazetą i trzymają się wzorca: tolerancja, wyobraźnia, praktyczność.

Dziękuję i gratuluję.

Małgorzata Szejnert ostatnio oddała do druku książkę o Śląsku, a obecnie pracuje nad następną, poświęconą historii Ellis Island - wyspy będącej dla wielu pokoleń emigrantów wrotami do Ameryki.

 

Żadnego gwiazdorstwa, żadnych pretensji

JAROSŁAW ANDERS

Przyjechałem do Stanów Zjednoczonych jesienią roku 1981 na stypendium ówczesnej United States Information Agency jako nie tak już młody, ale wciąż dobrze się zapowiadający tłumacz i krytyk literacki. Do domu miałem wracać na święta.

Po stanie wojennym postanowiłem zostać w Nowym Jorku i zobaczyć, czy uda mi się sprowadzić żonę i córeczkę z Polski.

Po którejś z moich publikacji w prasie amerykańskiej (pisywałem recenzje książkowe pod własnym nazwiskiem i op-edy pod pseudonimem) odszukał mnie pan Bolesław Wierzbiański. Zaprosił mnie do restauracji w siedzibie ONZ. Porozmawialiśmy o sytuacji w Polsce, o Ameryce i o moich planach, po czym uprzejmie i nienatarczywie zapytał, czy bym czegoś dla niego nie napisał. Przystałem i na tym się rozstaliśmy.

Miałem wówczas ambicje literackie, żyłem zupami z puszki, mieszkałem w ogromnym lofcie Susan Sontag, którą poznałem poprzedniego roku w Polsce, i wierzyłem, że przy moich kontaktach zdołam się zaczepić w prasie amerykańskiej. Kiedy jednak po ponad roku żonie i córce udało się do mnie przyjechać, skończył się czas bohemy i zaczęła emigracja.

Za namową przyjaciół - scenarzysty i krytyka filmowego Maćka Karpińskiego oraz Piotra Niklewicza - którzy pracowali już w Nowym Dzienniku, tym razem to ja zgłosiłem się do pana Bolesława. Powiedział, żebym przychodził do redakcji trzy razy w tygodniu, pewnie jakaś robota się znajdzie.

Nowy Dziennik mieścił się wtedy (z najwyższym trudem) w kilku pokoikach na środkowym Manhattanie. Pan Bolesław przychodził zwykle dopiero po południu, żeby zaplanować numer na następny dzień. Codzienną krzątaniną kierowała jego zastępczyni Renata Gorczyńska wspólnie z sekretarzem redakcji, moim późniejszym kolegą w Głosie Ameryki Markiem Krzyżańskim.

Współpracowników dorywczych, takich jak ja, sadzano wówczas "na waleta" - po dwóch przy jednym biurku, tak że potężne elektryczne maszyny do pisania opierały się o siebie plecami. Zajmowaliśmy się wszystkim: adiustowaniem depesz, pisaniem felietonów, robieniem wywiadów. Absolutnie żadnego gwiazdorstwa, żadnego "dorobku", żadnych pretensji. Każdy musiał się starać jak tylko mógł, a pod koniec dnia miał z tego wyjść numer.

Praca w NDz wyglądała mniej więcej tak samo szaleńczo, jak we wszystkich znanych mi redakcjach - tylko bardziej.

Dzień zaczynał się od swobodnej rozmowy, wielokrotnego wyskakiwania po kawę, przeglądania prasy, redakcyjnych plotek. Wraz z upływem czasu i przy coraz bardziej nerwowym stukocie maszyn atmosfera stawała się gorąca, bardzo gorąca, by wreszcie osiągnąć stan zupełnej paniki. Termin zamknięcia numeru zbliżał się nieubłaganie i wszystko wskazywało na to, że akurat dzisiaj gazeta po prostu nie wyjdzie. No, nie wyjdzie i już. Jednak wychodziła.

Nieraz na godzinę przed zamknięciem wpadała do mnie Renata z rozwianym włosem, albo Marek, który włosów prawie nie miał, i domagali się, żebym natychmiast napisał komentarz redakcyjny.

Pisało się więc 200-300 słów, bardziej palcami niż głową, na jakiś temat krajowy (tych wówczas nigdy nie brakowało) albo amerykański, albo kulturalno-nowojorski. Redaktor dyżurny wydzierał to z maszyny i biegł do maszynistek.

Z Nowego Dziennika wywabił mnie Głos Ameryki, gdzie wymknął się przede mną Piotr Niklewicz i gdzie wkrótce później dobił Marek Krzyżański. Pan Bolesław przyjmował te odejścia ze stoicyzmem, niemal jak coś nieuchronnego, choć może nie do końca. Przyjmując pod swoje skrzydła kolejnego polskiego rozbitka, miał chyba gdzieś w głębi nadzieję, że ten akurat może mu zostanie.

Kiedy później, z waszyngtońskiego zesłania, wspominałem tamte dni, zawsze wydawały mi się one nadspodziewanie bogate i ważne jako część mojego pierwszego, też ważnego, okresu w Ameryce. Cieszę się, że choć trochę spośród z tych 10 tysięcy numerów nosi również ślad mojej ręki, a kilka do dziś spoczywa w moich archiwalnych teczkach.

Jarosław Anders jest obecnie redaktorem w Biurze Programów Informacji Zagranicznej Departamentu Stanu USA.

 

Jaśnieje jak gwiazda

MACIEJ WIERZYŃSKI

To było ze dwadzieścia lat temu, a może nawet więcej. Chyba dwadzieścia jeden. Mieszkałem wtedy w Chicago, a Nowy Dziennik podejmował próbę wprowadzenia na tamtejszy rynek swojej edycji chicagowskiej. Kiedy przedsięwzięcie po kilku miesiącach załamało się, miałem podwójne powody do zmartwienia. Jako czytelnik, bo traciłem polską gazetę, która nadawała się do czytania, i - po drugie - ponieważ moja żona, która pracowała w redakcji chicagowskiej, traciła pracę. Łatwo sobie wyobrazić, jaki to był cios dla - z trudem wiążącej koniec z końcem - rodziny świeżych emigrantów.

W piśmie Relax pożegnałem chicagowskie wydanie Nowego Dziennika felietonem, w którym napisałem, że gazeta na rynku polskiej prasy w Ameryce jest niczym New York Times, tak wyraźnie góruje nad resztą produktów polonijnego dziennikarstwa. Winą za niepowodzenie obarczałem szefów edycji chicagowskiej. Napisałem o nich, że jako fachowcy pokazali, że mają dwie lewe ręce. Dziś widzę, że byłem niesprawiedliwy. Kierownicy redakcji chicagowskiej wprawdzie rzeczywiście mieli dwie lewe ręce, ale nawet gdyby mieli cztery, i to prawe, niewiele by to pomogło, bo zabrakło środków finansowych na wprowadzenie nowego tytułu na rynek, na którym działał mocno osadzony wśród Polaków Dziennik Związkowy oraz takie perły prasy polonijnej, jak tygodniki Alfa i Panorama.

Dwadzieścia jeden lat i mniej więcej 7000 wydań Nowego Dziennika później sytuacja nie zmieniła się bardzo. Zasilane bzdurami z kraju tabloidy przenoszą na drugą stronę Atlantyku wszystko, co jest w polskiej prasie najgorsze. Na ich tle Nowy Dziennik jaśnieje jak gwiazda zdrowego rozsądku i rzetelnej informacji. Dobrze mu robi bliskość świetnych wzorów amerykańskich i oddalenie od złych nawyków dziennikarstwa polskiego. Czy to jest gwarancja następnych 10 000 wydań? Tego nie jestem pewien. Ale gazecie, w której przepracowałem pięć bardzo ciekawych lat, życzę tego z całego serca. I żeby wreszcie powstała edycja chicagowska.

Maciej Wierzyński, w latach 2001-2005 redaktor naczelny Nowego Dziennika, po powrocie do Polski związał się, jako komentator, ze stacją telewizyjną TVN 24, w której prowadzi też autorski program "Horyzont", poświęcony polityce międzynarodowej.

 

"Niech pan drze"

MAREK KRZYŻAŃSKI

Pracę w Nowym Dzienniku rozpocząłem w 1978 roku, prawie 30 lat temu. Przedtem drukowałem poezję w prasie emigracyjnej w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Niemniej jednak wielkie było moje zdumienie, gdy przyjechawszy pewnego razu do Nowego Jorku na - wydawało mi się - niezobowiązujące spotkanie z redaktorem naczelnym i wydawcą Nowego Dziennika Bolesławem Wierzbiańskim, usłyszałem słowa: "To kiedy przychodzi pan do pracy?". Zatkało mnie.

Przyszedłem tydzień później. Była późna jesień. Cały świat żył jeszcze wyborem Karola Wojtyły na papieża. Pamiętam jak dziś: wchodzę do redakcji, jest pusto, ciemnawo. Wita mnie starszy pracownik i od progu słyszę: "No to niech pan drze! ", Co niby mam drzeć? "Depesze Reutersa!" - i prowadzi mnie do maleńkiej kanciapy z teleksem, z którego spływają zwoje żółtego, zadrukowanego papieru. Tuż obok na półkach encyklopedie, słowniki i... teczki (dziś różnie w Polsce kojarzone) z fotografiami ówczesnych mężów stanu. Zacząłem więc drzeć depesze przy linijce. Kiedy pojawiła się Ewa Czarnecka (Renata Gorczyńska), dostałem w ramach zadania bojowego do przetłumaczenia list Polish National Alliance (Związku Narodowego Polskiego).

Boże, jaki byłem wtedy młody i zielony! Czuwając nad poprawnością polszczyzny, przetłumaczyłem nazwę jako Polski Związek Narodowy. Na szczęście Renata od razu wyłapała błąd, trochę sobie ze mnie pokpiła (były tam jakieś zaszłości między dwiema organizacjami) i... stałem się dziennikarzem. Wiele się przy Renacie i p. Bolesławie nauczyłem. Ta praca pozwoliła mi później gładko przejść do obowiązków w Głosie Ameryki.

Pisaliśmy wtedy na maszynach elektrycznych; komputery mieliśmy tylko w dziale składopisu. Oddawaliśmy tam każdy materiał, panie Mildred Brooks (nieznająca słowa po polsku z wyjątkiem "dzień dobry") i Irena Kapałka wstukiwały to w komputer, a z maszyny wyskakiwały perforowane karty, które z kolei trzeba było wsunąć do drukarki i z drugiej strony schodziły szpalty gotowe do nalepienia na kolumny, czyli strony, po przejściu przez biurko adiustatorki/korektorki, niezmordowanej pani Tatiany Ossowskiej. Jeśli przyjąć, że gazeta jest organizmem, a redakcja mózgiem, lepiarnia odgrywała rolę płuco-serca. To tu właśnie po południu tętniło życie. Redaktorzy pędzili w pośpiechu przeglądać złożone kolumny, wychwytując ostatnie literówki, donosząc ostatnie zdjęcia, dopracowując tytuły. Jeden z zabawniejszych brzmiał "Kreteńskie spotkanie Mitteranda" - o jego spotkaniu z Arafatem na Krecie.

Kiedy bardzo naglił czas, redaktorzy sami zabierali się do lepienia, obliczali procentową redukcję zdjęć, słowem - żyli gazetą do ostatniej chwili, dopóki nie została podpisana i oddana do druku. Tak to, tak drzewiej bywało! Kiedy Lech Wałęsa dostał pokojową Nagrodę Nobla, na tytułowej stronie walnęliśmy olbrzymimi czcionkami "NOBLISTA!". Ileż było telefonów następnego dnia od zirytowanych czytelników, nalegających, że powinno było być "NOBELISTA". Cierpliwie odsyłaliśmy do słownika poprawnej polszczyzny. Niektórzy pytali: "A gdzie ten słownik wydany? Bo jak w kraju po wojnie, to sam pan wie...".

Pamiętam, pewnego razu pojawiło się jakieś zagrożenie bombowe i kończyliśmy lepić gazetę w restauracji w suterenie. To były emocje!

Gościliśmy w redakcji wielu wybitnych Polaków starszego i młodszego pokolenia: Jana Kotta, Janusza Głowackiego, Rafała Olbińskiego. Poeci wpadali na pogawędkę, działacze Polonii na spotkania przy winie, czytelnicy kupić egzemplarz gazety lub dać ogłoszenie.

Żyliśmy wielkimi wydarzeniami: konfliktem bliskowschodnim, pielgrzymkami Papieża do Polski, Solidarnością, stanem wojennym, odradzaniem się w Polsce opozycji, zamachem na Papieża i Ronalda Reagana, słabnięciem popularności Ameryki w Europie Zachodniej, najzabawniejszym bodaj burmistrzem Nowego Jorku Edem Kochem, na którego kadencję przypadła straszliwa susza i który przewodził kampanii na rzecz oszczędności wody pod ukutym przez siebie hasłem: If it's yellow let it mellow, if it's brown flush it down.

Pisywali u nas ludzie różnych orientacji politycznych i nie tylko politycznych - narodowcy, socjaliści (jeszcze przedwojenni). Bez względu na indywidualne komentarze linia gazety zawsze była wyrazista: krzewienie idei niepodległości Polski i zwiększenia udziału Polonii w życiu politycznym Stanów Zjednoczonych. Dziś czytuję Nowy Dziennik w internecie i widzę, że to się nie zmieniło, choć zmieniła się siedziba gazety i pozmieniali się naczelni. Wolność w Polsce powitałem już w Głosie Ameryki (gdzie moim szefem był Maciej Wierzyński, później drugi - po Bolesławie Wierzbiańskim - redaktor naczelny Nowego Dziennika) w nieistniejącej obecnie Sekcji Polskiej.

Tamten okres to były dla mnie czasy najlepsze, czasy młodości. Potrzeba było wielu lat i wielu doświadczeń, żebym zmienił optykę i zaczął patrzeć na świat szeroko otwartymi oczami, a nie niezbyt dojrzałym wtedy sercem. Śp. Bolesław Wierzbiański był wobec do mnie niezwykle cierpliwy i wyrozumiały. Nie wiem, czy mnie samego byłoby stać na tyle dobroci.

Dzisiaj wspominam Nowy Dziennik z tęsknotą, patrząc na ukochaną pustynię i góry nad Rio Grande - tuż za oknem mego domu, a pies trąca mnie mokrym nosem i każe kończyć. Serdecznie pozdrawiam wszystkich dawnych kolegów i koleżanki, a więc i Julitę Karkowską, która poprosiła mnie o te wspominki, wskazując delikatnie, że jestem jednym z niewielu dinozaurów pamiętających tamte czasy.

No już, Azor, no już...

Marek Krzyżański ze względów zdrowotnych zrezygnował z pracy zawodowej, mieszka w Nowym Meksyku.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail