Przegląd Polski 8 czerwca 2007
- Alfabet Wojciecha Bogusławskiego - Halina Filipowicz
- 10 000 numerów "Nowego Dziennika" - Małgorzata Szejnert, Maciej Wierzyński, Jarosław Anders, Marek Krzyżański
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Gęba Gnębona Puczymordy
"A jednak dobrze jest, wszystko jest dobrze. Co? Może nie? Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!" - zdaje się mówić słowami Witkacego z Pożegnania jesieni współczesne bęcwalstwo, przyprawiające gębę Kafce, Dostojewskiemu, Conradowi, Witkacemu, Herlingowi-Grudzińskiemu, no i Kapuścińskiemu.
Ryszard Kapuściński czułby się dotknięty używaniem jego nazwiska i jego Cesarza w roli zasłony dymnej, służącej do przykrycia prawdziwych intencji lekturowej inkwizycji. Jeśli Roman Giertych zdecydował się usunąć ze szkół Kafkę i Goethego, Conrada i Gombrowicza - nie powinien wypełniać wybitych zębów klasyki plombą Kapuścińskiego. Cesarz należy do kanonu literatury XX wieku, był tłumaczony na ponad 30 języków (niewiele mniej przekładów mieli Szewcy Witkacego z ich bohaterem, szlachciurą Gnębonem Puczymordą, "socjalistą czy faszystą", jak sam o sobie mówi), a książka ta i jej autor zajmują stałe miejsce na najwyższych półkach z dorobkiem piśmiennictwa światowego, tuż obok usuwanych tytułów.
Bęcwalstwo szaleje, bo niewiele dają próby podważenia zaufania do autora Buszu po polsku w zorganizowanej nagonce, której intencje odsłania w Rzeczpospolitej Savonarola IV RP, Bronisław Wildstein. Czytelnicy kochają i kupują Kapuścińskiego, natomiast wielki inkwizytor Wildstein zasadza się na autorytet moralny pisarza i ma pretensje do Newsweeka, że nie przygwoździł mitu do klozetowej deski z napisem "kapuś". Wildstein próbuje zrobić z autora Imperium "frontowego żołnierza w okopach zimnej wojny". Krzywi się na Piotra Stasińskiego z Gazety Wyborczej za opinię: "Bardziej wierzymy jego książkom; temu, co pisał i mówił głośno do czytelników, niż temu, co rzekomo mówił ukradkiem do szantażystów z bezpieki". Trwa wojna domowa - na gesty i słowa.
W tym samym czasie, gdy polski Newsweek dawał świadectwo polskiej rzeczywistości, drukując na okładce zdjęcie pisarza z nogą w wannie opatrzone pytaniem: "Czy Ryszard Kapuściński mógł odmówić współpracy z wywiadem PRL?", w Teatrze im. Donizettiego w Bergamo Alicja Kapuścińska odbierała "nagrodę zwyciężającej solidarności", przyznaną jej zmarłemu mężowi za "świadectwo, jakie dawał rzeczywistości i ludziom". Newsweek wydrukował też na okładce zdanie: "Z raportu funkcjonariusza: ´Istotnych materiałów interesujących SB nie przekazywałª". Jak nie przekazywał, to po co ten cały pokaz po polsku rozumianej solidarności? Z kolei, gdy w Sztokholmie 650 osób zapłaciło po 7 dolarów, by móc uczcić pamięć pisarza, jego polscy wielbiciele musieli wyłożyć po 4,50 (w złotówkach), by znaleźć w polskim "Njus Łyku" relację z wyścigu medialnych hien, próbujących szybciej od innych dopaść zmarłego w styczniu pisarza.
Włosi przyjęli Alicję Kapuścińską i córkę Zofię owacją na stojąco - z szacunku dla tych kobiet oraz pamięci ich zmarłego męża i ojca. A potem ustawiła się do nich kolejka jego wdzięcznych uczniów-reporterów. Dziwni ci Włosi - czyżby swoich wielkich nie przepuszczali przez magiel, nie pluli na ich świeże groby? Nie tylko dziwni, ale naiwni: rozumieją uwarunkowania korespondenta wojennego z komunistycznego kraju w czasach zimnej wojny. Włosi rozumieją, że nie mógł taki reporter dostać wtedy paszportu bez rozmowy z esbekiem i podpisania papieru, że przyjął do wiadomości instrukcję, a Polacy udają Greka, bo tak wygodniej. "Ryszard po każdym od nich telefonie był chory, mówił: muszę pójść na tę rozmowę, bo inaczej nie wyjadę" - wspomina pani Alicja. I dodaje: "Mąż odpowiedziałby, że reagowanie na brednie o współpracy byłoby poniżej jego godności".
Wiadomo dziś, nie tylko z prawie pustej teczki Kapuścińskiego w IPN, że taka współpraca była w istocie trudną grą z władzą i jej bezpieczniackim ramieniem, jaką prowadzili korespondenci zagraniczni po to, by móc jeździć po świecie. Autor Wojny futbolowej wygrał ten mecz, nikomu nie strzelił gola (czytaj: nikt przez niego nie ucierpiał), swoją pisarską misję ocalił i przysporzył Polsce światowego rozgłosu. Czy tego też nie może mu wybaczyć współczesne bęcwalstwo, że tak ryczy?
We wstępie do tomu wspomnień Dałem głos biednym Alicja Kapuścińska napisała, że jej mąż czuł się we Włoszech jak u siebie w domu, otoczony serdecznością i przyjaźnią, a zeszłoroczne spotkanie z młodzieżą w Bolzano uznał za jedno z najpiękniejszych w swoim życiu.
Za to w kraju, gdzie pojedynki Syfonów z Miętusami zajmują pierwsze strony gazet, a wrzask i rechot jest obowiązującym językiem dialogu, nie ma miejsca na poważną debatę. A jest o czym porozmawiać. Bo z jednej strony rząd na różne sposoby kokietuje niepodległościowe wychodźstwo, a z drugiej usuwa z lektur dzieła najwybitniejszych pisarzy tej emigracji, próbując na dodatek przyprawiać im gębę. Słowami ministra edukacji "Trans-Atlantyk Witolda Gombrowicza to książka o człowieku, który w 1939 r. migał się od służby wojskowej i wyjechał do Argentyny w poszukiwaniu przygód"...
No i nareszcie wiemy, czym jest emigracja: ucieczką przed wojskiem i poszukiwaniem przygód! "Co? Może nie? (...) kto powie, że nie, to go w mordę!".
