Przegląd Polski 22 czerwca 2007

Żabką przez Atlantyk

Pies i Saba

Marek Kusiba

Wstałem od komputera, aby zaparzyć kawę. Na mój fotel wskoczył kot. Gdy wróciłem, Feliks był już pod biurkiem i wymiotował. Wiem z listów, że podobnie reagują na widok "Żabek" niektórzy czytelnicy, ale żeby kot? Co go może na przykład obchodzić pies Ludwika Dorna?

Suka marszałka Dorna zrobiła w Sejmie nie mniejszą karierę niż posłanka Beger. Saba nie ma jednak tego samego, co pani Renata w oczach, czyli inteligencji, bo zrobiła na trawnik przed parlamentem. Durną sukę Dorna wzięła oczywiście na kły durna telewizja. Czytam w Polityce, że reporterzy TVN "wyśledzili dwóch oficerów Biura Ochrony Rządu, którzy wyprowadzali na obowiązkowy spacer dobrze już znaną w sejmowych pomieszczeniach sukę Sabę, własność marszałka Ludwika Dorna. Na sejmowym trawniku pozostał dowód zaświadczający, że ochroniarze wypełnili powierzone im zadanie".

W krótkiej informacji jest ukryta głęboka myśl. Oto wolna Polska tak bardzo się rozpędziła na drodze ku demokracji, że zrównała w prawach ludzi i zwierzęta. No bo jeśli ludzie mogą załatwiać swoje potrzeby na klatkach schodowych, przystankach, na trawnikach i na chodnikach, to tym bardziej niewinne czworonogi nie mogą doświadczać w Polsce ograniczania ich wolności, jak dzieje się to z nimi na dzikim Zachodzie. Pieskie życie piesków w Ameryce i królewskie życie psa marszałka w Polsce to dwa odległe od siebie światy. Saba bliższa jest już pieskowi Hajle Sellasje, wabiącemu się Lulu. Spał w cesarskim łożu i siusiał dygnitarzom na buty. Takiej psiej wolności, jaką opisał Ryszard Kapuścinski w Cesarzu, nie doświadczał nawet wilczur marszałka Józefa Piłsudskiego, wabiący się po prostu Pies. Choć wolności Pies Marszałka Piłsudskiego miał o niebo więcej niż Saba marszałka Dorna. Pies chadzał z Marszałkiem na spacery po Sulejówku, ale często wyprawiał się też na samotne przebieżki, a przy spotkaniach z ludnością machał przyjaźnie ogonem. Dawało o sobie znać dobre, przedwojenne wychowanie. Pamiętniki z tamtych czasów nie wspominają, czy adiutant sprzątał po Psie.

Nie wiem, jak jest za obecnej, ale za tamtej sanacji nie istniały przepisy zmuszające społeczeństwo do sprzątania po swoich czworonogach. Byłoby to jawnym gwałtem na polskiej dumie narodowej, przed którą musi ustąpić gwałt zadawany trawnikom, chodnikom tudzież obuwiu i powonieniu miejscowych i przyjezdnych dwunogów. Polskie miasta toną w psich świadectwach istnienia, a dwunogi nie mogą podziwiać pięknie odrestaurowanych domów, bo muszą wpatrywać się w trotuary. Mogę sobie wyobrazić, jaką sensację wywołałaby migawka w polskiej telewizji, pokazująca jego wysokość marszałka Dorna, podnoszącego z trawnika dowód zaświadczający obecność na nim Saby. Polska pękłaby ze śmiechu, a Dorn spaliłby się ze wstydu i jego polityczna kariera byłaby skończona. Mogłaby ją tylko uratować wizyta z Sabą na mszy świętej u Ojca Dyrektora w Toruniu.

Oczywiście, nie obeszłoby się bez zgryźliwych komentarzy kąśliwych luminarzy, dla których mam obrazek z ostatniej niedzieli w kościele w Toronto. Przyszła tam młoda para z pieskiem w torbie. Piesek wystawił z torby łeb i grzecznie wytrwał, bez jednego piśnięcia, do końca wieczornej mszy. Nikomu obecność pieska w domu Bożym nie przeszkadzała, a i sam proboszcz pogłaskał pieska po łebku. Wielka Saba w kościele w Toronto, a tym bardziej w Toruniu, mogłaby jednak być pewnym problemem. Myślę, że marszałek Dorn pilnie uczestniczy w mszach świętych i na pewno BOR-owcy opiekują się wtedy Sabą, pozostawiającą na przykościelnych trawnikach dowody na przemianę materii.

Za moimi oknami rozciąga się park. Gdy piszę te słowa, po równo wystrzyżonej, choć wyschniętej na wiór trawie idzie młodzieniec z psem na smyczy. Jest sam w parku, w promieniu kilkuset metrów nie ma żywego ducha (poza jego psem), a jednak w pewnej chwili przystaje, wyciąga z kieszeni plastikową torebkę, pakuje w nią dowód zaświadczający i udaje się w kierunku najbliższego kosza.

To by się marszałkowi Dornowi nie mogło udać, nawet gdyby według polskich standardów zdurniał i sprzątał po swojej suce: przy sejmowym trawniku nie ma kosza na śmieci. Kosze ustawia się w Polsce dla gawiedzi na przystankach i przy ławkach w parkach, a parlamentarzyści, jako ludzie lepszej kategorii, nie jeżdżą do pracy, jak w jakiejś prostackiej Kanadzie, metrem czy na rowerze, nie przechadzają się po Polach Mokotowskich czy parku Łazienkowskim niczym po jakimś Central Parku, a jeśli już się przechadzają, to po Polach Elizejskich. Wyprowadzanie na krajowy spacer, między polski lud, polskich mężów stanu z żonami, dziećmi i psami zdarza się rzadziej niż wyprowadzanie suki Saby przez samego marszałka na trawnik przed Sejmem. Polska władza boi się albo wstydzi własnego społeczeństwa, dlatego nigdzie nie pojawia się prywatnie i, nie daj Boże, bez obstawy.

Zanim dokończyłem pisanie, sprzątnąłem po Feliksie niestrawioną Purinę, myśląc, że jednak lepiej takiemu kotu w Kanadzie niż psom, nawet obu marszałków, w Polsce...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail