Przegląd Polski 29 czerwca 2007

Żabką przez Atlantyk

Ość świata

Marek Kusiba

Poniższy tekst ma dwóch autorów: Romana Sabo i wyżej podpisanego (dopisującego tu jedynie puenty do wywodu Romana). Jest kontynuacją rozpoczętej przed dwudziestu laty "zmowy oddalonych". Wtedy na lodowcu Whistler w Brytyjskiej Kolumbii umówiliśmy się na listopisanie, słowem różnie wiązanym. A wiązanym różnie po to, aby solidnie oddać specyfikę naszych przeżyć. Dziwny paradoks - próbując określić się wobec Polski - szukaliśmy sensów daleko poza właściwą jej domeną. W Irlandii - sprzed rozkwitu ekonomicznego i kulturalnego uwiądu. W Kanadzie - zawsze uwodzicielsko tolerancyjnej. U Marqueza, Norwida, Brodskiego. Szukaliśmy w teraźniejszości, szperając jednocześnie po przeszłości.

Kolumb "nie mógł postawić stopy na nieznanej, ogromnej ziemi - zaprzeczyłby swemu życiu, zbudowanemu na wierze w zachodnią drogę do Indii". Myśleliśmy, że sami borykamy się z podobnym problemem. Dlatego też skonstruowaliśmy siebie na osobników, dla których miejsce nie ma decydującego znaczenia. Nie napisaliśmy wtedy, o czym miejsce nie miałoby decydować. Nie mogliśmy tego zrobić, ponieważ nie zdawaliśmy sobie sprawy, że po pierwsze, miejsce jest osią świata; po drugie, mimo iż jest osią świata, czynnikiem decydującym o naszych postawach, przemyśleniach, decyzjach jest nasz do niego stosunek.

I naraz moja oś świata stanęła mi ością w gardle. Moją osią świata był stary modrzewiowy dom w południowej Polsce, nasączony duchami kilku pokoleń. Od tygodnia moje rodzinne gniazdo ma nowych właścicieli. Dość niepewnie przysiadają na kamiennych schodkach przed werandą. Dom zszarzał i sczerniał, posmutniał i zapadł się w siebie, ale niczym wierny pies broni obcym przystępu do rodowych tajemnic. Dębowe podłogi skrzypią dziś skargi, choć kiedyś grały niczym oliwskie organy. Nienaoliwiona furtka wypiskuje niejasne zaklęcia. Na jesieni rozłożysty jak fontanna amerykański orzech zacznie bombardować ogród zielonymi kartaczami. Boję się, że zaczną wybuchać...

Pisaliśmy kiedyś: nie wrastamy w miejsce zamieszkania. Jednocześnie dokonywał się proces wrastania w obyczaje tuziemskości. Jak głębokie było to wrastanie, przekonaliśmy się podczas niedawnej, wspólnej wędrówki po Polsce. Cieszyliśmy się ze wszystkiego, co dobrze zrobione, logicznie przemyślane, czyste i uprzejme. A życzliwi ludzie - iluż ich było!; a czyste starówki - jakież były piękne!; a takie miejsca jak Garbarka czy Drohiczyn z widokiem na Bug z zamkowego wzgórza... Na tym kontynencie wrośliśmy w cywilizację szacunku, pracowitości i poszanowania wspólnoty. W cywilizację uprzejmości. I każde odkrycie w Polsce wspólnoty, każde nałożenie się obu rzeczywistości przybliżało nas do celu wędrowania - rzeczpospolitej umysłów i serc.

Podczas podróży wzdłuż polskiej ściany wschodniej zrozumieliśmy, dlaczego "zmowa oddalonych" przestała się pisać. Schodząc z Tarnicy, lasem bukowym tak pięknym, jakby śnił się właśnie Bogu, zobowiązaliśmy się wrócić do tematu i dopisać ciąg dalszy, niemniej nie ostateczny. Okazało się bowiem, że poszukiwana przez nas przed dwudziestu laty ostateczna odpowiedź to złudzenie, któremu ulegli niedoświadczeni młodzi ludzie. Naszego miejsca w świecie nie określimy aż do momentu wiecznego spoczynku, jeżeli tylko otworzymy się na doświadczenie i zgodzimy się poddać jego twórczemu wpływowi.

I był jeszcze jeden mit, z którym musieliśmy sobie poradzić. Negatywny mit podwójnego życia emigrantów. Jak nam to brzydko w uszach grało - podwójne życie. Czyli co? Otóż teraz już wiemy, że nie o podwójne życie chodzi, a o połączenie w jednej osobie całej mnogości społecznych funkcji. Rodzina, praca, twórczość. W komunizmie autor był inżynierem ludzkich dusz i mógł, za cenę spełnienia społecznego powołania, być tylko i aż twórcą. W normalnym świecie mało kto może utrzymać się wyłącznie z twórczości - przecież dobrą książkę pisze się latami, a z czegoś trzeba żyć. Niezwykle płodny Miłosz imał się najróżniejszych zajęć. Gombrowicz bezustannie poszukiwał mecenasa. Czaykowski wykładał i zajmował się wydziałową administracją.

I to ze względu na ten mit pisaliśmy o sobie jako uczniach Pascala (całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy - że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie) i miniaturowych Odyseuszach jednocześnie, co to wiecznie pragnąc przygody i poznania, wiecznie tęsknią do domu, wiecznie opuszczają jego cztery ściany. Przestaliśmy pisać w momencie, gdy Polska odzyskała wolność. Ostatnia wymiana myśli miała zwodniczy tytuł "Zatracić poczucie ojczyzny". Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Myśmy nieświadomie odzyskali poczucie samojedności. Emigrant, który nie chce utracić zdolności emocjonalnego przeżywania świata, musi odkryć swoją pojedynczość, swoją centralność i pogodzić się z faktem, że odkrycie to wyklucza go z każdej zbiorowości.

Ta nasza myśl z 1995 r. wymaga dopowiedzeń. Jak każda zmowa, czy to oddalonych, czy na powrót przybliżonych. Ale o tym za tydzień...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail