Przegląd Polski
18 stycznia 2008
- Odkrywanie Limeryki - Marek Kusiba
- Rosjanie wobec powstania styczniowego - Kazimierz Wierzbicki
- Leśne ścieżki Cesarza - Aneta Leśniak
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Odkrywanie Limeryki

Serendypityzm, jak poucza Ogden Nash w wierszu Trzeba mieć dużo szczęścia, żeby móc nie szukać szczęścia, to "szczególny dar do znalezisk i odkryć, niespodziewanych, sprawiających przyjemność i dokonywanych zupełnym przypadkiem". Stanisław Barańczak jest zatem serendypitystą wyjątkowo serendypitystycznym w dziedzinie języka. Świadczy o tym dobitnie wznowiona niedawno jego antologia angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej.
Stanisław Barańczak jest zarazem dobrym szeryfem małej osady polskich tłumaczy literatury anglojęzycznej. Od ponad ćwierci wieku mieszka w ojczyźnie kowbojów, ma srebrnego kolta komputera, strzela zeń bardzo szybko i niestrudzenie przepędza stada wierszy z rozległych przestrzeni angielszczyzny na skromne poletka polszczyzny. Po długiej wędrówce jego stada nie tylko nie tracą na wadze, ale przybywa im kalorii i kolorów, a ich konsumentom - apetytu. Co ważne, pędzone przez prerie Parnasu, przeprawiane przez Atlantyk słów, nie gubią po drodze angielskiego spleenu i amerykańskiego dreamu i bez trudu dają się zapędzić do polskiej zagrody językowej i literackiej. Z korzyścią dla polskich smakoszy literackiej wołowiny...
Być może nadużywam porównania do kowbojowania, najstarszego zajęcia Amerykanów (albo jednego z najstarszych), ale chcę uświadomić przyszłemu smakoszowi tej antologii złożoność procesu, jakiemu poddane zostały te wiersze w drodze od oryginału do przekładu. Barańczak stosuje arkana sztuki translatorskiej na modłę właściwą zdobywcom Dzikiego Zachodu: prawo tu stanowi jego własny kolt. Tekst nie jest świętą krową, a mięsem do dość dowolnych przeróbek. Z krowy ze stada Barańczaka ma powstać befsztyk odpowiadający polskim podniebieniom, właściwemu Polakom poczucia humoru, a raczej: purnonsensu, gdyż - jak pisze tłumacz w zabawnym wstępie - "w porównaniu z humorem satyrycznym humor purnonsensowy jest bezinteresowny, niczemu nie służy poza samym śmiechem". Podkreśla też, że "nonsensista to śmieszniejszy poeta metafizyczny".
Lecz jego antologia nie zawiera tylko wierszy reprezentujących czysty nonsens i nie rości sobie pretensji do "jakiejkolwiek kompletności i historycznoliterackiej sprawiedliwości w prezentacji różnorodnych odmian poetyckiego komizmu w literaturze angielskiej i amerykańskiej". Antologista przyznaje, że wybrał i przetłumaczył przede wszystkim to, co wydawało mu się zabawne. I ostrzega potencjalnych krytyków-translatologów: "(...) wszelki zarzut nieścisłości, odbiegania od litery oryginału itd. zbijać będę bezlitośnie jednym prostym argumentem, a raczej żądaniem: ´Skoro uważa Pan(i), że można było ten a ten wiersz przełożyć dosłowniej, to proszę mi pokazać, jak to zrobić. Tylko jeden warunek: przekład nie może być mniej śmieszny niż moja wersjaª".
JEST TO ZAPROSZENIE do przedniej zabawy, któremu trudno się oprzeć. Barańczak podaje np. aż dwanaście wersji tłumaczenia wierszyka Ogdena Nasha Refleksje na temat przełamywania lodów przy nawiązywaniu stosunków towarzyskich. Oryginał: Candy is dandy; but liquor is quicker przekłada na: Kawa się nadawa, lecz gorzała szybciej działa, albo: Coctaile mleczne są bezskuteczne; ale wóda czyni cuda. Ja bym to dobarwił "towarzysko": Słodycz obiecuje zdobycz, lecz likier z szybszym wynikiem.
Czytając tę antologię należy wszak pamiętać przesłanie antologisty: "Powie ktoś, że to nie przekłady i nawet nie tak zwane ´wolne przekładyª, ale jakieś parafrazy lub dowolne wariacje ´na kanwieª oryginału czy nawet obok kanwy? Proszę bardzo. Dla mnie ważne jest jedno: czy Czytelnik po lekturze wiersza roześmiał się lub choćby uśmiechnął". Ba, przy lekturze jego tłumaczeń można ryczeć ze śmiechu, delektując się popisami dowcipu, podziwiając niezwykłą inwencję językową translatora-humorysty. Niektóre teksty odbiegają jednak od oryginału niczym zagubione na szlaku cielęta, które łatwo mogą paść ofiarą krytycznych wilków - chyba tylko po to, by bardzo szybko stanąć im kością w gardle. Okazuje się bowiem, że krytyka polska jest wobec tłumaczeń Barańczaka bezradna.
Z kilku powodów. Jest on nierzadko lepszym poetą od poety przez siebie tłumaczonego, co sprawia, że tekst oryginału ulepsza. Poza tym zna tę literaturę tak dobrze, jak mało kto w kraju. I ma tę przewagę nad krajowym redykiem badaczy, tłumaczy i krytyków, że nie przekłada z oddalenia, a jest na miejscu. Co wydaje mi się ważne w pracy tłumacza, to być tam, gdzie bije źródło języka, stale wzbogacane o nowe dopływy. Nie ma takiego drugiego obszaru na świecie jak Ameryka Północna, gdzie język angielski żyje jak na wulkanie. Tryskają wciąż nowe gejzery znaczeniowe, powstają nowe słowa i całe słowniki, by wspomnieć o nazewnictwie związanym z narzędziem pracy Barańczaka - koltem, przepraszam: komputerem. Autor Fioletowej krowy ma także udział w tym gwałtownym "rozmnażaniu przez pączkowanie" obu języków: zarzuca lasso na coraz nowe znaczenia, niczym na niesforne byczki, by je powalić na ziemię i spętać kopyta polszczyzną.
NASZ KOWBOJ MUSI SIĘ NAPRACOWAĆ, mając do dyspozycji słownictwo uboższe od zasobu angielszczyzny. Ma też problem jeszcze większy: jak przebyć bezpiecznie w beczce własnej głowy, zanurzonej w literaturze amerykańskiej i angielskiej, Niagarę znaczeń i odwołań nieznanych nad Wisłą. Przeciętnemu tłumaczowi po takim skoku bardzo rzadko udaje się wypłynąć na spokojne wody literackiej polszczyzny z tekstem sprawnie wyłowionym z angielszczyzny. Barańczak wypływa (prawie) zawsze, gdyż jest tłumaczem kongenialnym.
Zdaje się, że to właściwe słowo: wyławianie. W przypadku Barańczaka-tłumacza mamy do czynienia z poławiaczem językowych pereł. Można pójść dalej w tym porównaniu i napisać, że Barańczak łowi perły po to, by je oszlifować na własnej szlifierce słów i oprawić w nieco zaśniedziały pierścień ojczystej mowy. Widać też w tych wierszach jak na dłoni, że o ich skórę toczy nieustanny spór poeta z tłumaczem. Częściej wygrywa poeta, piszący swój własny wiersz na nawozie (skoro jesteśmy przy krowie...) oryginału. Czy wiersz przez to traci, czy zyskuje, ocenić może jedynie czytelnik dwujęzyczny, mający przed oczami oba utwory. W tej antologii, w odróżnieniu od antologii Ocalone w tłumaczeniu, obecność oryginałów jest znikoma. Rzecz w tym, że szlifując na polskiej szlifierce pojęć perły i diamenty angielskojęzycznej poezji niepoważnej Barańczak jak najbardziej poważnie oczyszcza polszczyznę z liszajów rdzy, oliwiąc tryby naszej maszynki znaczeń niezwykłymi neologizmami:
Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogovie
I rcie grdypały z mrzerzy.
To początek Dziaberliady Lewisa Carrolla. Im dalej, tym zabawniej.
Autor Ironii i harmonii - przekładając te wiersze - dokonał chyba najbardziej właściwego wyboru: zrezygnował z harmonii na rzecz ironii. Podkreśla to zresztą dowcipnie w dwóch różnych spisach treści, zamieszczonych na początku i na końcu książki, tak oto zatytułowanych: "Spis treści, jaki miałaby ta książka, gdyby autor wyboru nie wpadł w ostatniej chwili na pomysł, aby ułożyć wszystko w porządku tematycznym, a nie chronologiczno-alfabetycznym".
BARAŃCZAK ŚWIADOMIE WPROWADZIŁ pewne zamieszanie nie tylko do swojej antologii, namieszał także w polskim wokabularzu, a na brak polskich odpowiedników wielu angielskich słów zareagował jak zaradny zdobywca Zachodu: wynalazł własne. I zanim się obejrzeliśmy, własnym przemysłem i pomysłem, nie oglądając się na tradycję i policję językową, wzbogacił i rozruszał polszczyznę. I jakby mu było mało tego osiągnięcia, wzbogacił ją o angielskojęzyczną literaturę niepoważną, którą czyta się jak fragmenty z Krasickiego czy Fredry (łącznie z XIII księgą Pana Tadeusza)...
Co warte podkreślenia - w tych przekładach prawie wcale nie widać szwów, wiersze nie zgrzytają w zębach łupinami nie zawsze dokładnie obranego orzecha cudzej mowy, pachną swojsko własną językową zagrodą. Poza tym: ta antologia nie wytrzymuje analogii z żadną z wydanych dotychczas w kraju antologii poezji (poza antologiami samego antologisty). Jest zatem nie tyle wyborem 333 najśmieszniejszych utworów w wielowiekowym dorobku poezji angielskiej i kilkusetletnim w poezji amerykańskiej, co autorskim i jak najbardziej subiektywnym wyborem tłumaczeń pióra autora Chirurgicznej precyzji. Tłumaczeń dokonanych z chirurgiczną wręcz precyzją, wzbogaconą cyrkową ekwilibrystyką językową translatora.
W przypadku Barańczaka jak najbardziej uprawniony jest sąd, że autorstwo przekładanego utworu należy podzielić między autora i tłumacza. Będąc i znakomitym poetą, i znakomitym tłumaczem, autor Etyki i poetyki znacznie poszerza licencję poetycką i nie tyle przekłada niektóre utwory, co pisze je na nowo, przebudowując ich strukturę semantyczną nieraz tak dalece, że gdyby jakiś inny tłumacz chciał je po nim z powrotem przełożyć na angielski, trudno byłoby dopasować do nich autora.
ANTOLOGISTA JEST SAM ŚWIETNYM HUMORYSTĄ. Jego wstęp do antologii jest nie mniej zabawny niż tłumaczenia. Czytamy np. o błędach człowieka angielskiego średniowiecza, próbującego pisać fraszki: "Pierwszym było to, że dla oszczędności usiłował pisać po ciemku, wskutek czego większość przekazów z epoki średniowiecza dotarła do nas w formie silnie zniekształconej. Zamiast np. zwykłego zaimka you (ty) średniowieczny skryba skrobał po omacku (do skrobania przed omackiem miała prawo tylko wyższa arystokracja i kler od biskupa wzwyż) jakieś thou, którego dziś w ząb nie rozumiemy".
W innym miejscu czytamy: "(...) podobnie jak malapropizmy bohaterów Szekspira odwołują się do naszej ukrywanej a elementarnej potrzeby dominacji nad innymi ludźmi, efekt humorystyczny poezji nonsensu polega na zaspokojeniu naszej jeszcze bardziej elementarnej, jeszcze potężniej odczuwanej i jeszcze wstydliwiej ukrywanej w oficjalnych okolicznościach potrzeby wzięcia odwetu na samym istnieniu".
Ta potrzeba zmusza jednak do stawiania pytania o granice, których tłumaczowi przekraczać nie wolno. W przypadku tej antologii jest to pytanie retoryczne, nie tylko w odniesieniu do wierszy miłosnych, gdzie podziwu godna inwencja tłumacza daje najwięcej rozkoszy czytelnikowi. Bez Barańczaka-znakomitego-poety nie byłoby Barańczaka-wybitnego-tłumacza poezji. I doprawdy trudno mi sobie wyobrazić literaturę polską bez obecności w niej tych niepoważnych wierszyków, przyswojonych polszczyźnie przez jak najbardziej poważnego profesora Harvardu.
Stanisław Barańczak, Fioletowa krowa. 333 najsławniejsze
okazy angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej od Williama Shakespeare'a
do Johna Lennona. Antologia. Wydawnictwo A5, Kraków 2007, s.320,
cena 20 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do
nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
