Przegląd Polski
25 stycznia 2008
- Wyobraźnia w komputerze - Z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
- Sympatyczny staruszek - Teofil Lachowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Wysocki na wysokościach
Gdy ten felieton sięgnie druku, w piątek 25 stycznia, planeta Ziemia obchodzić będzie, a ja razem z nią, Dzień Sekretarki i Asystentki oraz Światowy Dzień Środków Masowego Przekazu. Jest to dla mnie jeden z najważniejszych dni w roku, z kilku powodów. Po pierwsze, nie mam sekretarki ani asystentki, co sobie bardzo chwalę, bo bardzo lubię "kawusię" i "herbatusię" robić sobie sam. Po drugie i ostatnie, dzień środków masowego rażenia słowem bardzo mnie dotyczy, choć niewiele mnie obchodzi, gdyż uprawiam zawód prawdziwie wolny, wolność ubezpieczający (przede wszystkim od pieniędzy). Nie jestem związany żadną umową o pracę z żadną redakcją, a jedynie umową honorową ze swoją Redaktorką. Treści (umowy) obiecywałem nie ujawniać przez pierwsze siedem lat współpracy z Przeglądem Polskim, które niebawem mi stukną. Na fali licznych ujawnień i lustracji nie zrobię tego nawet ku pokrzepieniu serca Pewnej Szanownej Czytelniczki (w skrócie PSC), która zadała mi pytanie, komu dałem (w tak zwaną łapę), by mieć cotygodniowy felieton, skoro PSC nie może tam wydrukować jednego zdania. Na moje pytanie, czy takowe wysłała do redakcji, odpowiedziała, że oczywiście nie, bo i tak by nie puścili...
Inna PSC zapytała mnie niedawno, dlaczego piszę jakieś "żabki, Barańczaki i inne banialuki", zamiast bronić sprawy, skoro "oni" chcą z nas zrobić wspólników i spadkobierców pewnego malarza, nomen omen pokojowego, oraz zaproponowała mi przystąpienie do bardzo pokojowej organizacji samoobronnej i opłacenie składek za rok z góry. Grzecznie odmówiłem, twierdząc, że jeśli muszę się bronić, to jedynie przed takimi damami jak ona, po czym był kolejny telefon z obietnicą ujawnienia haka, jaki na mnie mają. Zapytałem z głupia frant, czy chodzi o haka wspinaczkowego, jak ze Skałołazki Włodzimierza Wysockiego, a może jest to hak z ekwipunku dopiero co zmarłego Edmunda Hillary'ego, ale moja PSC nie wiedziała, o jakich panach mówię, bo przecież nie bywają na tych samych balach kotylionowych co ona, a innych kręgów jej wysokość nie ogarnia, więc rozmowa ugrzęzła niczym gwóźdź w podeszwie kandydata na męża. Walcowaliśmy jeszcze jakiś czas na temat jej ostatniego balu, szurając podwiniętą podeszwą ojczystej mowy, i tak nam przyszło się rozstać na rozstajnych drogach myślątek. Włączyłem Wysockiego: "Zapytałem cię, ki diabeł w góry ciągnie was,/ po co się pchać na szczyt, i na co toto wam,/ kto normalny by na te parszywe skały lazł?/ Roześmiałaś się, mówiąc: - Spróbuj sam...".
Wysocki skończyłby w ten piątek 70 lat, gdyby nie umarł w kilka godzin po kolejnym spektaklu Hamleta w Teatrze na Tagance. Był bardem swojego pokolenia oraz kilku pokoleń, które przyszły po nim i nie wiadomo gdzie poszły. Poeta Wysocki poszedł w góry, to pewne, bo wszak "od gór lepsze są tylko góry,/ te, na których nie stawiał jam stóp". Zostawił po sobie nieśmiertelne pieśni, śpiewane dziś przez młodzież na Cmentarzu Wagańkowskim w Moskwie, nad grobem człowieka, którego chrapliwy głos dźwięczy w uszach wiernym jego słuchaczom jak modlitwa. Josif Brodski nazwał Wysockiego największym poetą Rosji i nie ma w tym stwierdzeniu cienia przesady. Miał ogromny talent, połączony z wielką charyzmą i szaleńczą pracowitością. Jego krótkie życie (zmarł w wieku 42 lat) było inspiracją nie tylko dla mojego pokolenia. Na nim wzorował się Jacek Kaczmarski, który żył dłużej od Włodzimierza Wysockiego i Edwarda Stachury tylko o 5 lat...
Skałołaz, żywcem wyjęty z piosenki Wysockiego, Edmund Hillary, zmarł niedawno w sile wieku, ale za to jakie piękne miał życie. Był cherlawym i nieśmiałym dzieckiem, synem pszczelarza z Nowej Zelandii pokrytej górami. Hillary mógł w nie chodzić tylko zimą, gdy pszczoły spały, bo w lecie ciężko pracował w pasiece ojca. Te samotne, zimowe wspinaczki przygotowały go do prawie samotnej - towarzyszył mu jedynie Szerpa Tenzing Norgay - wyprawy na lodowce i wieczne śniegi Mount Everestu. Zdobył szczyt Ziemi w dniu koronacji królowej Elżbiety II - i zdobył światową sławę. Skromny pszczelarz został komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego. Imperium chwiało się w posadach, ale prawdę powiedziawszy, niewiele go obchodziło. Martwił się znalezieniem pieniędzy na nowy kombinezon do pracy przy pszczołach, bo w starym szlachcic pracować przecież nie mógł... Jak wspomina w Rzeczpospolitej Monika Rogozińska, na której zaproszenie odwiedził Polskę przed trzema laty, Hillary stracił zdolność do aklimatyzacji na dużych wysokościach. Musiano go sprowadzać już z niewysokich gór z objawami obrzęku mózgu.
Myślę, że autor Skałołazki też stracił zdolność aklimatyzacji do życia na niebotycznych wyżynach swojego talentu. Morderczo żyłował swój organizm, niczym Hillary, zdobywający Mount Everest 29 maja 1953 r. Myślał, że mu pomaga alkoholem i narkotykami. Życia Wysockiego na wysokościach jego talentu nie wytrzymało serce. Umarł w Światowy Dzień Środków Masowego Przekazu, w których był i pozostał stale obecny...
