Przegląd Polski
1 lutego 2008
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Drugi powrót Karpowicza - Elżbieta Sitek
- Nasz kochany sąsiad z Powiśla - Jacek Fedorowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy
Dom Pracy Twórczej w Kielcach, gdzie w lipcu 1946 roku Polacy dokonali mordu na 46 Żydach, pod pozorem porwania przez nich polskiego dziecka celem przerobienia go na mace. Napadnięci Żydzi mieszkali, a właściwie byli zgrupowani, w domu przy ulicy Planty, szykując się do emigracji z Polski.
Rzecz znana. Sama pisałam o tym swego czasu do Tygodnika Powszechnego. Utkwił mi w pamięci obraz kamienowania młodego chłopaka w pobliskiej rzeczce i potworne zmęczenie morderców, nim dokończyli dzieła. Chłopak był wysoki, a kamieni mało...
W tamtych czasach zabijanie było na porządku dziennym. Polska z łap jednego okupanta wpadła w szpony drugiego. W lasach - partyzantka. Władza komunistyczna jeszcze nieugruntowana, w strachu, strzelała, gdzie popadnie.
Wtedy zbrodnię kielecką opinia społeczna uznała za prowokację Urzędu Bezpieczeństwa lub sowieckiego NKWD. Tym bardziej że rzekomo porwane dziecko zaraz się znalazło zdrowe i całe. A przybyłe oddziały milicji nie zapobiegły ani nie przerwały rzezi.
Pogrom ten, jak i kilka innych z tego czasu został opisany przez historyków starszego i młodszego pokolenia. Dopiero jednak książka Jana T. Grossa Strach dokonała prawdziwego trzęsienia ziemi w sumieniu społeczeństwa. Taki też był jej cel. Gross pozbierał opisane wcześniej publiczne mordy na Żydach, których świadkami byli Polacy, często bez wstydu rabując to, co po ofiarach pozostało. Nierzadko wyłapując ukrywających się Żydów i oddając ich w ręce hitlerowskich oprawców (symboliczna jest postać granatowego policjanta). Przyszło im to łatwo, ponieważ już przed wojną świadomość społeczna w Polce była zatruta mentalnością ludzi, których Gross nazywa katoprawicą. Czyli Kościoła i skrajnej endecji.
Książkę wydało szanowane katolickie wydawnictwo Znak z Krakowa. Oburzony kardynał Stanisław Dziwisz napisał do redakcji, że książka budzi demony. "Po co?!" - pyta. Zagadnięty prezes Znaku Henryk Woźniakowski oznajmił, że nawet na prośbę metropolity z książki by nie zrezygnował, bo docenia jej ważność.
Jest ważna, choć ma oponentów i bynajmniej nie chodzi o antysemitów, ale o poważnych historyków. Zarzucają Grossowi brak uwzględnienia kontekstu, w jakim dokonywała się kielecka i inne zbrodnie. Przede wszystkim faktu, iż Polacy po II wojnie nie zaznali prawdziwego wyzwolenia. Z jednej okupacji wpadli w drugą. Armia Czerwona niosła na bagnetach kolejną śmierć, co prawda nie na Żydach, ale na akowcach. Właściwie był to czas, kiedy każdy mógł być zabity bez pardonu. Władza też się bała; ludzie związani z Polskim Stronnictwem Ludowym Stanisława Mikołajczyka znikali bez śladu. Partyzanci, choć w beznadziejnej sytuacji, nie pozostawali dłużni. Śmierć stała za rogiem. Dla każdego.
Uczestnicy dyskusji zebrani tak w Kieleckim Domu Pracy Twórczej, jak i w innych miastach, zarzucają autorowi brak uwzględnienia kontekstów. Dr Bożena Szaynok, autorka rzetelnej pracy o pogromie kieleckim, którą Gross cytuje w swojej książce, uważa, że Strach jest książką moralisty, a nie historyka. "Skoro walczymy ze stereotypem Żyda komunisty, to nie pozwólmy, żeby wyrósł mit Polaka antysemity". Inni dyskutanci zarzucają Grossowi bezprzykładną ostrość języka. Marek Edelman ucina sprawę: "Z jakiego niby kontekstu Gross wyrywa przypadki zabijania Żydów? Ja nie widzę kontekstu dla morderstwa. Morderca to morderca. I tyle".
Do Kielc do niedawna wycieczki młodych Żydów przyjeżdżały obstawione własnymi ochroniarzami. "Już teraz nie!" - głos z sali.
Spotkanie w Kielcach jest poruszające. Publiczność skupiona. Mikrofon przy młodziutkiej kielczance: "Jak ja mam teraz budować mosty?" - pyta rozkładając ręce...
W Warszawie jeszcze tłumniej. Dyskutanci byli jeszcze krytyczniejsi, chociaż z autorem wielu na ty, koledzy ze studiów. Bojówka endecka próbowała buczeć, ale wkrótce się wyniosła, a po skończeniu spotkania ludzie rzucili się ze Strachem w rękach do autora po autografy. Moja synowa, poznanianka, lat 35, kupiła cztery egzemplarze. Z pojęciem antysemityzmu spotkała się po raz pierwszy w Warszawie: usłyszała, jak podczas kłótni przekupki zaczęły się wymyślać od Żydówic.
Młody, ale już znany historyk Paweł Machcewicz dziwi się, że po co Strach, skoro Gross w swojej poprzedniej książce Sąsiedzi załatwił wszystko. Widocznie jednak - nie wszystko.
***
Dzięki filmowi Katyń zwykły człowiek na Zachodzie dowie się, choćby z tajnego paktu Ribbentrop-Mołotow, że Stalin pozwolił Hitlerowi napaść na Polskę. To słowa angielskiego historyka Normana Daviesa. "A nominacja do Oscara wyprodukowanego w Polsce Katynia Andrzeja Wajdy może wpłynąć na zmianę sposobu, w jaki Zachód widzi nie tylko sprawę katyńską, ale także II wojnę światową". Norman Davies wielokrotnie o tym pisał, ale film ma o wiele większą szansę zainteresowania historią niż najlepsza nawet książka. Zwłaszcza film nominowany do Oscara, i oby zwycięski.
Ojciec Andrzeja Wajdy zginął w Katyniu, życie matki, choć żyła w powojennej Polsce, też się urwało. Film mówi nie tylko o ludobójstwie katyńskim, ale i o kłamstwie katyńskim. Przez długie lata dzieciom i żonom ofiar zbrodni nie wolno było się przyznawać, co stało się z ich mężami i ojcami. Wokół Katynia panowała zmowa milczenia. Pamiętna Lista Schindlera Stevena Spielberga pokazała zagładę Żydów w taki sposób, że widz musiał odnieść wrażenie, że życie Polaków toczyło się jakby obok Zagłady. Podobnie jest z Pianistą Romana Polańskiego, który pokazał powstanie w getcie w taki sposób, jakby właśnie wtedy doszło do zniszczenia Warszawy. To wszystko opinie Daviesa.
Oczywiście byłam na Katyniu. Nie jest to najlepszy film Wajdy w sensie artystycznym. Wajda robił już lepsze, ale na pewno jest to film najważniejszy. Dla niego i dla nas.
***
50-letni kierowca ciężarówki zmarł w kolejce do przejścia granicznego z Ukrainą w Dorohusku. Na przekroczenie granicy czeka się do tygodnia. Wozy stoją zderzak przy zderzaku. Zasnąć nie wolno, bo a nuż coś się ruszy i sąsiad z tyłu wysunie się do przodu. Brak wody do picia, brak jedzenia, przewożony towar gnije. Kierowcy tirów to twardziele, ale wszystko ma swoje granice. Konającego usiłował reanimować sąsiad z kolejki, bezskutecznie.
W Dorohusku, w Hrebennem czy na innych przejściach na wschodniej granicy sytuacja podobna. Polscy celnicy urządzili strajk włoski. Biorą zaległe albo okolicznościowe urlopy. Zamiast trzydziestu, przychodzi do pracy - dwóch.
***
Z nadejściem nowej władzy, jak za dotknięciem różdżki cała tzw. budżetówka wyciągnęła rękę o większe płace. Nie zadowalają ich ochłapy. Chcą podwyżek zbliżających ich pensje do takiego, jakie otrzymują pracownicy w krajach "starej" Unii Europejskiej. Nie obędą się małym. A państwowa kasa pustawa.
Martwię się, bo sekunduję rządowi Donalda Tuska. Słyszę krytykę, że jest za mało wodzowski, że powinien uderzyć pięścią w stół. I co by to dało? Tu w sukurs przychodzi mi artykuł w tygodniku Polityka napisany przez sprawdzonych analityków, Mariusza Janickiego i Wiesława Władykę. Czytam: "Wydaje się, że w dzisiejszych rozwiniętych demokracjach jest coraz mniej miejsca na arbitralne decyzje władzy. Od rządów społeczeństwo wymaga przede wszystkim ludzkiej twarzy, dobrego stylu i sprawnego administrowania krajem, które jest samo w sobie dużą wartością... Współczesna demokracja raczej źle znosi wodzów z wizją, którzy chcą przeorywać społeczną świadomość, nawracać jednostki na wspólnotę i państwo, jak to chciała robić IV RP, zwłaszcza jeżeli tym wielkim ideom towarzyszą małe świństewka. Władza ma zażegnać problemy i niespecjalnie zawracać głowę...".
Zgadza się!
Warszawa, 25 stycznia 2008 r.

