Przegląd Polski
1 lutego 2008

Nasz kochany sąsiad z Powiśla

JACEK FEDOROWICZ

Radia Wolna Europa słuchałem od samego początku. Czym dla mnie było - nie muszę chyba opowiadać. Kuriera z Warszawy czytałem z zachwytem.

Jan Nowak-Jeziorański był dla mnie i mojej żony Hanki bohaterem tak niewątpliwym, tak wielkim, tak dalece ucieleśniającym nasze marzenia o wolnym kraju, że kiedy wreszcie dane nam było poznać go osobiście, oboje mieliśmy łzy w oczach ze wzruszenia, a Hanka dokładnie go wycałowała. Było to po jego spotkaniu autorskim w Paryżu, pod koniec lat 80. ub. wieku. My, obywatele kraju podbitego, reagowaliśmy na niego emocjonalnie, ale robił on wielkie wrażenie także i na "niezainteresowanych"; w ostatnich latach życia Nowaka-Jeziorańskiego, już w Warszawie, odwiedził nas któregoś dnia ambasador USA Christopher Hill, który był zaprzyjaźniony z Nowakiem i właśnie przed chwilą od niego wyszedł. Wciąż pod wrażeniem, powtarzał: "To jest James Bond! PRAWDZIWY!".

JAN NOWAK-JEZIORAŃSKI, czyli "wuj" - tak kazał się nazywać grupie wybranych szczęśliwców - przeniósł się z Annandale do Warszawy w 2003 r. Hanka była dumna, że natychmiast zaakceptował mieszkanie, które mu znalazła w naszym najbliższym sąsiedztwie - w tym samym budynku, właśnie oddawanym do użytku. Wuj przy każdej okazji potem powtarzał, że zamieszkał tam tylko dlatego, że chciał mieszkać koło nas, co zmuszało nas oczywiście do - pełnych udawanej skromności - protestów.

Miejsce było szczególne. Dla Nowaka nieledwie symboliczne. Powiśle, ulica Czerniakowska, fasada budynku rozciągnięta wzdłuż parku, po drugiej stronie zamkniętego ulicą Wilanowską. Tam właśnie, zaledwie kilkaset metrów od nowego domostwa Jana Nowaka, stał dom, z którego wyszedł w 1944 do powstania warszawskiego. Wyszedł, by wrócić dopiero po sześćdziesięciu latach, ale za to prawie w to samo miejsce.

MIEJSCE SIĘ ZMIENIŁO, ale jak na Warszawę, nie tak bardzo. Wiem, bo wiele z tych okolic pamiętam. Los zrządził, że we wrześniu 1939 r., jako dwulatek, zamieszkałem na Czerniakowskiej przy rogu Okrąg i Wilanowskiej właśnie, i okoliczne widoki były pierwszymi, jakie docierały do mojej świadomości. Moja przedpowstaniowa kamienica z całą pierzeją aż do Gazowni przy Ludnej nie ocalała, nie ma również śladu po kamienicy Jana Nowaka przy Wilanowskiej, zniknęły dwa potężne zbiorniki Gazowni, ale tak gdzieś połowa Ludnej i prawie cała jedna strona Wilanowskiej stoi, jak stała. Czerniakowska z wielkomiejskiej arterii, którą jeździł tramwaj nr 2 - aż do Wilanowa (!), stała się na tym odcinku skromną uliczką nieledwie "osiedlową", brutalnie przerwaną przez Trasę Łazienkowską, ale nietknięty pozostał budynek Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (dziś szpital) przy rogu Książęcej, ocalało też sporo przedwojennych kamienic przy Zagórnej, Śniegockiej czy Górnośląskiej. Socjalizm powtykał gdzie się dało swoje bloczyska, oczywiście demonstracyjnie poodwracane a to tyłem, a to bokiem do tradycyjnych przedwojennych ulic i pozostałej przy nich zabudowy, ale - o dziwo - Powiśle się nie dało i zachowało zdumiewająco wiele z klimatu tych okolic znanego z licznych opowieści, knajackich ballad, dowcipów, a także solidnej, "prawdziwej" literatury.

W 1965 ROKU ZUPEŁNYM PRZYPADKIEM - na mocy niedyskutowalnej decyzji Spółdzielni Mieszkaniowej "Energetyka" - wróciłem na stare śmiecie, czyli do bloku, w którym wyznaczono moje nowe mieszkanie spółdzielcze, 200 metrów od tego przedpowstaniowego. Jeszcze przed powstaniem - pamiętam - moja Mama, na uwagi Babci, że nie powinna sama chodzić wieczorami po zakamarkach ulicy Szarej, Solca czy Dobrej, odpowiadała z niezachwianą pewnością, że "swoich" na Powiślu się nie rusza. Ponieważ przemieszkałem tu - nieruszony! - w sumie prawie 50 lat, mogę potwierdzić, że Mama miała rację. Myślę, że Jan Nowak-Jeziorański też czuł się tu dobrze, miło i bezpiecznie.

O lasce, a potem niestety już na wózku, spacerował w parku przed naszym nowym "apartamentowcem" (tak to się we współczesnej polszczyźnie nazywa) szczególną alejką, którą zapamiętałem sobie jako przykład obrazujący klimat tego miejsca na Powiślu. Otóż alejka ta przez kilkadziesiąt lat stanowiła jedyny nieuporządkowany bok parku. W tym miejscu park przechodził w chaszcze, resztki jakichś murków i wreszcie w zaniedbane podwórko posesji Czerniakowska 178. Alejka była dość błotnista, ale stanowiła wyraźny trakt pieszy między Czerniakowską a pobliską Wisłostradą. Było to ukochane miejsce naszych okolicznych - wbrew stereotypom niegroźnych, a nawet uprzedzająco grzecznych - pijaczków, którzy przesiadywali tam od pokoleń. Wiedziałem, że wzdłuż alejki stanie nasz apartamentowiec, toteż nie zdziwiłem się specjalnie, kiedy pewnego dnia na jednym z murków w alejce zobaczyłem nowiutką tabliczkę z napisem "al. Generała Huka-Buby". Acha, pomyślałem sobie, cywilizują okolice i zamiast od wybrukowania, zaczęli od działań prostszych. Tylko kto to był generał Huk-Buba? Pewnie jakiś bohater dotychczas nieznany, bo niewygodny dla komunistów. W tym samym mniej więcej czasie, po licznych petycjach rdzennych powiślaków i miłośników historii, wzdłuż całej Wilanowskiej zawisły tabliczki "ul. Wilanowska", zastępując pozostałe po socjalizmie tabliczki "ul. Gwardzistów". Gen. Huk-Buba kojarzył mi się ponadto z płk. Lisem-Kulą, który też odzyskał swoje ulice po 1989 roku.

ROZWIĄZANIE ZAGADKI nadeszło niedługo potem i okazało się nader zaskakujące. Genezę nazwy alejki odkrył inny nasz sąsiad Stefan Bratkowski, który - odezwała się dusza starego reportera! - pogadał z użytkownikami tego miejsca. Apartamentowiec już budowano, ale oni wciąż jeszcze trwali na stanowisku. Okazało się, że jeden z nich nazywany był generałem, a Huk i Buba były kawałkami jego prawdziwego nazwiska czy też dalszymi przezwiskami, w każdym razie "generał-Huk-Buba" był to zasiedziały w tym miejscu szef grupy popijającej i gdy mu się zmarło, na jego to cześć koledzy przywiesili pracowicie wykonaną tabliczkę, która wyglądała niezwykle autentycznie, jakby prosto z magistratu.

Tabliczki już nie ma, park został uporządkowany, główne jego alejki - na cześć zaciętych walk powstańczych w tym właśnie rejonie - zyskały nazwy pochodzące od AK-owskich zgrupowań i zostały przez miejscowych zaakceptowane.

DZIŚ JEST TO MIEJSCE należące do Jana Nowaka-Jeziorańskiego i cała okolica nie tylko akceptuje, ale jest z tego dumna. Dowody obserwuję prawie codziennie. Dzięki udanej współpracy Hanki z miejskimi urzędami na parterze naszego apartamentowca powstało miejsce spotkań, konferencji i wykładów imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego, przeniósł się tu także oddział biblioteki miejskiej, a w parku, obok wybrukowanej już pięknie alejki, stanął pomniczek wuja. Siedzi na ławeczce odlany w brązie, wpatrzony w Wisłę. Wyrzeźbiony przez znakomitego rzeźbiarza Wojciecha Gryniewicza, tego samego, który uwiecznił Juliana Tuwima na ławeczce przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Kiedy Hanka snuła plany postawienia ławeczki, nie wierzyłem, że jej się uda. Tymczasem udało się wszystko w tempie ekspresowym i dokładnie w myśl jej przewidywań, bo pomniczek "żyje": co rok przez 63 dni powstania, od 1 sierpnia, a także z okazji wszystkich świąt państwowych przy postaci wuja łopocze flaga, na Boże Narodzenie obok staje choinka, a tak na co dzień to wciąż ktoś się dosiada albo fotografuje rodzinę, kolegów, czasem ktoś wyciera własną chusteczką ślady po ptakach, często pojawiają się na rękach wuja świeże kwiaty przyniesione anonimowo przez kogoś z okolicy. Dzieci dekorują ławeczkę zebranymi liśćmi i kasztanami. I to jest naprawdę wzruszające. Powiśle pamięta.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail