Przegląd Polski
8 lutego 2008
- Jana Lechonia i Rafała Malczewskiego dialogi o przyjaźni i śmierci - Beata Dorosz
- Przeszłość i przyszłość Polonii - John Grondelski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Dialogi o przyjaźni i śmierci
Rafał Malczewski wspominał rok 1920: "[...] przeczytałem po raz pierwszy imię i nazwisko Jan Lechoń. Niosłem do domu rodziców cienki tomik zatytułowany Karmazynowy poemat. Ojciec mój potrzebował poezji. Nietrudno było przeczytać kilka utworów zawartych w Karmazynowym poemacie, nie było jednak sposobu, by wyzwolić się z pęt wielkiej sztuki. Burzy, która uderzyła w nas! Ojciec dopytywał się wciąż: - Któż to jest ten Lechoń? Co to za nazwisko, pachnące Polską, Słowackim, legendą, tajemnicą? [...] Poezja jego była dla Ojca jednym z najpiękniejszych odkryć z dziedziny młodej sztuki polskiej u zmierzchu życia".
W debiutanckim zbiorze poeta negował ciążący na poezji obowiązek służenia sprawie narodowej, a zarazem dał wyraz fascynacji wielkimi wzorami przeszłości i jej romantycznym dziedzictwem. Nie dziwi tu wiersz Jacek Malczewski - o artyście, którego sztuka łącząca baśniowość z realizmem, przesycona była metaforycznie ujętymi treściami patriotycznymi i poetyckimi.
Poeta i malarz obracali się w zbliżonych kręgach artystyczno-literackiej cyganerii międzywojnia - mieli tych samych przyjaciół, m.in. Karola Szymanowskiego oraz malarskie małżeństwo Karola i Zofię Stryjeńskich, należeli do bywalców legendarnej Ziemiańskiej - i zapewne dobrze się znali, ale ich orbity krzyżowały się okazjonalnie. Malczewski skromnie określił ich wzajemne relacje: "Z czasem poznałem Lechonia. Podziwiałem jego dowcip i czar, przeczytałem świetną Rzeczpospolitą Babińską, Srebrne i czarne, siadywałem z nim przy jednym stoliku, słuchałem jego głosu jak z beczki, tubalnego śmiechu. Miałem przyjaciół wśród poetów ´Skamandraª. Lechoń był gdzieś powyżej mnie, daleki i świetny". Gdy przed wystawieniem Harnasiów Szymanowskiego w paryskiej operze Lechoń, wówczas radca Ambasady RP w Paryżu, przywiózł w 1935 do Zakopanego słynnego tancerza Serge'a Lifara, by ten znalazł tu inspirację, Malczewski był jedną z zakopiańskich znakomitości: nie tylko syn sławnego ojca, ale samodzielny twórca o niepowtarzalnym wyrazie i uznanej pozycji czołowego malarza Tatr, nadto pisarz i felietonista, autor scenariusza filmowego, poza tym narciarz i taternik.
Ich drogi skrzyżowały się ponownie w Paryżu w 1940. Lechoń uzyskał z ambasady pomoc finansową dla sporej grupy wojennych rozbitków, m.in. Malczewskiego i jego towarzyszki życia Zofii Mikuckiej. Po upadku Francji fala uchodźców dotarła do Portugalii, pragnąc przedostać się na Wyspy Brytyjskie lub do Stanów Zjednoczonych. Malczewski wspominał destrukcyjny bałagan wśród ocalałych resztek polskiej administracji oraz nastroje bezradności i załamania sporej części uciekinierów i na ich tle Lechonia, któremu też nie udało się uchronić przed poczuciem klęski - w wymiarze osobistym i ogólnym. Oto bowiem na jego oczach dokonywała się zagłada świata, który ukształtował jego system wartości i styl życia. Sam Lechoń dał artystyczny wyraz atmosferze tamtych dni w nieukończonej powieści Bal u senatora, w rozdziale Wiza do Ameryki.
Gdy zdobycie tejże okazało się niemożliwe, Lechoń, a wraz z nim dość liczne grono polskich twórców uzyskali wizy brazylijskie dzięki pomocy ambasadora nadzwyczajnego w Portugalii, poety Mariano Olegąrio. Poeta i malarz spotkali się w Rio de Janeiro. Lechoń dotarł tu w sierpniu 1940 r., Malczewski w styczniu 1941. Barwny obraz swoistej komuny przyjacielsko-artystycznej z Lechoniem w roli głównej, pełen humoru językowego i sytuacyjnego, nakreślił w Kolorowych ludziach Zdzisław Czermański, opisując wspólny rok brazylijskiego wygania. Malczewski jednak widział poetę inaczej: "Lechoń chodził swoimi drogami. Widywałem go u śpiewaczki Janiny Czaplińskiej, opiekunki Polaków, zwłaszcza artystów. [...] Lechoń prosił panią Czaplińską o flaszkę szampana, [...] po czym brał panią Marylę Jonas, znakomitą pianistkę, do saloniku z fortepianem, odgradzał się od innych gości przewijających się tam i sam od wielkiego salonu do jadalni drzwiami, które zamykał na klucz. Po czym pani Maryla grała Chopina, Lechoń słuchał, daleki światu otaczającemu go, jak i wojnie".
Nie odnajdując się ani w brazylijskim pejzażu, ani w emigracyjnym środowisku, Lechoń wznowił starania o wizę amerykańską i w sierpniu 1941 r. znalazł się w Nowym Jorku. Malczewski pozostał w Rio i mógł wrócić do malowania dzięki Stefanii Płaskowickiej-Nodari, niegdyś tancerce baletu, której mąż, włoski miliarder, przeciwnik faszyzmu zmuszony do opuszczenia ojczyzny, chętnie pomagał innym uchodźcom. W 1942 r. artysta spędził kilka miesięcy w Kurytybie u kuzynki Marii Bochdan-Niedenthal, malując cykl obrazów, prezentowanych potem na wielu wystawach. Zabiegając o wizę amerykańską, zamiast niej otrzymał wizę kanadyjską i w listopadzie 1942 r. wraz z Zofią dotarł do Kanady.
Tu rolę opiekuna artysty podjął ówczesny poseł RP, Wiktor Podoski, który zorganizował mu indywidualną wystawę w Museum of Arts w Montrealu, dobrze przyjętą przez kanadyjską krytykę artystyczną, oraz uzyskał dla niego stypendium Canadian National Railways - firma wspierała twórców, wykorzystując ich prace we własnej reklamie i promocji osiągnięć kraju. Dzięki temu Malczewscy podróżowali po Kanadzie; w Górach Skalistych artysta namalował cykl obrazów Mount Warsaw, nazwanej tak w 1943 r. dzięki staraniom posła Podoskiego i kanadyjskiego dyplomaty A. Wellsa Graya "na cześć narodu polskiego [...] jako przybytek pamięci o jego wysokim poszanowaniu i ofiarach poniesionych dla wolności".
Pierwsze kanadyjskie lata były pasmem sukcesów artystycznych w postaci wystaw indywidualnych we wszystkich niemal większych miastach. W 1950 r. Malczewscy spędzili ponad siedem miesięcy w Nowym Jorku, jednak mimo zachwytu miastem i przekonaniu o prowincjonalności Kanady nie mogli pozostać tu na stałe. Zapewne w tym czasie spotykali się gdzieś w "polskim Nowym Jorku" z Lechoniem, ale skrupulatne dziennikowe zapiski poety o tym milczą.
W 1952 r. Lechoń odwiedził Montreal na zaproszenie Kongresu Polonii Kanadyjskiej i zastał Malczewskiego dotkniętego chorobą, objawiającą się napadami utraty wzroku. Poeta zanotował wówczas w Dzienniku: "Wizyta u chorego Rafała Malczewskiego. Parę obrazów - jeden pejzaż na śniegu i panorama Rio de Janeiro - jak najlepsze z najlepszej epoki. [...] Biedny Rafał miał wielkie kłopoty z oczami. Mówiłem mu o głuchym Beethovenie. Ale żadne tu gadanie nie pomoże. Uważałem, że mam dostateczne poczucie humoru na to, aby mnie nie posądził o kabotyństwo, gdym mu obiecał, że się będę za niego modlił".
Spotkanie to zapoczątkowało dość ożywioną korespondencję. Wobec trudności z malowaniem Lechoń zachęcał Malczewskiego do powrotu do literatury: "Pomysł, aby pan Rafał wziął się do pisania, wydaje mi się cudowny - i artystycznie, i życiowo. Jestem pewny, że dwa przynajmniej tematy czekają na niego: Z a k o p a n e jako jedyny na świecie fenomen ´artystyczno-społeczno-mitologiczno-sportowyª [...] oraz J a c e k M a l c z e w s k i".
Fragmenty zakopiańskich wspomnień wysyłane poecie do oceny spotykały się z jego entuzjastycznym przyjęciem. Nie były to czcze komplementy dla pokrzepienia autora, a prawdziwe oceny, notowane też w Dzienniku: "Rafał przysłał mi kawał swojej gawędy o Zakopanem, ostrej zarazem jak brzytwa i pieprz, wariackiej, ale napęczniałej od furii ludzkiej i pisarskiej. Nie dałbym trzech groszy, że to jego zawahanie się psychiczne nie jest to po prostu zatrucie tą nieugiętą furią. W każdym razie trzeba go popychać koniecznie, aby pisał i malował - jestem prawie pewny, że i malowanie też przyjdzie, ale ta skleroza oczu to Flucht in die Krankenheit, jak u wielu najczystszych artystów z braku pieniędzy (bo ci najczystsi właśnie najbardziej się wstydzą tego braku, najciężej znoszą hańbę zabiegów o pogardzane, a niezbędne)".
Rafał i Zofia, która bywała jego "oczami i rękami", m.in. pisząc za niego listy, na przemian donosili Lechoniowi o coraz gorszej psychofizycznej kondycji malarza, uwikłanego w zdobywanie środków do życia. Poeta po przyjacielsku odsłaniał rąbka tajemnic własnej emigracyjnej egzystencji: "Niech Pan się nie gniewa, że doradzam Panu optymizm. Wiem, że to łatwo, kiedy chodzi o innych. Ale ja właśnie na własnej skórze doświadczyłem, że tylko ambicja nie dania się, przekonanie, że nasze życie jest na tyle ważne, że trzeba go chronić i na tyle nieważne, że nie można torturować się wymaganiami względem siebie - tylko psychiczna postawa może przeważyć ordynarne kawały losu".
Siła tej perswazji była zbyt mała wobec problemów, z których Malczewski zwierzał się Lechoniowi: "...to co się nazywa u mnie teraz malowaniem, to jest ciężka męka - jeżeli jeszcze coś większego, to już mazanie po omacku, z jakimś zamgleniem połączone i niemożnością ogarnięcia jakiejś większej części powierzchni. Piszę to, by Pan wiedział, jak jest [...]. Poza tym staram się żyć bez szarpania się - Pana myśli wiele razy pomogły mi się dźwignąć z dna. Ale staram się raczej żyć w rezygnacji i gotowości do wędrówki, wątpię, czy mnie stać na optymizm i czy mam do niego prawo. Chciałbym zyskać tylko spokój i władzę nad sobą, coraz bardziej niedołężnym człowiekiem".
Rola, jaką w tej sytuacji odegrał Lechoń w organizowaniu "Wieczoru Przyjaźni dla Rafała Malczewskiego", który odbył się w styczniu 1953 r. w Nowym Jorku, wydaje się nie do przecenienia. Poeta troszczył się też, by impreza była pełna elegancji, dyskrecji i nie przypominała jałmużny uwłaczającej godności malarza. Udział w herbatce, loteria i sprzedaż obrazów oraz prywatne donacje przyniosły niebagatelną na owe czasy sumę blisko 2800 dolarów.
Zasoby finansowe z "Wieczoru" oraz doraźna pomoc z National Committee for Free Europe, o którą dla malarza zabiegali m.in. Lechoń i Wierzyński - wobec obciążeń zdrowotnych obojga Malczewskich okazały się wkrótce niewystarczające. Nie powiodły się też starania Lechonia o edycję wspomnień zakopiańskich, choć według niego mogłyby być "szlagierem wydawniczym". Poszczególne fragmenty ukazywały się natomiast nieregularnie na łamach londyńskich Wiadomości od maja 1954 do stycznia 1956 r.
Malczewski pogrążał się w tragicznej rezygnacji i poczuciu osamotnienia, łagodzonego jedynie zaufaniem do Lechonia: "To bardzo okrutne dla malarza oglądać świat przez czarne okulary (światło razi mnie bardzo), świat coraz bardziej zamglony, pełen wyrw i plam mętnych, nijakich. [...] Każda namalowana akwarela rani mnie wspomnieniem wspaniałości barw świata i jego blasków, które tak mnie teraz rażą, jak nóż wbity w źrenicę. [...] [Piszę] to tylko dla Pana wyłącznie. [...] to nie self pity, to nie biadanie, to tylko chęć wyjaśnienia i chęć wytłumaczenia się, że sam nie biegam za swoimi sprawami, że nie próbuję zdobywać świata, gdy go tracę ciągle i bezpowrotnie".
Po pierwszej próbie samobójczej w 1921 r. Lechoń wydał tom Srebrne i czarne, w którym poetycko przetworzył filozoficzną refleksję o życiu i śmierci. Gdy otrzymał od Malczewskiego list pełen cytatów z tego zbioru, doskonale zrozumiał ukryte w nim intencje: "Piszę ´na chybcikaª, aby Pana prosić o wiarę, że będzie na pewno lepiej, że tym ´lepiejª teraz się zajmę i nie spocznę, aż nie wyskrobię tego ´lepiejª. Pan ma w sobie wcale nie popioły, ale żar niewygasły, który nie wie, jak wybuchnąć - zwłaszcza w kanadyjskiej duchowej temperaturze. Niech Pan przede wszystkim odwróci się od tych cytat, które same już mogą być dowodem, jakie życie gotuje niespodzianki, bo gdym te wiersze pisał, były one moją najgłębszą prawdą, po czym przeżyłem trzydzieści lat i jestem szczęśliwy, żem je przeżył. Błagam Pana - niech Pan tę siłę, którą się Pan pcha w rozpacz, zużyje na nadzieję, wiarę i miłość - wcale nie takie głupie cnoty. Zobaczy Pan, że to możliwe i że warto".
Później korespondencja wyraźnie straciła dynamikę, listy były raczej okazjonalne. Trudno tu analizować narastającą w tym czasie depresję Lechonia, która wpłynęła na jego psychiczne czy emocjonalne zamknięcie się wobec innych. Nie sposób też dociec tragicznego splotu różnych okoliczności, które 8 czerwca 1956 r. doprowadziły go do samobójstwa.
Następnego dnia Malczewski pisał do Mieczysława Grydzewskiego: "Jesteśmy wstrząśnięci wieścią o śmierci Lechonia [...] Bardzo wiele zawdzięczam Mu - pomógł mi wydźwigać się po chorobie, namówił do pisania. Zorganizował albo raczej napędził chętne panie do zorganizowania wieczorku w New Yorku dla mnie - chorego wówczas zupełnie, ułatwił zdobytą forsą leczenie i przeżycie jakiegoś okresu bez obłędnego biegania za forsą. Pisał listy do mnie pełne słów zachęty i zrozumienia tej paniki wewnętrznej, koszmaru, pasji samozniszczenia. Lękam się, że sam jej uległ".
Przygotowując tekst do specjalnego numeru Wiadomości poświęconego pamięci poety, Malczewski zwierzał się Grydzewskiemu: "O Lechoniu piszę - ciężko mi; odczytuję listy jego do mnie. Słowa zachęty, jakie pisał do mnie - zachęty do życia i pracy, do walki z nerwami, jakże bezskuteczne okazały się, gdy sam uległ złym mocom". Wśród wielu wspomnień o Lechoniu słowa Malczewskiego wydają się najbardziej przejmujące. Pisał m.in.: "Śmierć miał straszną. Wszystko, czym mnie ratował, okazało się pustym dźwiękiem. Tak, jakby pisząc do mnie, pozbawił się żywotnej treści. Myśli rozsypały się w proch, bezsilne, umarłe. Gdy losy niosły mu zagładę, nie miały litości nad człowiekiem tak bardzo kochającym życie w każdym objawie. Bał się śmierci i tak bardzo jej nie chciał. A przecież wyszedł jej naprzeciw. Wielki, ciężki, niezgrabny".
Malczewski przeżył Lechonia o blisko 9 lat. W marcu 1957 uległ udarowi mózgu i całkowitemu paraliżowi lewej ręki, którą malował. Koszty kuracji pokryli po części przyjaciele, m.in. Artur Rubinstein i Artur Rodziński, oraz władze Montrealu. Uzyskał niewielką pensję dla osób niepełnosprawnych od rządu prowincji Quebec, a dzięki staraniom Wierzyńskiego stałą miesięczną wypłatę z Wolnej Europy. Artysta podjął heroiczne próby rysowania prawą ręką - wykonane tak rysunki są tylko skromnym śladem trudnej do wyobrażenia walki, jaką usiłował toczyć z chorobą. W 1959 r. odbył trudną, przede wszystkim emocjonalnie, podróż do Polski. Wobec dramatycznej sytuacji materialnej i złego stanu zdrowia Malczewscy rozważali w 1961 r. powrót do kraju, co uniemożliwił gwałtowny kryzys zdrowotny artysty. W 1964 odbyła się ostatnia za życia Malczewskiego indywidualna wystawa w Dominion Gallery w Montrealu. Zmarł 15 lutego 1965 w szpitalu w Montrealu.
Od autorki
Korespondencja Lechonia i Malczewskiego znajduje się w zbiorach Houghton Library na Harvard University w Cambridge oraz w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku. Liczy 57 listów pisanych od 24 maja 1952 do 9 września 1955 r. Ukażą się one w edycji krytycznej w 2008 r.

