Przegląd Polski
8 lutego 2008
- Jana Lechonia i Rafała Malczewskiego dialogi o przyjaźni i śmierci - Beata Dorosz
- Przeszłość i przyszłość Polonii - John Grondelski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Awers do rewersu
Ze wzruszeniem i dumą myślę o swoim narodzie, stale skłonnym do "bijacki", jak chce poeta, o silnie zakorzenionych tradycjach walk o wolność naszą i waszą, a najbardziej cudzą. Ta chlubna tradycja kazała nam wciąż wybijać się na własną niepodległość i przelewać krew za wolność narodów niewyposażonych przez genetykę w nadmiar tak chwalebnych zalet i skłonności. Nadstawiając niczym Rejtan piersi, broniliśmy Europy przed Turkami i bolszewikami, ratowaliśmy amerykańską demokrację, wyzwoliliśmy świat od Związku Radzieckiego, a teraz dumnie walczymy na własnym podwórku ze związkami zawodowymi, które walczą o złotówki; walczymy też sami ze sobą.
Walki toczą się o każdy zaułek i złomek myśli niepokornej, o każdy kawałek muru okopów Świętej Trójcy, o każdy adres i tytuł naukowy, a nawet o każdy tytuł w bibliotece. Aby się o tym przekonać, wystarczy się zapisać na uczelnię wyższą, być w niej profesorem czy studentem i przestąpić próg biblioteki, na przykład Uniwersytetu Jagiellońskiego, i spróbować wypożyczyć książkę, zatytułowaną, na przykład, Bić się czy nie bić. Taki student nie wie jeszcze, czy jest to książka poświęcona sztukom walki, zaczyna się wszak interesująco od Tadeusza Kościuszki, który "na Rynku krakowskim, wobec Boga i Ojczyzny, w asyście wojska, zaproszonego obywatelstwa i przypadkowego pospólstwa faktycznie zdetronizował króla Stanisława Augusta Poniatowskiego" - jak porywająco pisze o insurekcji Tomasz Łubieński, skromny redaktor warszawskich Nowych Książek.
Jego książkę wydano w dawnej stolicy Polski, uznawanej za kulturalną stolicę Polski, a od roku 2000 także Europy - jeśli przyjąć, że hasło "Kraków 2000 - Europejskie Miasto Kultury" nie było tylko okolicznościową atrapą. A kultura to, jak wiadomo już nielicznym, już pobitym przez ruchome armie obrazków i basowanie armat głośników - także skromne słowo, przelane na papier niczym męczeńska krew na polu autorskiej chwały...
Po wejściu do biblioteki zostaniemy najpierw obrzuceni, niczym przeciwnik wychodzący na ring, spojrzeniem mierzących do nas niczym do ruchomej tarczy wprawnych wizjerów niewinnie wyglądających istot płci przeciwnej. Rozpocznie się pierwsze starcie. Zostanie nam mianowicie powierzone zadanie wypełnienia rewersu.
Rewers jest to kartka wielkości osławionej lojalki, na którą lojalnie musimy wpisać nie tylko autora i tytuł jego wypocin, ale wypocić także musimy tak zwane własne dane, łącznie z miejscem zamieszkania, wpisanym obowiązkowo w dwóch miejscach, w pełnym brzmieniu i bez pominięcia kodu pocztowego. Poprawne wypełnienie rewersu zajmuje nam dobry kwadrans. Po zakończeniu chwalebnej czynności ujawniania własnych danych osobowych wrzucamy ten dowód lojalności wobec bibliotecznej biurokracji do pudełka przypominającego urnę wyborczą. Jest to de facto urna z prochami nauki polskiej, ale nie uprzedzajmy faktów.
Rozpoczyna się druga runda zmagań o zdobycie książki, która ma nam odpowiedzieć na pytanie o sens podejmowania przez nas ciągłych walk, już nie tylko Polaków z sąsiadami, ale Polaków z Polakami. Po wrzuceniu rewersu do urny, z której zostanie on wybrany w przepisowym dla niego czasie, zadaniem naszym jest teraz odczekać przepisową godzinę. Prawo stanowi, że w ciągu tej przepisanej przepisami biblioteki godziny zatrudnieni w niej pracownicy frontu okołonaukowego dokonają dokładnego przestudiowania naszego wpisu, w celu znalezienia w nim omyłek i nieścisłości, po czym ewentualnie, choć niekoniecznie, udadzą się w kierunku bibliotecznych półek w celu przyniesienia, jeśli szczodrość ich pracowitego serca będzie aż tak wielka, oczekiwanej przez nas z niecierpliwością książki. Jest nam ona, na przykład, potrzebna na zajęcia, na których omawiać mamy film Andrzeja Wajdy Katyń i chcielibyśmy wiedzieć cokolwiek więcej na temat zniewalającego imperium carycy Katarzyny, tej Semiramidy Północy, i jej eks-kochanka króla Stasia.
Pytamy więc Semiramidę Południa, usadowioną na fotelu za plikiem rewersów, o losy naszego uniżonego podania w celu książki wydania. Książeczki nie ma, bo rewersik nieprawidłowo wypełniony - słyszymy wyrok, i czując się niczym skazaniec przed plutonem egzekucyjnym, pytamy nieśmiało: Jak to nieprawidłowo wypełniony, przecież całe dwie strony... Ale ołówkiem, a ołówkiem nie wolno! - słyszymy szczęk tego zdania niczym repetowanie broni i czujemy, jak dramatycznie podnosi się nam ciśnienie krwi w skroniach, wiedząc, że zaraz gruchnie strzał. Wypełni długopisem, to dostanie - pada zdanie niczym salwa, od której nie ma odwołania.
Pobici własnym ołówkiem dobywamy długopisu i wypełniamy z respektem rewers, niczym cyrograf, wrzucając go do urny z prochami naszych marzeń o wolności wyboru książek z półek. Czekamy kolejną godzinę na książczynę niewielką, ale jakże prawdziwą - o zrywach walecznego narodu, wyposażonego przez genetykę w nadmiar chwalebnych zalet i skłonności, stale skłonnym do "bijacki"...
