Przegląd Polski
15 lutego 2008

Głosujcie na Gdynię!

JACEK FEDOROWICZ

Dotarła do mnie właśnie wiadomość, że popularna gra "Monopoly", bardzo stara i zasłużona w edukacji młodzieży w zakresie rachunków, postanowiła w nowym wydaniu tej gry umieścić na planszy 22 miasta z całego świata wybrane drogą internetowego głosowania przez wszystkich użytkowników sieci. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jeżeli tak, to zostaną wybrane głównie miasta chińskie i indyjskie, bo to może być jak z tym sztucznym satelitą ze znanego w latach 50. ub. wieku obiegowego dowcipu: "Słyszałeś? Chiny Ludowe też umieszczą satelitę na orbicie. Siedemset milionów ludzi będzie naciągać procę". Jakież było moje zdziwienie, gdy w kolejnych doniesieniach przeczytałem, że owszem, Tajpej prowadziło na liście miast z tzw. dziką kartą, ale że Gdynia, nasza Gdynia właśnie je wyprzedziła i została liderem tej listy.

Po raz drugi w życiu skłonny jestem pochylić głowę przed internetowymi głosowaniami i westchnąć, że niezbadane są tajniki wyłaniania internetowego vox populi. Po raz drugi, bo już raz otarłem się o podobne, choć tylko wewnątrzpolskie, a nie ogólnoludzkie głosowanie. W 2005 roku wygrałem plebiscyt o tytuł Gwiazdy Uśmiechu na dorocznym Festiwalu Humoru w Gdańsku. Za konkurentów miałem same tuzy. Moim skromnym zdaniem byli oni/one ulubieńcami telewidzów w znacznie większym stopniu niż ja, głosowanie odbywało się jednak po raz pierwszy nie za pomocą kartek pocztowych, ale przez internet, i to miało znaczenie decydujące. Byłbym jednak skrajnym megalomanem, gdybym wyciągnął z tego od razu wniosek, że jestem głównym ulubieńcem skomputeryzowanej części narodu. Niestety, nie jestem. Owszem, przyznaję, że mogę być gwiazdą humoru bardziej dla zasiedziałych przed komputerami wykształciuchów niż dla miłośników humoru - nazwijmy to - nieco prostszego, stanowiących w narodzie przytłaczającą większość i głosowanie przez internet udział tej większości ograniczało. Ale nie mogłyby o wyniku zadecydować, gdyby nie jakaś zorganizowana akcja jakichś moich anonimowych sympatyków, którzy potrafili się skrzyknąć i - sobie tylko znanymi sposobami - zaagitować, zorganizować, skoordynować działania solidnej grupki internautów. Pisząc o sposobach nie sugeruję oszustwa! Umarłbym ze wstydu, gdybym miał wygrać dzięki machinacjom. Oszustwa być nie mogło, bo głosowanie organizowali fachowcy, którzy bardzo dokładnie zabezpieczyli się przed możliwością oddania 16 tysięcy głosów na pana Fedorowicza, przez - na przykład - córkę pana Fedorowicza. Oszustwa więc nie było, ale jakaś akcja agitacyjna grupki zagorzałych zwolenników - owszem. Dlaczego o tym piszę? Bo wierzę, że miłośnicy Gdyni też potrafią się zorganizować, pokonać Szanghaj, Bombaj, Delhi i Kalkutę, o co niniejszym gorąco proszę. Adres: www.monopolyworldvote.com. Tam będzie podane, gdzie i jak klikać. Głosowanie tylko do końca lutego. Proszę zajrzeć na stronę jeszcze dzisiaj, żeby jutro nie żałować straty jednego dnia.

Tu uwaga natury delikatnej. Gdynia jest zgłoszona dodatkowo ("dzika karta"), natomiast organizatorzy głosowania wśród kilkudziesięciu miast "poddanych pod rozwagę" umieścili Warszawę. Głosując na Gdynię, maksymalną liczbą głosów dopuszczonych regulaminem, pozbawia się tych głosów Warszawę, ergo głosuje się w pewnym sensie przeciw naszej stolicy. Mimo to namawiam, wysuwając tylko dwa, ale jakże ważne argumenty. Pierwszy: ze stanu na dziś wynika, że Gdynia ma znacznie większe szanse na końcowy sukces niż Warszawa. Drugi: Gdynia to najwspanialsze miasto na świecie. Dla mnie w każdym razie.

Pisząc w ub. miesiącu w Przeglądzie Polskim o Janie Nowaku-Jeziorańskim i warszawskim Powiślu, przedstawiłem się jako mieszkaniec tegoż. Wieloletni, ale - dziś dodam - z długimi przerwami na wdychanie nadmorskiego powietrza. Przede wszystkim urodziłem się w Gdyni. Fedorowicze to warszawiacy od kilku (a może kilkunastu, z byłymi Białorusinami to nigdy nie wiadomo) pokoleń, ale po pierwszej wojnie światowej to również ogromni entuzjaści odzyskanego dostępu do morza. Stryj Wacław był absolwentem pierwszego rocznika Szkoły Morskiej, rozkręcał gdyńskie biznesy, tuż przed wojną był już współwłaścicielem pięciu statków, a przedtem ściągnął do Gdyni młodszego brata, mojego ojca, stąd moje miejsce urodzenia. W sierpniu 1939 r. ojciec, jako podporucznik rezerwy, został zmobilizowany i potem bronił Gdyni, matka, ze mną pod pachą, uciekła do dziadków Schmidtów do Warszawy, podobno ostatnim pociągiem. Zdążyła i pewnie dlatego - dodam na marginesie - Erika Steinbach, moja niedoszła krajanka z Rumii, może się uważać za wypędzoną, a ja nie.

Mieszkałem na Powiślu, ale byłem przez mamę wychowywany w kulcie Gdyni. Pokazywała zdjęcia przystojnego uśmiechniętego chudzielca i mówiła, że to mój ojciec, którego nie zdążyłem poznać, a który siedzi w oflagu, ale jak wojna się skończy, to wróci i znów będziemy mieszkać w Gdyni. Pokazywała różne zdjęcia, wynikało z nich, a także z opisów słownych dodawanych przez mamę, że nie ma na świecie piękniejszego miejsca. Gdynia utrwalała mi się w świadomości nie tylko jako wzór estetyczny, ale i symbol wolności, rozwoju, dynamiki, postępu i muszę wyznać, że to utkwiło we mnie na całe życie.

Kiedy wracaliśmy wiosną 1945 roku, na Helu jeszcze bronili się Niemcy. Nie będę streszczał życiorysu, powiem tylko, że cała moja tęsknota za utraconą niepodległością (z tej straty nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy tuż po wojnie, ale komuniści w krótkim czasie nam to uświadomili) i za normalnym systemem ekonomicznym utraconym na rzecz antyrozwojowej socjalistycznej paranoi, skoncentrowała się właśnie w obrazie przedwojennej Gdyni. Z satysfakcją odnajdywałem wciąż jej ślady i choć dojeżdżałem kolejką na zajęcia uczelniane do Gdańska ze stacji Wzgórze Nowotki, to wiedziałem, że to jest Wzgórze Focha, a mijany po drodze budynek Prezydium Miejskiej Rady Narodowej to przecież Komisariat Rządu. A Polskie Linie Oceaniczne, czyli PLO, to dawny GAL, czyli Gdynia-Ameryka Lines. Zresztą, Gdynia zawsze była mniej socjalistyczna z powodów - że tak powiem - naturalnych. Miała stały kontakt z zagranicą, bo to jednak miasto portowe, i trudno było przed jego mieszkańcami ukryć istnienie świata zachodniego, co częściowo udawało się w innych rejonach kraju. W gdyńskich knajpach bawili się cudzoziemscy marynarze, nasi pływający szczęśliwcy opowiadali znajomym o życiu za żelazną kurtyną, tu łatwiej było w komisach o żyletki Gilette i atrament Watermana. Tylko ktoś, kto przeżył w Polsce cały komunizm, od początku do końca, zrozumie mnie, mieszkającego w pięcioosobowym pokoju w akademiku, przymierającego głodem (w latach 50. zabrali rodzicom prawie wszystko i wyrzucili ich z Gdyni) studenta, który ostatnie grosze wydaje na bardzo drogą żyletkę (na Świętojańskiej sprzedawali czasem na sztuki, po 6 złotych jedna) po to, żeby na przekór systemowi poczuć się przez chwilę człowiekiem należącym do innego, normalnego świata.

Nie jestem w stanie przekazać mojego gdyńskiego zauroczenia wszystkim tym, których chcę zaagitować i namówić do włączenia się w akcję głosowania na Gdynię, więc wrócę do pierwszego argumentu, że są szanse, i podbiję go zapewnieniem, że wszystko to, co piszę o Gdyni przedwojennej, odnosi się również do Gdyni odzyskanej. Po 1989 roku Gdynia znów ruszyła z kopyta i jest wielu miastom słusznie stawiana za wzór. Szczególnie w dziedzinie samorządzenia się. Samorząd nigdy nie był naszą specjalnością, Gdynia jednak wyłamuje się z tych - dość często zasłużonych niestety - stereotypów i mentalnie do nich nie pasuje. To jest nowoczesne miasto, nowoczesne przede wszystkim duchem obywateli. A jeżeli kogoś z Szanownych Agitowanych to nie przekonuje, nie musi wszak, niech go przekona to proste rozumowanie, że skoro są szanse - to głosować trzeba, jako że pozornie nieważny, błahy szczególik, jakim może być obecność Gdyni w grze planszowej, to bardzo istotny element (no, elemencik) w naszej światowej grze o obecność. We współczesnym świecie liczy się przede wszystkim reklama, o tym przekonywać nie muszę. Reklamują się nie tylko firmy, reklamują się też kraje, miasta, narody.

Na różne sposoby. Albo obalając komunizm w skali światowej (Solidarność, Wałęsa), albo dokonując czynów pomniejszych. Czasem tylko istniejąc w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu i towarzystwie. Pamiętam, z jaką satysfakcją odnotowałem obecność Polaka w książce, z której uczyłem się angielskiego. Było to bardzo dawno, 60 lat temu, w Gdyni oczywiście. Uczyłem się z niezwykle popularnego podręcznika Essential English Eckersleya, który nizał kolejne lekcje na swego rodzaju niteczkę fabularną, jaką były spotkania i rozmowy piątki studentów profesora Priestleya. Był w tej międzynarodowej piątce Polak. Na imię miał Jan, był bardzo dobrze wychowany i bardzo kulturalny. Czytając książkę czułem ogromną satysfakcję, że gdzieś na świecie żyją całe tabuny młodych ludzi uczących się angielskiego, którzy dowiadują się, że jest w Europie taki kraj jak Polska i zapamiętują (dziś wiem po sobie, że na całe życie) taki obrazek Polaka, jaki chcielibyśmy, żeby zapamiętali. Taki, którego przez całe lata socjalizmu nie mieliśmy niestety szansy wylansować. Od Eckersleya dostaliśmy kulturalnego Jana za darmo, rozwijającą się Gdynię możemy wbić pewnej, może nie imponującej, ale na pewno wartej zachodu, liczbie obywateli świata, przy pomocy odpowiedniej ilości kliknięć. Wszyscy do klików! Od dziś!

 

Od redakcji

O tym, że głosowanie w internecie może być skuteczne, najlepiej świadczy rezultat akcji zainicjowanej przez Nowy Dziennik, który zwrócił się do czytelników o oddawanie głosów w oscarowym plebiscycie New York Timesa. Zanim się rozpoczęła, Katyń Andrzeja Wajdy miał zaledwie 8% głosów - po kilkunastu dniach jej trwania ma już 93%. Na film oddano 124 413 głosów.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail