Przegląd Polski
22 lutego 2008

Być kobietą-powstańcem

HALINA FILIPOWICZ

"Tego pamiętnego roku zimy prawie nie było, a wiosna niezwykle ciepła i wczesna" - zanotuje Jadwiga Prendowska, kobieta-powstaniec, więźniarka warszawskiej Cytadeli, zesłana następnie w głąb Rosji. W marcu słońce grzało jak w lecie, a fiołki i barwinek kwitły już obficie. Te z pozoru marginesowe szczegóły, rzucone mimochodem na papier, nie są tylko obiektywną informacją, rejestrującą realia codzienności w pierwszych miesiącach 1863 roku. W powstańczym pamiętniku Prendowskiej stanowią dalekie, jakby ironiczne tło tragicznych i bolesnych zdarzeń, w których uczestniczy autorka. Tu - groza sytuacji, tam - jak na ironię, marcowe fiołki. Czasem ma się wrażenie, że wielka tragedia powstania rozgrywa się w surrealistycznych dekoracjach.

Jak w transie

Zaraz po wybuchu powstania Jadwiga i Józef Prendowscy włączają się w szeregi walczących. Opiekę nad dziećmi, z których najmłodsze ma zaledwie kilka miesięcy, powierzają matce Jadwigi, a sami rozwijają gorączkową działalność. On pełni obowiązki komisarza Rządu Narodowego w województwie sandomierskim. Ona zakłada pocztę powstańczą na Kielecczyźnie, czuwając nad przerzutem broni i amunicji, pieniędzy i druków, rozkazów i meldunków. Organizuje komitety kobiet do służby cywilnej i sanitarnej. Dogląda szpitali powstańczych. Niezmordowanie krąży między Kongresówką i Galicją, spełniając powierzone jej misje kurierskie i wywiadowcze. Pochłonięta tysiącem obowiązków, żyje jak w transie. I dopiero w połowie czerwca spostrzega, że w polu jej widzenia zaszła kolejna zmiana: "Jadąc kiedyś zauważyłam, że drzewa już bujnym liściem okryte, zadziwiłam się [sic], bo nie widziałam, kiedy rosły". Trudno o celniejsze uchwycenie poczucia nierzeczywistości, jakiego doznawała Prendowska "tego pamiętnego roku". Jej doświadczenie powstania jest głęboko przeniknięte świadomością oderwania od otaczającej ją codzienności, wyobcowania, bycia "na stronie", znalezienia się na krańcach. I to jest bodaj najważniejszy rys narracji w Moich wspomnieniach Prendowskiej.

Dla wielu czytelników pamiętnik ten, wydany dopiero w 1962 roku, wciąż jest zaskoczeniem. Dzieje się tak dlatego, że relacja autorki wymyka się znanym, dobrze oswojonym schematom. Pokazuje, że dzieje polskich powstań - mimo tak ścisłego przebadania przez historyków - mają jeszcze sporo tajemnic. Pamiętnik Prendowskiej jest ważny także przez swoje niedomówienia, zwracające uwagę na sprawy, które po dziś dzień są niejasne. Jaka była doza patriotycznej świadomości w decyzji Polek angażujących się w walkę? Jaki był stosunek współczesnych do kobiet-powstańców? Czy zyskały one jednoznaczną aprobatę społeczną? Czy przez wszystkich - jak głosi polski mit patriotyczny - oceniane były entuzjastycznie?

"Z wyboru serca"

Najpierw wypada zapytać: kim była Jadwiga z Woyciechowskich Prendowska, która - obok Henryki Pustowojtówny - grała główną rolę kobiecą na historycznej scenie powstania styczniowego? Urodziła się 22 grudnia 1832 r. w Łomnie, w powiecie iłżeckim, w rodzinie średniozamożnej szlachty. Wychowała się w atmosferze żywych tradycji patriotyczno-powstańczych. W wieku 17 lat wyszła za mąż za Józefa Prendowskiego. Poślubiła go - jak pisze - "jedynie z wyboru serca, mimo oporu mojej matki i mojej rodziny". Warto zapamiętać te słowa. Silna wola, mocny charakter, samodzielność, determinacja - oto psychologiczny wizerunek Prendowskiej także w późniejszych latach, w czasach największego zagrożenia osobistego.

Po ślubie Prendowska przenosi się do domu męża w Mircu koło Radomia. Jeszcze dzisiaj dwór mirzecki wydać się musi miejscem niezwykłym. Oto najmłodszą córeczkę Prendowskich, Jadwigę Ludwikę, urodzoną tuż przed wybuchem powstania, do chrztu trzyma jeden z miejscowych chłopów. A do leśnych oddziałów wyruszy w przeddzień powstania cała męska służba w Mircu - ekonom, gorzelany, kucharz, lokaj, pastuch, parobkowie. Licznie stawią się okoliczni chłopi. Nie zabraknie wśród nich ojca chrzestnego kilkumiesięcznej Jadwigi Ludwiki. "Słowem - jak zauważa autorka - wyludnienie zupełne". Ktoś, kto ma w pamięci tylko pierwszy rozdział Wiernej rzeki Żeromskiego, raz po raz przeciera oczy. Prendowska sama zresztą mówi o sobie, że jest "demokratką do przesady".

Powstańcza działalność Prendowskich już w połowie 1863 r. zwróciła uwagę władz carskich. W czerwcu aresztowany został Józef, we wrześniu - Jadwiga. Jego po kilkunastu miesiącach zwolniono. Ją wyrokiem sądu wojskowego skazano na katorgę na Sybir. Tylko dzięki usilnym staraniom karę tę zamieniono na zesłanie do bliższych guberni Rosji. Do zmniejszenia kary przyczynił się być może fakt, że po przebytej w młodości chorobie Prendowska chodziła o kuli. Na wygnaniu przeżyje z górą dwa lata, od 25 stycznia 1864 do 19 marca 1866 r. Odszuka ją w Rosji mąż i razem wrócą do kraju, gdy Prendowska zostanie ułaskawiona.

W Mircu zastaną całkowitą ruinę. Po śmierci męża w 1872 r. Prendowska musi opuścić dwór mirzecki. Znajdzie się z dziećmi bez środków do życia, ale i tym razem mężnie boryka się z trudnościami. Zarabia na wykształcenie córek i synów. Umiera 16 marca 1915 r. w Czyżowie Szlacheckim koło Zawichostu.

Dwory i dworki

Pamiętnik Prendowskiej, napisany żywym, barwnym językiem, zawiera cenny materiał do poznania dziejów i psychologii społecznej lat 1860-66. Zatrzymam się tu na kilku tylko niepokojących, zagadkowych fragmentach, które zawodzą oczekiwania czytelników, spodziewających się znaleźć w Moich wspomnieniach jednoznaczne odpowiedzi na pytania o przeszłość.

Atmosferę panującą w połowie XIX wieku Prendowska ujmuje w postaci paradoksu. "Kraj - stwierdza - tak był zmęczony, obezwładniony Mikołajewskim terroryzmem i prześladowaniem, że się nawet na myśl jasną zdobyć nie umiał, nie mógł". A jednocześnie, na tej samej stronie, notuje: "przyszłego zbrojnego ruchu [...] nikt nie podawał w wątpliwość, wszyscy uważali [go] nieuniknionym jak śmierć. Kiedy, jak, z czym i o czym, nikt nie pytał - będzie i dosyć". Odrzuca zarzut, że jej współcześni żyli dziecinnymi mrzonkami. Przytacza słowa, które wiele razy słyszała "z ust ludzi poważnych, spokojnych": "Nigdy nie kończą ci, co zaczynali. My zginiemy, ale nasza ofiara będzie posiewem przyszłości". To nie była patriotyczna egzaltacja ani złudzenia - konkluduje - tylko trzeźwa kalkulacja, że potrzebna jest "ofiara, którą obowiązany był spełnić każdy uczciwy człowiek, zarówno mężczyzna jak kobieta, bez względu na zajmowane stanowisko".

I oto z początkiem 1863 r. każdy uczciwy człowiek, zarówno mężczyzna jak kobieta, ma szansę sprostać temu wyzwaniu. W sobotę, 24 stycznia, Prendowska otrzymuje od władz powstańczych rozkaz. W Kowali pod Radomiem ma założyć stację poczty narodowej. Zdaniem wydawców Moich wspomnień, Eligiusza Kozłowskiego i Kazimierza Olszańskiego, autorka "bez chwili wahania" podejmuje powierzoną jej misję. Czy aby na pewno bez chwili wahania? Prendowska żarliwie przeżywała manifestacje przedpowstaniowe, ale teraz reaguje inaczej: "Ani na chwilę nie myślałam czynny brać udział w ruchu, zakłopotałam się więc bardzo - odmawiać przecież nie mogłam".

Skąd to zakłopotanie, skoro w latach przedpowstaniowych Prendowska z takim entuzjazmem włączyła się do ogólnonarodowego nurtu protestu? Okazuje się, że manifestowanie uczuć patriotycznych i przyjęcie nominacji na kierownicze stanowisko w powstaniu były dla kobiety dwiema różnymi sprawami. Spełnienie rozkazu, który Prendowska dostała 24 stycznia, wymagało przekroczenia norm obyczajowych oraz tradycyjnych reguł zachowań - porzucenia domu i dzieci, zaistnienia w życiu publicznym samodzielnie i niezależnie od męża, jako "obywatelka Prendowska". Tylko w niedomówieniach Moich wspomnień można odczytać, że autorka uświadamia sobie, iż tradycja narzuciła pewien wzór kobiecości, który uznano za naturalny. Kobieta realizuje go swoim strojem, sposobem bycia i mówienia, wyborem "kobiecej" drogi życiowej, przyjęciem statusu żony, matki, pani domu. Jeśli oprze się presji tego wzoru, ryzykuje, że zostanie uznana nie tylko za niekobiecą, ale także za nienaturalną. Po chwili wahania Prendowska podejmuje wyzwanie. Zdaje sobie sprawę, że są takie sytuacje historyczne, w których jest tylko miejsce na etykę ryzykowną. W niedzielę 25 stycznia wyrusza do powstania. Przez następne siedem miesięcy jest w domu rzadkim gościem. "W wyszarzanej [sic] czarnej sukni i wytartej żakietce", często o głodzie i chłodzie, przemierza radomskie i kieleckie bezdroża.

Nieustannie towarzyszy jej surrealistyczne poczucie nierzeczywistości. Oto migawka z postoju w wiejskim dworze: "Damy, arcyniesmacznie przystrojone, zdziwionymi oczami na mnie patrzały. Mężczyźni zakłopotani nie wiedzieli, czy mają rozmawiać, czy poprzestać na wrażeniu, jakie musieli wywołać zamaszystymi krawatami krzyczącej barwy, kapeluszami z kaczymi piórami, a nawet całymi łbami". Właściciele majątku niekoniecznie są radzi przybyłej, ale nie wypędzają jej na noc. Kolejny nocleg wypada w dworku, gdzie Prendowska przyjmowana jest bardzo serdecznie. Cieszyć się więc, że są gościnne dworki, na które zawsze można liczyć? Z pewnością. "Dworek - stwierdza autorka - mnie nigdy nie zawiódł, gdy dwór - różnie bywało". Ale i tu, w dworkowym zaciszu, ogarnia ją dojmujące poczucie wyobcowania: "Jakże dziwne zrobił mi wrażenie ten dom ciepły, jasny, wygodny, a kółko sąsiadów z całym spokojem grające w wista". I Prendowska zaczyna w myślach powtarzać wiersz Leona Kaplińskiego:

W noc spokojną
do domów wpadniemy,
Gdzie szczęśliwi cichymi śpią snami,
Naszą pieśnią ich spokój skłócimy,
Niech się zbudzą,
niech idą za nami. *)

"Nagana lub milczenie"

Jaka była reakcja współczesnych na powstańczą służbę Prendowskiej? Czy dumni byli z bohaterki 1863 r.? Po latach Prendowska zapisze: "Mnie jednak w najtrudniejszym położeniu ani wtedy, ani później nikt nie śpieszył z pomocą, przeciwnie - otoczenie moje miało zawsze dla mnie i ma jeszcze tylko naganę lub milczenie. Gdyśmy byli na wygnaniu, pozwolili strwonić i zmarnować całe nasze mienie, mimo iż mąż mój, gdy jechał za mną, prosił o opiekę trzech obywateli; nazwisk ich nie wymieniam. Gdy po jego śmierci wychodziłam z Mirca na bezdomną tułaczkę z pięciorgiem małoletnich dzieci, pozwolono nam - radzić sobie".

Dlaczego? Przecież nie stawała nigdy do walki z bronią w ręku, nie zabijała. Wzięła na siebie obowiązki bardziej zgodne z tym, co tradycyjnie uważano za powołanie kobiety. I w przeciwieństwie np. do Pustowojtówny nie włożyła męskiego stroju. Mimo to środowisko odwróciło się od niej. Zamiast podziwu czy choćby solidarności - manifestowało swój dystans.

Za co spotkał ją ostracyzm współczesnych - po dziś dzień nie wiadomo. Nie ujawnia tego żaden znany dotychczas dokument. Możemy tylko czytać między wierszami. Nie przekonuje hipoteza, że współcześni odsunęli się od Prendowskiej, bo bali się politycznej kompromitacji. Wszak została ona w 1866 r. ułaskawiona i dlatego mogła wrócić do kraju. Bardziej przekonujący jest argument, że wiele osób, które kiedyś nie kwapiły się do pomocy powstańcom, na długie lata zachowało żal, jakoby to właśnie z rozkazu Prendowskiej leśne oddziały rekwirowały w ich majątkach konie i bydło. Trudno też sobie wyobrazić, by z sympatią odnosiły się do Prendowskiej okoliczne damy z towarzystwa, strofowane przez nią w czasie powstania za opóźnienia i bałaganiarstwo, gdy na jej rozkaz miały dostarczać "żywność, bieliznę i co potrzeba". Chyba nie popełnimy wielkiego błędu, jeśli przypuścimy, że współczesnych zupełnie już dezorientowało i przerażało jej "niekobiece" zuchwalstwo oraz determinacja nieznosząca opieszałości i "moderacji". I to jeszcze, że "po męsku" nie przebierała w słowach. Nie szczędziła ostrych słów krytyki cnotliwcom, mającym przez całe życie gęby pełne patriotycznych frazesów, ale zupełnie się załamującym w momencie próby ostatecznej. Jednemu z sąsiadów docięła: "Podłością jest stać na boku i patrzeć, jak naród ginie w krwawych zapasach". A proboszcza, który uciekł, gdy jego plebania miała służyć za stację poczty powstańczej, nie zawahała się zganić: "księżunio, bardzo gorący w czasach manifestacji, gdy przyszło do czynu, dał nura".

Powstanie kobiet

Utarła się opinia, że powstanie styczniowe było powstaniem młodzieży. Zapomina się często, że było ono także powstaniem kobiet. Ale w przeciwieństwie do mężczyzn-powstańców pozostawiły one niewiele relacji pamiętnikarskich. Wśród setek wspomnień z tych lat bardzo rzadko pojawia się nazwisko kobiety-autorki. Jak zauważają wydawcy pamiętnika Prendowskiej, skromna liczba relacji kobiet jest faktem zaskakującym "tym bardziej że udział Polek w walce 1863 roku przewyższył znacznie wszystkie dotychczasowe polskie ruchy zbrojne - nie brak ich było i w służbie cywilnej, i sanitarnej, a nawet liniowej - niewiele jednak z nich zdecydowało się na utrwalenie piórem wypadków, których były współtwórcami lub świadkami".

Wśród uczestniczek powstania styczniowego, które spisały swoje wspomnienia, są - obok Jadwigi Prendowskiej - m.in. Pelagia Dąbrowska, Seweryna Duchińska, Emilia Heurichowa, Zofia Kowalewska, Rozalia Mielnicka i Elżbieta Tabeńska. W dyskusjach nad polską irredentą pamiętają o nich już tylko specjaliści. Przydałoby się więc wznowienie pamiętnika Prendowskiej. Przydałaby się także antologia adresowana do szerokiego ogółu miłośników historii, prezentująca wybór najciekawszych opisów i relacji pamiętnikarek 1863 roku.

*) Prendowska przypisała ten wiersz Kornelowi Ujejskiemu, a w przypisach wydawców Moich wspomnień zabrakło sprostowania.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail