Przegląd Polski
22 lutego 2008
- Być kobietą-powstańcem - Halina Filipowicz
- Od przyjaciół Moskali - Małgorzata Zaremba, Jan Strękowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Inte®nektualiści
W zamierzchłych czasach mojej młodości zaszczytne miano intelektualisty posiadał człowiek wyposażony w dystynkcję druku, czyli ten, kto czytał. Intelektualiści dzielili się wtedy na porannych i popołudniowych. Poranni zaczynali swoje intelektualne rozgrzewki bardzo wcześnie, od lektury Trybuny Ludu. Lubiłem się wsłuchiwać w rytmiczny chrzęst kilkudziesięciu szarych komórek, przemielających te czytelnicze rozkosze, gdy przypadkiem znalazłem się w autobusie o tak wczesnej porze, wracając z całonocnych, intelektualnych pojedynków na Stoliczną i Wyborową, toczonych przez intelektualistów popołudniowych.
Tym zaszczytnym mianem obdarzano tych wszystkich nierobów, pasożytów i studentów, którzy zwlekali się ze swoich barłogów późnym popołudniem, by jeszcze zdążyć się załapać "na sępa" w studenckiej stołówce. Jadanie na sępa polegało na czarowaniu kucharek najnowszym wierszem erotycznym lub po prostu promiennym uśmiechem, wykazującym ubytki w uzębieniu, w celu wyżebrania w okienku darmowej zupy, do której zjadało się nieograniczoną ilość chleba, aby zrobić tak zwany podkład pod nocne, intelektualne, i do pewnego stopnia patriotyczne, pojedynki na Wyborową i Stoliczną.
W porannych autobusach i pociągach można było też spotkać osobników poczytujących Joe Alexa, co uchodziło wtedy za szczyt intelektualizmu, bo nazwisko brzmiało z obca. Niewielu z tych miłośników łamania głowy nad rozwikłaniem zagadki kolejnego morderstwa doskonałego (a jest nim, jak wiemy, jedynie małżeństwo: zabija powoli i skutecznie, i nie ma sprawcy...) wiedziało, że był to pseudonim Macieja Słomczyńskiego, tłumacza Ulissesa, zarabiającego na chleb z masełem wymyślaniem drukowanych dreszczowców. Z samej literatury z górnej półki tak wtedy, jak i teraz żyć nie można.
Przy odrobinie więc dobrej woli można by pod kategorię intelektualistów podciągnąć cały ludek pracujący miast i wsi, zdążający do roboty, czytający od deski do deski zadrukowane czarną, brudzącą ręce farbą strony Trybuny pilniej niż książeczkę do nabożeństwa. Tak pilnych czytelników ma dzisiaj tylko Fakt czy Super Express. Wystarczy przejechać się porannym autobusem, tramwajem czy kolejką przez Trójmiasto, Warszawę albo Katowice.
Tak, pod kategorię intelektualistów można by podciągnąć cały lud czytający, ale z jednym zastrzeżeniem: z tej kategorii wykluczymy tych wszystkich, którzy czytali między wierszami, na podstawie czego mianowali się później dysydentami. Najnowsze badania wykazały, że było ich w PRL-u 85. Nie 86 albo 84, ale 85. I że wszyscy byli związani ze środowiskiem Gazety Wyborczej. Uściślijmy zatem, że tę kategorię zostawimy tym, którzy czytali tak dużo, że popsuli sobie wzrok na tyle, że nosili okulary w drucianych oprawkach, wiążąc ledwo koniec z końcem za te polskie dwa tysiące, albo żyli w jakimś mieście za te polskie tysiąc dwieście, żeniąc się uprzednio z żonami-magistrami.
No dobrze, zapyta ktoś, a czy księgowe lub panie pracujące na poczcie czy w banku, czyli także wyposażone w dystynkcję druku, możny by nazwać intelektualistkami? Zapewne nie wszystkie, ale na pewno tak. Weźmy takiego Gombrowicza. Nie był ci on panią, ale z racji swych niezdrowych fascynacji sytuował się bardzo blisko tej kategorii. Pracował w banku, co mu tylko pomogło przeniknąć do wnętrza duszy człowieka, bez czego pisarz nie istnieje. Gombrowicz nie był jednak na tyle przenikliwy, by zauważyć, że banki to jedyne, oprócz kościołów, instytucje użytku publicznego, w których się nabożnie milczy. Bożkowi pieniądza oddaje się cześć w nabożnym skupieniu.
Ale z kolei, czy pod kategorię intelektualisty podpada ktoś czytający tylko i wyłącznie kryminały i tanie romanse albo pokątną literaturę erotyczną Jerzego Pilcha? Moim zdaniem jak najbardziej podpada każdy osobnik każdej płci, który coś tam czyta, coś tam sobie przy okazji myśli, a zdarza się, że coś tam czasem skrobie w kajeciku, za co później otrzymuje Nagrodę Literacką Nike. Bywa też na tak zwanych salonach w celu podjęcia zawoalowanej krytyki systemu (podatkowego) albo wnikliwej analizy ostatniego dzieła literackiego Zbigniewa Włodzimierza Fronczka.
Rozmarzyłem się, a rzeczywistość wygląda mniej obiecująco. Dystynkcję druku zastępuje dziś z powodzeniem dystynkcja kciuka i myszki. Współczesny intelektualista został internektualistą i już nie czyta, tylko serfuje po internecie. Szare komórki szarego człowieka, szarego, ale czytającego, zastąpiły komórki, czyli telefony komórkowe, przeznaczone nie tylko do słuchania i mówienia, ale i do czytania i pisania swoich esemesowych epistolarności. A do pisania, jak wiadomo, żadne czytanie czyichś wypocin nie jest potrzebne. Jak mawia mój znajomy dinozaur, piszący nadal na przedpotopowej maszynie do pisania, nie ma czasu na czytanie cudzych książek, bo ledwo mu starcza na pisanie własnych. Jak najbardziej więc zasługuje on na zaszczytne miano intelektualisty, bo czyta. I nieważne, że tylko co, sam napisze...
