Przegląd Polski
29 lutego 2008

Z czego śmieją się Polacy?

JACEK FEDOROWICZ

W różnych wywiadach często zadawano mi pytanie: "Z czego śmieją się Polacy?". Odpowiadałem, może nie bardzo grzecznie, że pytający powinien pochodzić trochę na różne przedstawienia kabaretowe, to będzie wiedział. A gdy ten ustępował, tłumacząc, że przecież to ja "siedzę w branży", więc chodzę częściej i powinienem znać odpowiedź na to pytanie, odpowiadałem, zgodnie z prawdą zresztą, że nie wiem, bo gdybym wiedział, to pisałbym tylko bardzo śmieszne kawałki i zarabiał dużo pieniędzy. Poza tym nie można uogólniać. Polacy są różni, jednych śmieszy Mrożek, innych opowieści z koszar.

To bolesne wyznanie, ale rzeczywiście nigdy nie wiem, czy coś, co wystukałem sobie na klawiaturze komputera, wypowiedziane publicznie, wzbudzi reakcję widowni. Z tekstami satyrycznymi jest tak, że człowiek, który je prezentuje publicznie, ma obowiązek wywołania reakcji. To jest ten typ twórczości, który niestety nie może zadowolić się cichym aplauzem, życzliwym uśmiechem czy entuzjastyczną nawet, ale bezgłośną oceną. Między widzem przychodzącym na występ satyryka, komika, klauna a tym właśnie artystą zawarta zostaje swego rodzaju umowa: widz płaci, lub choćby tylko poświęca swój czas, i w zamian za to musi kilka razy roześmiać się i usłyszeć śmiech innych. Cisza jest niewywiązaniem się z umowy. Dlatego ubolewałem całe życie nad faktem, że nigdy nie umiem przewidzieć, kiedy publiczność rozśmieszę i z reguły - gdy czytałem jakiś tekst po raz pierwszy - publiczność przyjmowała martwą ciszą wszystkie momenty, które ja uważałem za szalenie dowcipne, śmiała się za to (na szczęście!) w wielu innych, ale zupełnie nieprzewidzianych przeze mnie momentach.

Każdy tekst, abym mógł go uznać za gotowy, musiał przejść kilka, czasem kilkanaście prób ogniowych z publicznością, która go współtworzyła, reagując lub milcząc. Po każdym wykonaniu skreślałem niewypały, a "trafione" przenosiłem do drugiej części, bo przecież na końcu trzeba mieć "pewniaki", żeby zejść na brawach. A dlaczego tak się zwierzam? Dlatego, że postanowiłem - po raz pierwszy, jeszcze nigdy nie robiłem takich eksperymentów - podać przykład takiego monologu "w robocie". Fragmenty niezupełnie "obstukane" są na początku, a te sprawdzone w dalszej części. Niektóre akapity już były w programach TVP, HBO i Polsatu. Będzie z tego może taki pożytek, że choć co prawda nie odpowiem na pytanie "z czego śmieją się Polacy?", to dam przykłady "z czego śmieją się specyficzni Polacy, przychodzący na programy z udziałem niejakiego Fedorowicza i jemu podobnych". Bo poniżej umieszczę tylko te fragmenty, które przeszły z powodzeniem test skuteczności, to znaczy wzbudzają śmiech słyszalny.

Doniesienia bieżące

Dziś rano usłyszałem, że Jennifer Lopez urodziła bliźniaki. Uważam, że nie należy się tym niepokoić. Sytuacja zaczęłaby być groźna, gdyby za rok Jennifer Lopez urodziła Gosiewskiego.

Wreszcie zademonstrowano projekt Stadionu Narodowego, na którym ma się odbyć mecz inauguracyjny mistrzostw Euro 2012. Stadion jest pomyślany jako wielki kosz wiklinowy. Zagraniczny projektant odpierał krytyki wyjaśniając, że chciał jak najlepiej, że jest to nawiązanie do wkładu Polaków w rozwój cywilizacji światowej. Ale i tak dobrze, bo mógł nas uhonorować nawiązując np. do łapci z łyka. Jest tylko problem, co zrobić z takim wielkim koszem po mistrzostwach. Minister Kopacz zaproponowała, że to mógłby być kosz usług medycznych niegwarantowanych przez państwo.

Tak mi się powiedziało "po mistrzostwach", a tymczasem wciąż nie wiadomo, jak to będzie. Telewizja spodziewa się najgorszego i już ma przygotowany specjalny materiał filmowy. To słynne ujęcie, które każdy z państwa widział co najmniej kilkadziesiąt razy, jak Michael Platini wyjmuje kartkę z napisem POLAND UKRAINE jest puszczone do tyłu. Platini kartkę chowa.

Pytano Platiniego, czy grozi nam odebranie mistrzostw. Platini chciał nas uspokoić i powiedział: "Wierzymy w was, przecież my was znamy nie od dziś, przecież wiemy, komu powierzyliśmy organizację mistrzostw, najlepszy dowód, że ja na mecz inauguracyjny już mam wykupiony bilet lotniczy do Mediolanu. Do Pragi! Nie, na Pragę! - chciałem powiedzieć".

Niezależnie, gdzie będą mistrzostwa, naszą drużynę poprowadzi Leo Beenhakker. Nazwisko tego trenera zna dziś każdy Polak z wyjątkiem pana prezydenta, który przypinając mu order uparcie powtarzał Benhauer. Ale to dowód, że pan prezydent dużo wie o piłce nożnej. Dużo za dużo wie i informacje mu się nakładają, w tym wypadku Benhauer wyszedł ze skrzyżowania Beenhakkera z Beckenbauerem.

Na szczęście nie brakowało ostatnio wydarzeń radosnych: na mocy traktatu z Schengen znikły kontrole graniczne. Już od dawna cieszyliśmy się na ten moment, za to Europa Zachodnia do ostatniej chwili umierała ze strachu. Tak samo było 15 lat temu, jak robiono pierwszy krok do zlikwidowania żelaznej kurtyny - znoszono wizy dla Polaków. Europa kuliła się wtedy w oczekiwaniu, przeświadczona, że tam za Odrą 40 milionów siedzi już na walizkach, że tylko otworzyć granicę i wszyscy się przeniosą. Europie się zdawało, że w porównaniu z tą watahą Polaków, najazd Hunów był wycieczką emerytów. Granice otwarto i nic takiego się nie wydarzyło, Europa była tak zdumiona, że - dla odmiany - wpadła w zachwyt, o jacy kulturalni ci Polacy, w butach chodzą...

Przed 20 grudnia Europa już się nie bała tłumów dziczy, bała się wzmożonej fali kradzieży, włamań i oszustw. Być może Europa znów się radośnie rozczaruje i znów wpadnie w drugą skrajność, uwierzy, że każdy przybysz ze wschodu jest kryształowo uczciwy i każdą transakcję, którą proponuje, można bez obawy zaakceptować. Podchodzi taki, na przykład, pokazuje obrazek i mówi: "Das ist in Warschau schon kolumna Zygmunta. Ich bin Zyga. Das ist meine kolumna. Wolen sie kaufen? Funftzich euro i możesz pan mieć".

W świecie polityki na pierwszy plan wybija się konflikt między premierem a prezydentem, który postanowił, że nie odda rządowi polityki zagranicznej. Rządowi Donalda Tuska. Bo słusznie ktoś zauważył, że mamy dwa rządy. Uzurpatorski rząd Tuska, coś w rodzaju władz okupacyjnych i prawowity rząd Jarosława Kaczyńskiego chwilowo na uchodźstwie, w Pałacu Prezydenckim. Podobno dobudowano do pałacu stajnię, bo Jarosław planuje, że wróci na białym koniu.

Na razie rządzi Tusk i teraz, jak gdzieś jest zaproszona delegacja władz polskich, to zdarza się, że się ścigają, kto pierwszy dopadnie rządowego samolotu. Tu większe szanse ma Tusk z Sikorskim, chyba że prezydent wpadnie na pomysł, żeby się turlać.

Na razie na to nie wpadł, więc jak tylko Sikorski tym samolotem gdzieś poleci, to pan prezydent od razu zaczyna tęsknić. Rozmawia sobie Sikorski z jakimś George'em Bushem czy inną królową brytyjską, a tu nagle drzwi się otwierają, wpada posłaniec i krzyczy: kto z państwa jest polskim ministrem spraw zagranicznych? Panie ministrze, natychmiast do prezydenta! No więc helikopter na lotnisko, na płytę lotniska, bo do naszego samolotu rządowego nie pasują już rękawy na żadnym lotnisku na świecie, płyty zresztą też, lotniska się wstydzą, że coś takiego wylądowało i w kartoflisku gdzieś stawiają. Sikorski wsiada, obsługa lotniska się skrzykuje, pchają samolot, żeby zapalił, start, lądowanie w Warszawie, zdyszany Sikorski wpada do Pałacu Prezydenckiego: - Słucham, panie prezydencie? - Panie Sikorski. Pan mi zaparzy herbaty.

Ja jednak też uważam, że szkoda, że Sikorski jest ministrem, że poprzedniczce podziękowano za fotygę. On to taki gładki przystojniaczek. Nooo... Jej tego na pewno nie można zarzucić!

Pani Fotyga to jest osobowość. Zawsze będę pamiętał, jak tuż przed wyborami zdążyła oświadczyć, że Polska nie zgadza się na dzień przeciwko karze śmierci i nie zgadza się na obserwatorów na naszych wyborach. Potem się poprawiła, powiedziała, że to był skrót myślowy, że Polska się jeszcze zastanowi i może zgodzi się na karę śmierci dla obserwatorów.

Wracając do konfliktu między premierem a prezydentem, to u nas to nic nowego. Wiele wiele lat temu np. premier Olszewski i prezydent Wałęsa bardzo się nie lubili. Był taki znany incydent, obaj byli w USA na jakimś oficjalnym bankiecie. No i premier przed bankietem poprosił, aby nie sadzać go przy jednym stole z prezydentem, ponieważ prezydent siorbie przy zupie. Na to prezydent oświadczył, że nie siądzie z premierem, bo premier mlaszcze, a poza tym ma zwyczaj trzymać nóż w prawej ręce, a widelec w lewej. Na uwagę, że prawie wszyscy tak robią, prezydent szybko dodał: ale nie przy budyniu.

Andrzej Lepper, kiedy był ministrem rolnictwa, często udzielał wywiadów w swoim gabinecie na tle pięknego obrazu: takie typowe XIX-wieczne malarstwo polskie, pejzaż zimowy, wielkie czapy śniegu na gałęziach, w tle myśliwi. Pewien dziennikarz spytał Leppera, czy podczas wywiadu dla TV za jego plecami wisiał Fałat. Lepper obraził się i powiedział, że fałat to może wisi u dziennikarza w szafie, on, wicepremier nosi eleganckie płaszcze.

W TV coraz więcej osób występujących na wizji żuje gumę. Nie przepadam za widokiem gumożujów. Żucie gumy przydaje każdej twarzy mniejszy lub większy wyraz tępoty. Sformułowałem kiedyś coś w rodzaju nowego prawa Archimedesa. Otóż każde ciało żujące gumę traci w oczach otoczenia tyle inteligencji, ile wynosi intensywność żucia gumy żutej przez to ciało. Ta reguła nie dotyczy tylko Waldemara Pawlaka. Akurat u niego żucie gumy wprowadza jednak elementy pozytywne, jakiś ruch. Widzimy, że coś, co myśleliśmy, że skamieniało, jednak żuje. Żyje!

Z ostatniej chwili. Niedługo ma ruszyć proces Lecha Wałęsy za obrazę prezydenta Kaczyńskiego, którego Wałęsa nazwał bardzo brzydko. Użył słowa dureń. Adwokaci Wałęsy radzą, żeby na rozprawie powiedział tak: - Ja wcale nie powiedziałem "mamy durnia za prezydenta", tylko powiedziałem, że ja, prezydent, idę do MAMY pograć w DURNIA, ZA PREZYDENTA się módlcie, żeby wygrał.

To jest jedna linia obrony. A druga to, żeby prezydent Kaczyński udowodnił, że nie jest.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail