Przegląd Polski
29 lutego 2008

Żabką przez Atlantyk

Głucha w Guggenheimie

Marek Kusiba

Piszę w Światowy Dzień Powolności, wymyślony oczywiście przez Włochów, a obchodzony na tym kontynencie jedynie w Nowym Jorku. Jest to, jak powszechnie wiadomo, najbardziej wyluzowane i niemrawe miasto świata. Życie w nim toczy się bez pośpiechu i stresu, ludzie dla zabicia nadmiaru czasu zajmują się lekturą Dantego lub Nowego Dziennika, koniecznie przy lampce przedniego wina, zwiedzają muzea, na przykład Guggenheima, spacerują po Central Parku i Manhattanie z wyłączonymi telefonami komórkowymi, grają w szachy, piją kawę z nieznajomymi i zastanawiają się, czy na Wyspie Wielkanocnej wypada spędzić święta wielkanocne, czy może jednak pojechać tradycyjnie na Kubę, choć już bez Fidela...

Nie wiem, czy w Dzień Powolności władze Nowego Jorku, podobnie jak władze Mediolanu, zaapelowały do mieszkańców, aby odzyskiwali swój czas, życie i zdrowie. Myślę, że w Wielkim Jabłku nie trzeba rozdawać ulotek z "dekalogiem powolności". Ludzie wiedzą tam doskonale, co w życiu ważne. Kiedyś ważna była wolność, teraz górę wzięła powolność. I bardzo dobrze. Należy zwolnić biegu, przestawić zwrotnicę, zjechać na boczny tor i z filozoficznym spokojem przyglądać się wyścigowi szczurów, który nas już nie dotyczy. Choćby przez jeden dzień w roku.

Tego dnia - na otarcie łez po nieprzyznaniu Oscara Andrzejowi Wajdzie - wrażliwy i wyczulony na jakość życia (duchowego) poeta Romek Sabo nadesłał mi z Vancouver relację-rewelację. Obejrzał oto Touch the Sound, dokument opowiadający o szkockiej perkusistce Evelyn Glennie. Film jest o dźwięku. Perkusistka gra z Japończykami, którzy walą w ogromne bębny i wydzwaniają swoje melodie na maleńkich talerzykach, gra samotnie na werblu w ogromnym holu nowojorskiego dworca Grand Central, gra we wnętrzu Muzeum Guggenheima na instrumencie wyglądającym jak wielka okrągła metalowa szczota, ciągnąc po jej zębach smyczkiem.

Jak pisze Romek, według twórców filmu dźwięk jest doświadczeniem fizycznym. W grze na instrumencie dotknięcie tej jego części, która wydaje dźwięk, to zaledwie początek. Muzykowi chodzi o wydobycie dźwięku z przestrzeni podtrzymującej materiał, z którego zbudowano instrument, z jego podspodu - do czego potrzebny jest dodatkowy zmysł, może szósty, a może siódmy lub ósmy.

W poezji też nie chodzi o proste zestawianie słów, tylko o to, by wydobyć sensy z podsłowia, międzysłowia, nadsłowia, a czasem z zasłowia. W malarstwie sensem nie jest taki czy inny kolor czy kształt, tylko kolorów współistnienie, kształtów współzaistnienie. Stąd prawdziwych twórców - tych, którzy widzą, słyszą, postrzegają poszewkę świata - jest w każdej epoce niewielu. Na pytanie, jakim cudem to robią, jest tylko jedna prosta odpowiedź: cudem właśnie...

Romek opisuje też cielesne przeżycie dźwięku: "Bardzo ekshibicjonistycznie robił to Hendrix. A ja przeżyłem to na koncercie Zimermana, gdy grał Sonatę nr 2 op. 35 Chopina. Tę samą, którą tak trudno usłyszeć, gdyż zgraną na śmierć w naszym dzieciństwie nadużywaniem jednej z jej części podczas państwowych obchodów mniej lub bardziej ważkich śmierci.

Zimerman, zaczynając sonatę, był mocnym, prosto siedzącym przy fortepianie mężczyzną w sile wieku. Pod koniec koncertu prawie go nie było, stetryczał, zapadł się w sobie, wyrosły mu iście wielbłądzie garby. I nie były to jakieś przywidzenia - im bliżej końca, tym sam głębiej wbity w fotel siedziałem, fizycznie reagując na grozę muzyki będącej już tylko tonów skłębieniem, tonów wirowaniem, które niczego już nie znaczą, niczego już nie naśladują, stają się jednym wielkim zawirowaniem. Gdy skończył, pragnąłem tylko ciszy i samotności i wyjścia z grzmiącej oklaskami sali, która domagała się bisów, na szczęście bezskutecznie".

Podobnie na muzykę reaguje ciało Evelyn Glennie. Ona twierdzi, że jej ciało słyszy dźwięki - słyszą dźwięki nadgarstki, kolana, dłonie, palce i palców opuszki. Romek pisze, że jest w tym stwierdzeniu coś tak nieziemskiego, że nawet nasuwająca się metafora ciała czującego przez skórę kontakt z drgającymi cząstkami powietrza, z wodą, która szczelnie do ciała przylega podczas kąpieli, niczego tutaj nie wnosi.

Niczego nie wnosi, bo słyszymy zawsze tylko uszami. Romek: "Może, gdybym ogłuchł w wieku 12 lat, jak Evelyn Glennie, słuchałbym nadgrastkiem, palcem wskazującym, stopą lewą lub prawą. A tak ostały mi się jeno ucha dwa. I kto tu jest bardziej upośledzony? Ja z moim orlim słuchem czy jedna z najprzedniejszych współczesnych perkusistek, która aby zrozumieć, co się do niej mówi, musi śledzić ruch warg?".

Po przeczytaniu tych zdań musiałem odkorkować butelkę wina i usiąść w zupełnej ciszy, aby pełniej pojąć dramat i piękno przesłania płynącego z faktu, że Evelyn Glennie, szkocka mistrzyni perkusji, JEST GŁUCHA... Evelyn Glennie swoją drogę do powolności, spowodowanej kalectwem, zamieniła w drogę do wolności, znaczoną bohaterstwem. Tylko kobiety stać na takie bohaterstwo. No, może z wyjątkiem jednego głuchego Ludwika van Beethovena...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail