Przegląd Polski
7 marca 2008

Zawód: fotograf

JAKUB CIEĆKIEWICZ

Jeździec, góry Air, Niger

To musi być on. Biała, wełniana czapka z Ameryki Południowej, czerwony dres z napisem "Polska", dżinsy, charakterystyczne wysokie buty, uszyte w Jemenie według patentu chińskiej armii. Na palcach lewej ręki cztery pierścienie: etiopski lew, godło Arabii Saudyjskiej, krzyż Tuaregów i egipskie oko. Na lewej - pierścionek z Birmy. Srebrna bransoletka wokół nadgarstka
i tajemniczy wisiorek na piersiach.

Do tego styl bycia człowieka w podróży, który niczym się specjalnie nie przejmuje. To musi być on - Światosław Wojtkowiak. Jeszcze bardzo młody, a już ktoś. Ktoś, o kim się mówi; na forach internetowych fotografów, na stronach portalu Afryka.org, w prestiżowej prasie podróżniczej. Laureat Grand Prix konkursu fotograficznego National Geographic 2007. Wschodząca gwiazda dziennikarstwa magazynu CNN Traveller. Właśnie ciągnie po holu lotniska swój poplamiony plecak. A z małego worka, wiszącego na lewym ramieniu, nonszalancko wystaje profesjonalny, cyfrowy aparat Canon.

Przypadek zrządzi, że przez dwa tygodnie przemierzałem razem z nim, tym samym terenowym land cruiserem, 800 kilometrów przez Saharę. Asystowałem podczas pracy, słuchałem afrykańskiej muzyki, wypytywałem wspólnie Tuaregów o ich tajemnicze państwo. Dzięki Światosławowi Wojtkowiakowi wróciłem z dużo lepszym warsztatem fotografa. I dużo bogatszy jako człowiek.

Rozwój Światka

Jest dzieckiem globalnej wioski. Współczesnym nomadą - przemierzającym świat bez żadnych zahamowań. Gdyby chciał, mógłby codziennie wkładać markowy garnitur, piąć się po szczeblach kariery w międzynarodowych korporacjach, zostać szefem, zmieniać kraje, wille, samochody. Jednak nie chce.

Woli dźwigać brudny, workowaty plecak, włóczyć się po zakazanych miejscach, spać byle gdzie, jeść byle co, jeździć z podejrzanymi typami na dachach samochodów; wreszcie, jeśli trzeba, chorować w szpitalach, do których żaden biały człowiek nie chciałby za żadne skarby trafić.

A wszystko dlatego, że kocha historię.

- Wędrując po świecie, mam wrażenie, że się cofam o kilkadziesiąt, czasem nawet kilkaset lat - mówi. - A równocześnie zyskuję syntetyczne spojrzenie na współczesność.

Kiedy go spytać o przeszłość - wraca wspomnieniami do szkoły średniej, ponieważ wtedy wszystko się zaczęło; po pierwsze - rysowanie komiksów, z czego do dziś czerpie wielkie korzyści. Ma dobre oko, instynktowne wyczucie estetyki obrazu, umiejętność komponowania wyrafinowanych kadrów; po drugie - jeżdżenie do Anglii do pracy; po trzecie - podróżowanie; po czwarte - życiowe sukcesy.

W roku 1996 Światek, uczeń zwykłego poznańskiego ogólniaka, napisał najlepszą maturę w Polsce (o mitologii i baśniach), za co został zwolniony z egzaminów wstępnych na uczelnię i otrzymał roczne stypendium ministra edukacji. Wybrał handel zagraniczny. Kierunek zapewniający nudną, ale sytą przyszłość.

Los zrządził inaczej. Tuż po studiach przez trzy miesiące zarabiał w Anglii jako barman, żeby spędzić pół roku na Jamajce i Haiti.

- Chciałem zobaczyć z bliska rastafarian, odwiedzić ich osiedla, posłuchać prawdziwego reggae, wziąć udział w plemiennych rytuałach. Nagrywałem je na magnetofon, bo wtedy jeszcze nie fotografowałem, fascynował mnie świat dźwięków.

Po powrocie został pilotem trampingowych wycieczek w ekskluzywnym biurze turystycznym. Zjeździł Afrykę, Amerykę Południową, Azję. Nauczył się dobrze po hiszpańsku, francusku, angielsku, niemiecku, trochę po portugalsku i po rosyjsku. Wtedy zaczęła się przygoda z fotografią.

Przed rokiem wzięła go pod swoje skrzydła hiszpańska agencja The Wideangle, która na swoich stronach internetowych zapewnia, że zatrudnia "50 najlepszych fotografików, działających równocześnie w 30 krajach". Dzięki temu ostatnio wędruje często tylko z aparatem. Robił zdjęcia m.in. w Bejrucie, Paragwaju, Mali, Algierii, Burkina Faso, Somalii, Etiopii, wyjeżdżał do Syrii i Nikaragui... W 2006 r. otrzymał wyróżnienie w konkursie fotograficznym National Geographic, w ubiegłym zdobył Grand Prix i pierwszą nagrodę - za zdjęcie z Nigru.

Ma dopiero 29 lat.
Jest Koziorożcem.
Zrobi wielką karierę.

Turyści i zawodowcy

Terenowe toyoty przechylają się do granicy możliwości - wydaje się, że zaraz spadną bokiem w przepaść. Jedziemy przez kamienną pustynię w piękne, ogołocone z życia, monumentalne góry Iharen.

Wokoło wyrastają cudowne formy skalne. Prekambryjskie łupki krystaliczne, zlepieńce i gnejsy, które ulegały kilkakrotnemu górotwórczemu fałdowaniu, tworząc przedziwne, postrzępione formy. Uczestnicy wyprawy wykonują tysiące ujęć - Wojtkowiak nie wyjął nawet aparatu z futerału.

Podczas lunchu tuareski kucharz rytualnym gestem nalewa herbatę do małych szklaneczek. Nagle jego oczy robią się okrągłe. Widzi przed sobą 10 obiektywów, błyskają flesze - turyści każą mu się wstrzymać, a najlepiej całą czynność powtarzać od nowa. Wszyscy, poza Światosławem.

Widać, że nie liczy na przypadkowe ujęcia. Przyjechał do Algierii, żeby zrobić kilkanaście konkretnych kadrów, które od dawna nosi w głowie. On po prostu czeka. Na światło, na sposobność, na człowieka. A kiedy przychodzi odpowiedni moment, robi bardzo szybko 3-5 ujęć i chowa aparat do pokrowca. Zawodowiec.

Warsztat

Kiedy fotograf National Geographic przyjmuje zlecenie, otrzymuje kartonowe pudło pełne notatek przygotowanych przez researcherów - informacji o sytuacji politycznej w regionie, o kulturze, o obyczajach... Redakcja wychodzi z założenia, że fotografujący nie jest archiwistą, a jego wiedza o kraju musi być bardzo szczegółowa. Najpierw należy czytać, potem poznać, na końcu dopiero robić zdjęcia.

Hiszpańska agencja, dla której pracuje Światosław Wojtkowiak, zatrudnia młodych znawców interesujących ją rejonów świata. Otrzymują bardzo precyzyjne zlecenia. Mają pokazać np. nocne życie Bejrutu albo przejechać kilka dni najdłuższym pociągiem na świecie, przewożącym ludzi i rudę żelaza w Mauretanii.

Odkąd pracuje dla agencji, żyje w nieustannym biegu. Kilka dni temu rejestrował jeszcze "zwykłe życie" na ulicach Jemenu.

- Było to trudne, bo w przeciwieństwie do innych krajów, tam ludzie chcą się znaleźć na zdjęciu, podchodzą, wkładają głowę w obiektyw, przymilają się, spoglądają od tyłu na ekranik LCD. Dlatego musiałem się nauczyć w miejscowym języku słowa "potem". Zrobię ci zdjęcie - potem.

Widziałem jego fotografie z Jemenu. Na jednym młody mężczyzna trzyma kozę z poderżniętym gardłem. Na innym widać starego handlarza narkotyków, sprzedającego podekscytowanemu chłopcu woreczki wysuszonych roślin, dalej sylwetki ludzi stojących na placu pełnym śmieci i odpadków w oczekiwaniu nie wiadomo na co. Na kolejnej pełen dramatyzmu portret dziewczynki w czerwonej bluzeczce, jedzącej nędzne śniadanie. Na następnej uroczy obrazek uśmiechniętej rodziny na tle przerażającej lepianki. Nigdy nie zapomnę zdjęcia wielkiego, zamordowanego żółwia leżącego w trzcinowym namiocie, któremu przygląda się z zainteresowaniem chłopiec - pewnie żółw wkrótce zostanie zjedzony na obiad...

Strona internetowa http:// flickr.com/photos/nygus/ gromadzi setki znakomitych ujęć, robionych zawsze krótką ogniskową. Światosław uważa stosowanie teleobiektywów za nieuczciwe. Mówi, że często służą do wykorzystywania biednych ludzi. W Europie trzeba przecież uzyskać zgodę na zrobienie portretu, a czasem nawet zapłacić modelowi. W czym gorsi są mieszkańcy Trzeciego Świata? To bardzo ważne pytanie.

Po zakończeniu każdego zadania Wojtkowiak sprawdza w internecie wykaz zleceń. Bierze je zazwyczaj ten spośród agencyjnych fotografów, który przebywa najbliżej miejsca akcji.

- Sami finansujemy sobie przelot, pobyt, firma płaci dopiero na koniec, za fotoreportaż albo konkretne zdjęcia przyjęte do banku fotografii. I mówiąc szczerze, nie zawsze się to opłaca...

Sztuka portretu

Jedziemy przez wiele dni po Saharze. Słuchamy wysmakowanych bluesów, wykonywanych na Festiwalu Pustyni w pobliskim Mali. Wyklepujemy ich rytm na udach - i my, i Tuaredzy.

Światek zabrał kiedyś kilkadziesiąt kaset z polskimi przebojami z lat 60. i rozdawał mieszkańcom napotkanych oaz. Zapamiętał, że były wśród nich piosenki Czerwonych Gitar. Bardzo się wszystkim podobały.

Kiedy wjeżdżamy do wioski Toufedet, światło, filtrowane przez chmury, jest po prostu cudowne.

Samochód jeszcze się toczy, gdy Wojtkowiak biegnie przez środek oazy. Po chwili wchodzi do namiotu pięknej Tuareżki. Wręcza jej zdjęcie, zrobione w zeszłym roku, czaruje, żartuje.

- A jak jest w języku tamahak woda? - pyta.

- Aman.

- A wioska?

- Amezzar.

Dziewczyna robi wrażenie zachwyconej. Za którymś razem jednak ripostuje: - A do widzenia jest w języku tamahak - tak!

Oboje wybuchają głośnym śmiechem.

Tej nocy z dalekiej wsi w górach Hoggar przybywa do oazy wirtuozka gry na imzadzie. Kobieta o pięknej, hebanowej twarzy. Jej instrument to rodzaj gęśli: "pół arbuza" z tyczką pokrytą końskim włosiem. Udział w rytuale ma głębokie znaczenie, mistyczny sens. Wszyscy na chwilę wstrzymują oddechy.

Światek ustawia czułość aparatu na 1600 ASA, dokręca jasny, szeroki obiektyw. Podchodzi do ogniska. Ledwie widoczny płomyczek lekko oświetla twarz kobiety. Nikt przy zdrowych zmysłach nie fotografuje w taki sposób. Poszła migawka. Kiedy zobaczę zdjęcie - po prostu umrę z zazdrości.

Czarni i mniej czarni

Samochody wjeżdżają do maleńkiego miasta na Saharze, ostatniego przed granicą Nigru i Mali. Pełnego śmieci, nylonowych worków, psów, kóz, a także mężczyzn wystających na wszystkich rogach z dziwnie melancholijnym wyrazem twarzy.

- Skąd jesteście? - pyta przechodzień.

- La Pologne - odpowiadam.

- Nie ma takiego kraju w Europie.

- Jak to nie ma - włącza się sprzedawca okularów. - Bolanda! Waleza!

Wszędzie wokoło widać czarnych. W kraju zupełnie jasnych Tuaregów. Czarni są fryzjerami, czarni sprzedają w sklepach, czarni najmują się do każdej pracy. Jak niewolnicy przed stu laty.

- Niedaleko stąd, na dworcu w Agadez, fotografowałem ciężarówki wypchane uchodźcami - opowiada Światek. - Przemytnicy biorą od nich po kilkaset dolarów. Jeśli jadą przez Algierię, mają jakąś szansę, najwyżej zostaną deportowani przez armię. Droga przez Libię cieszy się złą sławą. Ludzi zostawia się na pustyni bez wody, a w razie wpadki żołnierze dokonują egzekucji. Dlatego wielu Afrykańczyków wędruje samotnie, nawet przez kilka lat. Są fryzjerami, sprzedawcami dywanów... Byle do Europy!

Światek wie bardzo dużo o Afryce i dzięki temu radzi sobie z ludźmi, z chorobami, z groźbą napadu lub porwania.

Bo tu, na pograniczu, bywa przecież różnie.

70 kilometrów od miejsca, w którym się znajdujemy, w Nigrze, trwa wojna białych Tuaregów z czarnymi mieszkańcami południa. Rozgrywa się śmiertelny, wieloletni konflikt - o pastwiska, o dominację rasową czarnych, o korzyści płynące z uranu, wreszcie o godność i tożsamość ludzi mających jasną karnację skóry.

Światosław Wojtkowiak, podczas niedawnego pobytu w Nigrze, namówił parę polskich turystów na sponsorowanie rocznej pracy nauczyciela języka tamahak dla wynaradawianych Tuaregów. Będzie uczył mieszkańców górskich osiedli alfabetu tifinagh.

- Sponsorzy to bardzo mili ludzie, prowadzący na Mazurach ośrodek wypoczynkowy - opowiada. - Dawni uczestnicy protestów ekologicznych przeciw budowie autostrad. Duch walki i oporu jakoś w nich pozostał, więc kiedy zobaczyli, jak czarne władze południa wynaradawiają białych mieszkańców północy, jak próbują narzucić im język hausa - sypnęli groszem. Zrobili na złość rządowi. Niby mała rzecz, ale dla lokalnej społeczności bardzo, bardzo wiele!

12 lutego Światek poleciał na dwa miesiące do Indii. Nie ma żadnego strategicznego planu na dalsze miesiące i lata swego życia - nieustannie jest w drodze. Bez telefonu, bez kompasu - i to najbardziej sobie ceni.

- Żyję jak nomada - mówi. - Może dlatego tak bardzo interesują mnie nomadzi?

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail