Przegląd Polski
7 marca 2008
- Zawód: fotograf - Jakub Ciećkiewicz
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

KRZĄTAJĄC SIĘ PRZY KUCHNI,USŁYSZAŁAM Z RADIA GŁOS JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO, niedawnego premiera, który na konferencji prasowej beształ dziennikarza: "Ja bym bardzo prosił radia, w szczególności niemieckie, by nie prowadziły kampanii zmierzającej do tego, aby odwracać uwagę od ważnych spraw, a zajmować się jakimiś bzdurami, zupełnie drobnymi wydarzeniami. To powinno dotyczyć wszystkich mediów, ale media niemieckie powinny być tutaj szczególnie ostrożne, bo zawsze mogą być posądzone o wtrącanie się do polskich spraw wewnętrznych". Byłam przekonana, że pytającym był któryś z niemieckich korespondentów. Nie! Okazał się nim przedstawiciel najpopularniejszej w Polsce rozgłośni RMF FM. Co?! Chyba się przesłyszałam, bo odkąd jesteśmy wolni, inwestuje u nas z pożytkiem wszelki kapitał, w tym niemiecki - w bankach, w mediach i gdzie się da. I dzięki Bogu! Bo inwestorów interesują jedynie zyski. Nie wkraczają ani w sposób, ani - jak w przypadku mediów - w przekazywane treści. A o co pytał korespondent RMF FM, "czystej krwi" Polak? Pytał Jarosława Kaczyńskiego, czy prawdą jest, iż w zeszłym roku, w czasie trwania pod Urzędem Rady Ministrów tak zwanego białego miasteczka, czyli protestu pielęgniarek, otóż czy ówczesny premier podpisał wówczas nakaz zagłuszania telefonów komórkowych delegacji sióstr, które wpuszczono do budynku. Chodziło o to, żeby nie mogły porozumieć się z koleżankami na zewnątrz. Po wzburzeniu Jarosława Kaczyńskiego, z jakim odniósł się do pytania, stało się jasne, że jednak to on nakazał zagłuszanie telefonów. Bo zresztą, któż by inny? Mała rzecz, a duży wstyd.
NIC DZIWNEGO, ŻE SŁUPEK POPULARNOŚCI DONALDA TUSKA ROŚNIE, a Jarosława Kaczyńskiego rozpaczliwie spada. Nie dlatego, iż Tusk w ciągu stu dni swoich rządów dokonał wielkich rzeczy, tylko dlatego, że opinia publiczna przejrzała. Widzi kontrast między tymi dwoma politykami. Widzi, że można rządzić bez wywoływania konfliktów i rzucania pomówień. "Po zmianie rządów czuję się tak, jakbym nagle z mrocznej, ponurej piwnicy wyszedł na rozświetloną słońcem szeroką przestrzeń" - mówił w telewizyjnej sondzie przechodzień warszawskiej ulicy.
Jednak braciom Kaczyńskim nie przychodzi na myśl, że warto zaprzestać taktyki oskarżeń, których społeczeństwo już nie trawi.
Wrzask Jarosława na ostatniej konwencji PiS-u, kiedy atakował Platformę Obywatelską, sprawił, że całkiem spontanicznie krzyknęłam do męża, który tego słuchał: "Przycisz wreszcie ten Parteitag!". "Zimne oczy" Tuska w jego wywodzie zamieniły się w "dzikie oczy". Zawód przegranej zaciemnia mu umysł.
Obraz brata bliźniaka, zarazem prezydenta, nie przedstawia się lepiej. Podobna uraźliwość, przy mniejszej bystrości. Personel złożony wyłącznie z pochlebców podgrzewa atmosferę. Przykład z 2006 r.: współpracownica odpowiedzialna za przygotowywanie przeglądu prasy rozdmuchała złośliwość, jaka ukazała się w lokalnej berlińskiej gazecie Die Tageszeitung; porównano w niej naszego prezydenta do kartofla. Obraził się i powiedział, że w takim razie nie pojedzie na szczyt weimarski (Polska, Niemcy i Francja). "Mam to gdzieś", powtarzał w kółko, jak twierdzi jeden z pracowników Kancelarii Prezydenta. Zrobił nam wstyd. Nie pojechał. Tam, gdzie jeździ, też robi wstyd. Największy, jak dotąd, na zeszłorocznym szczycie w Brukseli, na którym negocjowano mandat przed przyjęciem traktatu reformującego Unię Europejską. Gdy rozmowy znalazły się w impasie, prezydent Francji, premier Luksemburga oraz kanclerz Niemiec wyszli do drugiego pokoju, żeby zadzwonić do Jarosława Kaczyńskiego, z którym prowadzili już dalsze konsultacje. Straszny policzek; prezydenta potraktowano jak figuranta. Ale cóż zrobić, skoro nie dorastał intelektualnie, psychicznie i merytorycznie do tych negocjacji. Chyba sam o tym wie, skoro w czasie obrad co godzinę szedł na stronę i dzwonił o poradę do brata, zasłaniając przy tym usta, co wprawiało zebranych w konsternację.
PREZYDENT NIE ZNOSI PODRÓŻY NA ZACHÓD. Lubi jeździć do Gruzji, bo z prezydentem tego kraju może porozmawiać po polsku i swobodnie napić się wina. (Plotka głosi, że wino kocha w nadmiarze). Przyjaźni się też z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem, ofiarował się nawet pośredniczyć w jego sporze z Łotwą. Znów wpadka: przez dwadzieścia minut przekonywał panią prezydent Łotwy Vairę Vike-Freibergę, żeby ustąpiła Litwie w sporze granicznym. Gdy wreszcie ona napomknęła, żeby może przez ostatnie dziesięć minut spotkania porozmawiać nie o stosunkach łotewsko-litewskich, ale o polsko-łotewskich, obraził się: "Prezydent półtoramilionowego kraju nie będzie narzucał prezydentowi prawie 40-milionowego kraju, o czym ma rozmawiać". Po tych słowach wyszedł. Był wielki skandal. Nasza ekipa musiała się ostro natrudzić, żeby sprawę załagodzić.
Nic więc dziwnego, że coraz więcej ludzi woli Tuska, naturalnie uśmiechniętego, z dobrym kontaktem, z inteligencją, z poczuciem humoru i na dodatek z wyjątkową sprawnością intelektualną i fizyczną. Jest nie tylko świetnym piłkarzem, co w Polsce przydaje mu blasku, ale i narciarzem. Dziennikarz w Gazecie Wyborczej przestrzegał: "Tusku, włóż kask!". Bo premier wybrał się do Włoch na narty nie tylko bez kasku, ale i bez obstawy. Nie chciał jej. Chociaż nie łudźmy się, na pewno gdzieś w przyzwoitej odległości za nim sunął narciarz odpowiednio uzbrojony. Bo takie są procedury.
Naturalne zachowanie Tuska korzystnie kontrastuje z bizantyjskim przepychem, jakim otacza się Pałac Prezydencki. Właściwie obu braci bliźniaków nie widać zza obstawy.
Zwykłość noszenia się premiera nie jest żadnym novum. Pamiętam, jak za dawnych komunistycznych czasów przenikały do nas opowieści o socjalistycznej ekipie szwedzkiej, tej z Olofem Palme na czele. Byliśmy zachwyceni. Tego stylu nie przerwał nawet śmiertelny strzał szaleńca oddany do Palmego, kiedy wieczorem wychodził z żoną z kina. A spójrzmy na innych; choćby na Tony'ego Blaira, jak swobodnie się porusza.
Mocną stroną rządu Tuska jest polityka zagraniczna. Zmieniła nasz wizerunek w oczach Zachodu. Oddycham z ulgą. Jeżeli ma się w pamięci to, co działo się przez ostatnie dwa lata, ulga staje się zrozumiała.
KOCIOŁ BAŁKAŃSKI ZNÓW ZAWRZAŁ. Co z tego wyniknie, trudno przewidzieć. Nie nasza broszka. Naszą jest natomiast na pewno sprawa amerykańskiej tarczy obronnej. Rząd zamierza odnieść się do niej nie ideologicznie, ale biznesowo. Bo nie może być tak, że Amerykanie zainstalują ją Polsce bez odpłaty. Coś za coś. Jest to zmiana wobec polityki poprzedników, którzy nie upominali się o ekwiwalent.
W kraju też dzieje się coś dobrego. Podoba mi się na przykład akcja posła Janusza Palikota, przewodniczącego sejmowej komisji Przyjazne Państwo. Z wielką energią zabrał się do przejrzenia prawa, zebrania bubli legislacyjnych, utrudnień biurokratycznych, jakie zostawiły po sobie poprzednie rządy. Biorąc pod uwagę ich rozmiar - katorżnicza robota.
ZAMYKAJĄC WIELKĄ DYSKUSJĘ, jaka rozpętała się w Polsce po prezentacji książki Jana T. Grossa Strach, stwierdzam z całą stanowczością, że w Polsce nadal istnieje antysemityzm. Słowo Żyd naznaczone jest piętnem. Nawet ludzie, którzy nie mają krzty uprzedzeń, mówiąc na przykład o kimś: "ona jest Żydówką", dodają: "ale to nie ma znaczenia". Nie robi się tego w stosunku do żadnej innej nacji. Antysemityzm istnieje zarówno w wersji "soft", to znaczy "po cichu", jak i w wersji jawnej, ordynarnej, która szczególnie hańbi nasz naród.
W czasie spotkań Jan Gross opowiedział epizod ze swojego dzieciństwa. Spytał matkę: "Kto to jest Żyd?". Odpowiedziała, że taki sam człowiek jak inni: "Twój tata jest Żydem". I wtedy on, zwracając się do ojca, powiedział: "Ty Żydzie". Do dziś brzmi to fatalnie.
Dyskusja na temat Strachu zamknęła się, otworzyła się nowa. Ostatnio zrezygnowało z kapłaństwa kilku wybitnych księży. Listę otworzył jezuita, prof. Stanisław Obirek z Krakowa. W Poznaniu zrzekł się przynależności do Kościoła ksiądz profesor Tomasz Węcławski, w Warszawie dominikanin, ojciec Tadeusz Bartoś. Ten ostatni napisał książkę Jan Paweł II - analiza krytyczna. Zarzuca w niej naszemu Papieżowi, że choć rozmawiał ze wszystkimi, nie wyłączając swego zabójcy, odmawiał spotkania na przykład ze sławnym teologiem prof. Kungiem, postacią tyleż kontrowersyjną, co w Kościele znaczącą. Spór o kształt kapłaństwa - wielki temat w katolicyzmie, który dopiero się rozpoczął.
Warszawa, 26 lutego 2008 r.
