Przegląd Polski
14 marca 2008

Gustaw Holoubek (1923-2008)

Teatr jest udawaniem

JUSTYNA HOFMAN-WIŚNIEWSKA

Gustaw Holoubek urodził się 21 IV 1923 roku. Był dyrektorem teatrów: w Katowicach (1954-1956), w Warszawie: Dramatycznego (1971-1982 - został odwołany w styczniu 1983 z powodu konfliktu z ówczesnymi władzami) i Ateneum (1997-2008). Zadebiutował rolą Charysa w Odysie u Feaków Stefana Flukowskiego w krakowskim Starym Teatrze (1947). Od 1958 roku związał się na stałe ze scenami warszawskimi. Grał w Teatrze Polskim, Dramatycznym, Narodowym i Ateneum. Najwybitniejsze role teatralne to m.in. Hamlet, Gustaw-Konrad w Dziadach, Fantazy. Jedną z ostatnich ważnych ról była postać Wilhelma Fürtwanglera w Za i przeciw Ronalda Harwooda w reż. Janusza Warmińskiego. Grał m.in. w takich filmach, jak: Pętla, Pożegnania, Rękopis znaleziony w Saragossie, Sanatorium Pod Klepsydrą, Prawo i pięść, Klub profesora Tutki, Marysia i Napoleon, Lawa, Listy miłosne. Był reżyserem jednej z nowel w filmie Spóźnieni przechodnie, a także reżyserem i scenarzystą filmowej wersji Mazepy. Zmarł w Warszawie w nocy z 5 na 6 marca br.

"Człowiek powołuje do życia iluzję, żeby oderwać się od rzeczywistości - pisał Gustaw Holoubek. - Sensem aktorstwa jest dawanie. Widz przyszedł do teatru po wzruszenie, po wiedzę o samym sobie".

Aktor intelektualny, zdystansowany, o którym pisano, że "należy do owej rasy aktorów, którzy zawsze grają tylko siebie, a których nigdy nie ma się dosyć". Gdy mówił, nawet krzesła go słuchały. Miał ten niezwykle rzadki u aktora - i człowieka - dar magnetyzowania odbiorcy. Czyniły to głównie jego oczy i głos. Andrzej Łapicki: "Wszedł na scenę, usiadł skromnie w kącie i zakrył się gazetą. I nie mogłem oderwać od niego wzroku. Ściągał uwagę widza ogromnym wewnętrznym skupieniem. Położył wszystkich na łopatki. Tu już były karty rozdane, wszyscy wiedzieli, ile kto jest wart i na kogo można stawiać, a on przychodzi z prowincji i wszystkich kosi! To był fenomen".

Debiutem Holoubka w Warszawie była rola Custa w Trądzie w Pałacu Sprawiedliwości Ugo Bettiego w reżyserii Marii Wiercińskiej (1958). Stała się objawieniem. Zbigniew Zapasiewicz: "Gustaw wniósł sposób grania, który był nam obcy. Holoubek wprowadził aktorstwo osobiste, osobowościowe, referował rolę poprzez siebie, wykorzystywał ją do tego, żeby od siebie powiedzieć coś o świecie. To powodowało u widzów wrażenie, że on się zachowuje zupełnie prywatnie". "W Warszawie - mówił Holoubek w jednym z wywiadów - postanowiłem zrobić coś odwrotnego niż to, co robiłem do tej pory: z pomocą swojego zawodu określić samego siebie. Skorzystać z okazji, jaką może być każda rola, żeby powiedzieć to, co ja osobiście mam do powiedzenia za pośrednictwem takiej czy innej postaci; powiedzieć, jaki jest mój pogląd na świat, na życie, na moralność, jaka jest moja estetyka - do tego celu służy mi moje aktorstwo. Nie mówię monologów po to, by oznajmić publiczności, że mam takie myśli, ale po to, by zapytać, czy dzielą je razem ze mną. Teatr jest udawaniem".

Jego aktorstwo opisuje się, używając określeń z dwóch biegunów: chłodnego z gorącym, dalekiego z bliskim, dystansu intelektualnego z kondensacją emocji. Prawdziwe są wywoływane refleksje i emocje. Holoubek w granych postaciach - nieważne, czy w teatrze, czy filmie - zawsze wyrażał niepokoje dzisiejszego człowieka. I zawsze poprzez siebie. To aktorstwo refleksyjne, intelektualne, nabrzmiałe wewnętrznymi emocjami, ale zupełnie wyczyszczone z patosu, konwencji, maski. Wyrażające tragizm ludzkiego piekła i czasów pogardy. Jako aktora interesowało go to, co w naturze ludzkiej trwałe, namiętności zróżnicowane w formach wyrazu, ale nie w swej treści. Jego przegrani bohaterowie potrafią się podnieść z największej klęski. Ratuje ich godność i filozoficzny spokój, w które aktor wyposaża grane postaci.

Gustaw-Konrad

Po Dziadach Kazimierza Dejmka, w których Holoubek grał Gustawa-Konrada, Erwin Axer powiedział: "Bezwiednie wstałem z krzesła. To był piorun z jasnego nieba. Tak powiedzianej Wielkiej improwizacji jeszcze nie słyszałem. Nowość interpretacji polegała na walce z Bogiem na rozumy o prawa serca". Zbigniew Zapasiewicz: "Sprawiał wrażenie, że te myśli uderzają go w tej chwili. Była to niezwykle emocjonalna, ale intelektualnie zdyscyplinowana dyskusja z przeciwnikiem o pryncypiach. Jego argumenty były krystalicznie przejrzyste i nas, widzów, szalenie w tę dyskusję wciągał".

Aktorzy grali w zupełnej ciszy. Powietrze drgało napięciem. Jeszcze ukrywanym, ale już się czuło, że eksplozja musi nastąpić. W akcie trzecim, gdy Mistrz Ceremonii mówi: Kto długo był w więzieniu,/ widział, słyszał wiele/ - a rząd ma swe widoki, ma głębokie cele,/ które musi ukrywać..., okrzyki: "Racja!" spadły na scenę z zapełnionych młodzieżą balkonów. Na słowa Damy, przechylonej ku pierwszym rzędom: Czemu to o tym pisać nie chcecie, panowie!? - zareagowała już cała widownia. Od oklasków drżały kryształowe żyrandole.

Kazimierz Dejmek rozumiał, że jego Dziady zostały wykorzystane przez władze do prowokacji. Po latach tak powiedział: "Nawet gdyby na scenie grała dupa wołowa, to i tak scenariusz wydarzeń byłby taki sam". Zdjęcie tego przedstawienia z afisza w 1968 r. było przyczyną demonstracji studenckich i zapoczątkowało wydarzenia marcowe.

Arcyrole i reżyser wirtuoz

Pierwszym wielkim popisem aktorskim Holoubka był Hamlet. Jego Hamlet to myśliciel, a słynny monolog To be or not to be skupiał się na intelektualnym, egzystencjalnym dylemacie współczesnego człowieka. Miał sprowokować widownię do filozoficznego dyskursu o życiu i o człowieku. Poruszał nie emocjami, lecz myślą. Wciągał widza w orbitę własnych rozważań i dylematów Holoubka-aktora i Holoubka-człowieka.

Potem były wspomniane już Dziady i postać Gustawa-Konrada. Rola, która przeszła do historii polskiego teatru. Jeden z ostatnich akordów tak mocnego zespolenia rzeczywistości z teatrem.

I Biedaczek Moliera w reż. Marka Walczewskiego. Holoubek kolejny raz udowodnił, że jest najbardziej wszechstronnym polskim aktorem. Po wielkich rolach dramatycznych zachwycił w klasycznej komedii Moliera.

Król Edyp w reżyserii Gustawa Holoubka był manifestem jego wiary w teatr, którego esencją jest słowo. Widowisko fascynowało kunsztem słowa, ale i tajemnicą, metaforą, niedopowiedzeniem, znakiem zapytania. Dzięki swej wewnętrznej magii sprawiło, że problemy sprzed 2,5 tysiąca lat stały się dla nas nadal żywe i emocjonujące. Przez półtorej godziny, gdy Edyp dociekał strasznej prawdy, żaden szelest nie mącił ciszy na widowni.

Rozmyślania

Teatr ostatnich lat był dla niego teatrem podglądania. "To, co na scenie, ma być zdarzeniem równie prawdziwym jak inne fakty. Publiczności stawia się zadanie badania scenicznej rzeczywistości oraz sprawdzania jej z własnymi przeżyciami i doświadczeniami - stwierdzał. - Scena w coraz mniejszym stopniu przestaje być domeną poezji i sztuczności, a staje się miejscem prezentacji codzienności w jej najdrastyczniejszych i jakoby dzięki temu najbardziej spektakularnych przejawach. Skąd to się bierze? Na pewno nie z potrzeby widzów. Aktorzy, aby sprostać wymaganiom nowoczesnej wrażliwości inscenizatora, dopuszczają do siebie upokorzenie. Nie można na scenie kopulować, bawić się cudzymi jądrami, nie można się obnażać, bo to jest wbrew - nie moralności! - wbrew naturze teatru".

Jako aktor, dyrektor teatru, reżyser i jako człowiek umiał wąchać czas. Czuł jego podskórny nerw i prawdę owiniętą w fałsz frazesów, pozorów, stylistyk. Miał umysł wnikliwy i syntetyczny. "Większość życia mojego pokolenia upłynęła w czymś, co tego życia było zawieszeniem, przerwą dzielącą dwa krańce: młodość i czas odchodzenia - pisał Holoubek. - Jeśli przyjmiemy, że z wybuchem wojny życie się zatrzymało i powróciło dopiero w 1989 roku, ogromny czas między tymi datami był tylko czasem oczekiwania, bierności, czymś, co można porównać do rzeki przepływającej pod mostem, łączącym dwa jej przeciwległe brzegi, rzeki, której nie mieliśmy możliwości zawrócić".

Tylko dwóch

Często o jedenastej trzech starszych panów zajmowało stolik w sali dla palących w kawiarni Bliklego. "Trzech starców gadających głupstwa - opowiada Andrzej Łapicki. - Nic nam się nie podoba; ględzimy, jaki świat jest okropny i że teatru już nie ma, i czy ten aktor jest gorszy, czy tamten". Za oknami kawiarni codzienność zanurzona w strumieniu zwykłego życia. A starsi panowie opowiadali sobie anegdoty, snuli wspomnienia. "My się czujemy trochę... intelektualnie osamotnieni. W jakiś sposób siebie potrzebujemy. Spotykamy się, żeby zobaczyć, że jeszcze jesteśmy" - mówił Tadeusz Konwicki. Przy stoliku będzie zasiadało już tylko dwóch starszych panów o ironicznym i wnikliwym spojrzeniu na świat. Na czym polegała wielkość tego, który odszedł? "Fenomen Gustawa można wytłumaczyć tylko poezją - mówi Konwicki. - To, co nas czaruje, czego usiłujemy szukać w oczach, głosie, inteligencji, jest poezją, która na nas bardzo mocno działa. Odrywa nas od powszedniości, budzi jakieś przeczucia, unosi na wyższe piętro...".

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail