Przegląd Polski
14 marca 2008

Czarodziej

ANDRZEJ JÓZEF DĄBROWSKI

Wielbiłem Gustawa Holoubka. Od pamiętnych Dziadów. Z aktorów teatru był mi najbliższy, miałem wręcz wrażenie, że mnie wyraża i mówi za mnie. Chciałem być takim człowiekiem, jakiego on stworzył na scenie i ekranie.

Wielbiłem go tak bardzo, że... zarzuciłem pisanie książki o nim, poprzestając na opisie kilku ról i na eseju o jego Królu Learze. Musiałem zarzucić, bo im bardziej go poznawałem, tym bardziej byłem świadom własnej niemożności. Dobrą książkę o Holoubku mógłby napisać albo wielce utalentowany pisarz ogarniający całe bogactwo jego osobowości, albo mędrzec taki, jakim był sam Holoubek. Nie byłem ani jednym, ani drugim. Miałem świadomość, że widzę go fragmentarycznie, że nie docieram ani do głębin jego myślenia, ani do jego wizji człowieka i świata. Całego Holoubka nie ogarniałem, był zbyt złożony, zbyt ogromny, po prostu. Zarzucenie pisania książki o nim było moją pierwszą porażką, pierwszym uświadomieniem sobie, że coś mnie przerasta.

Przez pięć lat miałem możność widywać go niemal na co dzień, bowiem byłem sekretarzem literackim w Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy, którym on kierował. Budził we mnie taki respekt, że wręcz onieśmielał. Był świetnym szefem. Wszyscy go szanowali i lubili, począwszy od aktorskich gwiazd, a skończywszy na szatniarkach. Atmosfera była iście rodzinna, konflikty jej nie zatruwały, choć Holoubek trzymał się zasady, że na scenie nie ma demokracji. Jego dyrekcja to złoty okres w dziejach Dramatycznego. Wystawiane sztuki były na wysokim poziomie, znakomite role goniły znakomite role, wspaniałe inscenizacje - wspaniałe inscenizacje. Holoubek nie prowadził teatru dla siebie i pod siebie. Zabiegał o najlepszych aktorów, reżyserów, scenografów. A oni z kolei zabiegali o niego. Wydawnictwa teatru też musiały być na odpowiednim poziomie, co było moim zadaniem. Zdarzały mi się jednak błędy w datach i liczbach, z których musiałem się tłumaczyć. Na szczęście szef był dobrotliwy... Pomógł mi nawet zdobyć mieszkanie w Warszawie, które mam do dzisiaj. Praca dla teatru pod batutą Holoubka była jednym z najlepszych okresów mojego życia. Kiedy w stanie wojennym komunistyczne władze zwolniły go ze stanowiska, przeżyłem to bardzo mocno. Dokonując zemsty na niepokornym artyście, unicestwiły świetny teatr. Bezpowrotnie.

Oglądałem jego role po kilkanaście razy. W Sułkowskim, Elektrze, Rzeźni, Pieszo, Żeby wszystko było jak należy, Człowieku znikąd, Skizie, Zemście, wspomnianym Królu Learze i w innych sztukach, granych później w Teatrze Polskim i Ateneum. Można by pisać o nich tomy, bo wszystkie były znaczące. Holoubek był w nich zawsze ten sam, ale nie taki sam.

Przeciwstawiano go Łomnickiemu. Nigdy się na scenie nie spotkali. Szkoda, bo zobaczenie ich razem byłoby fascynującym spektaklem. Żywiołem Łomnickiego była metamorfoza; w różnych konwencjach tworzył soczyste postaci, Holoubek stworzył sam siebie jako postać; konwencje i bohaterów naginał do swej osobowości. Stał się uosobieniem inteligenta w najróżniejszych sytuacjach, dramatycznych na ogół. Był to inteligent analizujący, komentujący, zdystansowany i sceptyczny. Raczej nie miał złudzeń, że zwyciężą dobro i mądrość. Holoubek wiedzę autora uzupełniał własną wiedzą i własną wrażliwością. Wstydził się uczuć, ale nie zawsze był w stanie nad nimi zapanować i wówczas objawiały się one w postaci paroksyzmu. Robiło to niesłychane wrażenie. Na Learze widzowie płakali wraz z Holoubkiem, w Dziadach szlochali wraz z nim i słuchali, słuchali, słuchali...

Mówiło się, że słuchały go nawet krzesła. Nikomu nie przeszkadzało, że czasem seplenił. Obezwładniał wszystkich pięknymi frazami i przedłużonymi samogłoskami. Kiedy mówił, za kulisami pracownicy techniczni zamieniali się w słuch. Milkli też koledzy w bufecie, dokąd jego głos dochodził ze sceny przez głośniki. Mowa w jego ustach stawała się metafizyką. Była walką, by słowami wypowiedzieć się najpełniej i by pomieścić w nich to, co niewyrażalne. Tak jak on nie mówił nikt. Mistrzowsko władał również słowem pisanym, w jego Wspomnieniach z niepamięci są kadencje godne Tomasza Manna.

Teatr nie był dla niego ilustracją życia, tylko "świątynią słowa, poezją i siedzibą rzeczywistości przetworzonej, wręcz swoistą bajką". Scena była dlań miejscem magicznym. On sam też był magiem czy - skoro mowa o bajce - czarodziejem. Czarował nie tylko ową piękną mową, ale także wdziękiem, lekkością i uśmiechem. Nie można było od niego oczu oderwać nawet wtedy, kiedy stali koło niego inni sławni, nawet wtedy, kiedy grał tylko epizod. Nie tylko na scenie, w życiu również. Mówiło się o hipnotyzującej sile jego spojrzenia, mówiło się o wymownej sile jego milczenia, mówiło się o znaku samym w sobie, jakim była jego sylwetka. Mówiło się, domniemywało się. Ale żadne mówienie ani żadne domniemywanie nie wyczerpywało zjawiska, jakim był. Zabrał swą tajemnicę do grobu. Tylko, czy była to tylko jego tajemnica? Może była to tajemnica każdej prawdziwie wielkiej sztuki?

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail