Przegląd Polski
28 marca 2008

Dziecko PRL-u

czyli bohater niezbyt pozytywny

IZABELA JOANNA BOŻEK

Wydaną pod koniec ubiegłego roku przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą powieść Andrzeja Jacyny Na pograniczu światów można kupić w niemal wszystkich księgarniach internetowych.

W opisie książki, oprócz danych bibliograficznych, widnieją dwa zdania: "Jeszcze jedno spojrzenie na współczesnych Polaków próbujących zmierzyć się z american dreams. Pełna szczegółów powieść autora, który zna z autopsji opisywany świat". Nie jestem pewna, czy autor powinien być zadowolony z tej reklamującej jego książkę notki: "jeszcze jedno spojrzenie" może bowiem sugerować: "podobne", "takie samo", "zbliżone". Natychmiast także przywiedzie na myśl czytelnikowi znane nazwiska i tytuły: Szczuropolacy Redlińskiego, opowiadanie Stawińskiego I będziesz miała dom... czy choćby niedawno wydaną minipowieść Joanny Pawluśkiewicz Pani na domkach. Tymczasem powieść Jacyny jest inna, zaskakująco inna, mimo iż na pierwszy rzut oka zdaje się być nie czym innym, ale właśnie "jeszcze jedną" gorzką opowieścią o Polakach wyjeżdżających za granicę i niepotrafiących odnaleźć tam siebie i własnej drogi.

CZYTELNIKA NA POGRANICZU ŚWIATÓW ZACIEKAWI najpierw konstrukcja książki: prowadzona symultanicznie narracja obejmuje dwie grupy bohaterów, których losy umieszczono w tym samym "tu i teraz". Jest rok 1987, kraj wciąż jeszcze trwa w traumie po stanie wojennym i wciąż trwa exodus jego mieszkańców. Nowi przybysze zastają w Ameryce tych, którzy wyjechali dobrych kilka lat wcześniej. Powieść zaczyna się od wieczoru sylwestrowego: dwie kobiety zajmujące wspólnie mieszkanie, dawne sąsiadki i przyjaciółki z Polski, wybierają się na zabawę z dwójką znajomych mężczyzn, którzy także mieszkają razem. Obie kobiety znalazły się na emigracji ze względów zarobkowych, obie ciężko pracują i obie przyjechały tu "na chwilę". Obie też mają w Polsce rodziny, mężów, a nawet dzieci. Żadna z nich jednak nie przeżywa egzystencjalnych ani politycznych stresów, ale każda ma w sobie - mniej lub bardziej uświadomione - pragnienie miłości. Za chwilę spotkają dwóch mężczyzn, przy czym Bogusia, starsza i bardziej doświadczona, zamierza zaaranżować romans pomiędzy swoją przyjaciółką Janką i Tadeuszem, młodszym z mężczyzn. Sama planuje związek z Robertem, mężczyzną, wyraźnie noszącym w sobie jakąś tajemnicę, wyróżniającym się inteligencją, ogładą i wykształceniem.

PO SYLWESTROWEJ NOCY CZWÓRKA ZNAJOMYCH rozbija się na dwie damsko-męskie pary, a czytelnik nagle staje przed drugim wątkiem powieści i odkrywa, kto jest prawdziwym jej bohaterem i narratorem. Odkrywa także, że perypetie czwórki emigrantów, których losy okażą się znacznie bardziej poplątane i tragiczne, niż zapowiada początek, to kreacja głównego bohatera książki, to książka w książce, powieść, która powstaje na oczach czytelnika. Na przemian z losami bohaterów sportretowanych przez próbującego swoich pisarskich możliwości Mirka będziemy śledzić jego własne przypadki.

Autor tej pisanej na bieżąco powieści to (któżby inny? - pozwolę sobie zażartować) polonista, dziennikarz na pół etatu, niespełniony poeta, niedookreślony obywatel kraju, który opuszcza wkrótce po odwołaniu stanu wojennego, ani prześladowany, ani więziony za polityczne przekonania, członek Solidarności z przekory bardziej aniżeli działacz wierzący w jej zwycięstwo. To imprezowicz, płynący przez życie bez większego wysiłku; dzięki rodzinnym koneksjom i splotowi okoliczności obracał się jako młody człowiek w kręgach dawnej inteligencji warszawskiej i z tego powodu, aczkolwiek nie tylko, posiadł pewną świadomość otaczającego go kłamstwa i obłudy. Ma także za sobą krótki epizod działalności politycznej w Marcu '68, ale wszystko to rozmyte jest w niemocy i braku wiary. Ongiś czyjś mąż i ojciec dziecka, którego właściwie nie zna i które wychował kto inny, z rzadka pamięta o swoich obowiązkach. Jednym słowem - prawdziwe "dziecko Peerelu", czyli "bohater niezbyt pozytywny", jak sam o sobie mówi. Kiedy udaje mu się wyjechać do Francji, na paryskim bruku urodzi się nowy Mirek - człowiek, który będzie musiał walczyć o egzystencję i o siebie samego, nie tyle wymyślić siebie na nowo i znaleźć formułę istnienia, ile przypomnieć sobie, czego go nauczono, czego nauczył się sam, a czego nigdy nie przełożył na osobisty kodeks moralny.

MIREK NIE JEST ZŁYM CZŁOWIEKIEM, jest raczej człowiekiem słabym. Emigracja uformuje go i pozwoli dojrzeć, a pomysł napisania książki właśnie o emigracji, w przerwach między pracą na budowie a libacjami okaże się dla niego zbawienny - pozwoli mu bowiem zaakceptować siebie, nabrać dystansu do swego życia i jednocześnie da szansę na uporządkowanie własnej wizji świata. Wszystkie polskie wspomnienia Mirka układają się w pewien znany schemat, dlatego nie jest to tylko książka o emigracji, to książka o Polakach, o ich moralnej kondycji, o tęsknocie za dobrem, sprawiedliwością, uczciwością i miłością, o wierności samemu sobie wreszcie, która okazuje się być rzeczą najważniejszą w życiu. Kiedy w noc wigilijną, po podzieleniu się opłatkiem, przy stole rozpoczyna się dyskusja o istnieniu Boga, narrator odczuwa ją jak zbezczeszczenie świętości i reaguje tak silnie, jak tylko potrafi, wzbudzając tym zaskoczenie współtowarzyszy. To jeden z bardziej wzruszających fragmentów książki, kiedy Mirek pisze: "Nie mogłem opanować płaczu, więc oparłem się o framugę drzwi".

Nieważne, jak naiwnie, choć także i bardzo prawdziwie skonstruowane są losy czwórki wymyślonych przez Mirka bohaterów, nieważne, jak się zakończą, a nie będzie to zakończenie szczęśliwe. Ważne, że przyglądamy się im z bliska, od środka, że poprzez osobę narratora i jego jakże widoczne zmaganie z materią słowa i konstrukcją postaci docieramy do sedna emigracyjnego życia i zaczynamy pojmować emigracyjny smutek, samotność, rozdarcie pomiędzy obowiązkiem a chęcią ucieczki od niego. W Na pograniczu światów otrzymujemy znakomity i bardzo inny niż znany dotychczas z literatury obraz współczesnej emigracji i "wakacjuszy". To obraz złożony, a jego prawdziwość zawiera się w sposobie opowiadania. Autor ustrzegł się w narracji przede wszystkim grzechu pogardy wobec nieznanego, która tak często pojawia się w książkach o emigracji. Mimo iż same losy bohaterów nie odbiegają od schematu dobrze wszystkim znanego - budowa, sprzątanie, nielegalny pobyt, wódka pita szklankami, język przepełniony przekleństwami, nędzna egzystencja, jedzenie byle czego, byleby odłożyć jak najwięcej, praca ponad siły, przypadkowe związki erotyczne, bez uczucia i nadziei, krwawe bójki, to przecież nie ma tu złego słowa o kraju, w którym to wszystko się dzieje. Nie ma słów pogardliwych o "głupich Amerykanach", nie ma pretensji, narzekań i zwalania winy. Przeciwnie, mamy w tej powieści obraz "wielkiego kraju, który pokazuje swoją przyjazną twarz" nie tylko swoim obywatelom, ale także przybyszom z daleka, tym, którzy nie znają języka i nigdy nie zapuszczą tu korzeni.

POWIEŚĆ ANDRZEJA JACYNY zapewne zawiera wiele wątków autobiograficznych; on sam jest przecież emigrantem, polonistą, przed laty pracownikiem, a dziś współpracownikiem Nowego Dziennika, mieszkającym obecnie w Filadelfii. Dobrze, że napisał uczciwą książkę, uczciwym językiem. Szkoda tylko, że pojawiają się w niej denerwujące błędy, za które winić trzeba i autora, i redaktora, i wreszcie korektę. Bo np. znany choćby z powieści Aleksandra Dumasa Lasek Vincennes to raz Lasek Vincente, innym razem inaczej, ale też nieprawidłowo. Niby drobiazg, ale podważa zaufanie do autora, który pisze też o okresie, kiedy mieszkał w Paryżu.

Andrzej Jacyna, Na pograniczu światów, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2007, s. 357, cena 16 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)

tel. (212) 594-2386

e-mail: ksiazki@dziennik.com

strona internetowa:

www.ksiazkionline.com

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail