Przegląd Polski
4 kwietnia 2008
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Skazana na karę śmierci - Z Haliną Zwinogrodzką-Junak rozmawia Maria Szonert
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

"HERR DONALD, PROSZĘ NATYCHMIAST PODPISAĆ TRAKTAT!"- tak według prominentnego posła PiS Jacka Kurskiego zwróci się zniecierpliwiona kanclerz Angela Merkel do naszego premiera. Gdyby słowa te traktować poważnie, można by posądzić premiera o zdradę. Ale przywykliśmy do obelg rzucanych przez przegrany PiS.
Od dawna, czyli od słynnej afery "dziadka w Wehrmachcie", pisowcy pomawiają Tuska o sprzyjanie Niemcom. Sygnał idzie od Jarosława Kaczyńskiego, który, poza osobistą animozją wobec premiera, nie może oderwać się od wizji Polski mocarstwowej (przedwojenne: "nie oddamy nawet guzika!"), która choć dziś przystała do Unii Europejskiej, nie musi liczyć się z jej ustaleniami. Pomijając nutę zazdrości o dobry odbiór Tuska na Zachodzie, jest to podejście dla Polski katastrofalne, świadczące o anachronizmie i zaściankowości w myśleniu o państwie.
Odkąd pamiętam, uważałam, że naszą zmorą jest fatalne położenie geograficzne - jesteśmy krajem wciśniętym między dwie potęgi. Ale dziś takie myślenie straciło rację bytu. Coraz częściej słyszę głosy ludzi mądrych, że dzięki przemianom w Europie jest wręcz odwrotnie; że mamy świetne położenie geopolityczne, które pozwala integrować się z UE i nie zrywać kontaktów ze Wschodem. Dziś z naszej dawniej nieszczęsnej tranzytowości możemy czerpać wielorakie zyski. Sądzę, że podobnie rozumuje rząd Donalda Tuska i społeczeństwo, skoro wskaźnik popularności Platformy Obywatelskiej rośnie, podczas gdy największej partii opozycyjnej, PiS-owi, dramatycznie spada. Partia więdnie, nie ma jej na ustach wszystkich.
I oto nadarzyła się PiS-owi okazja, żeby zaistnieć na arenie politycznej i porozrabiać w swoim ulubionym stylu. Stało się tak za przyczyną traktatu lizbońskiego, ważnego dokumentu UE, którego akceptacja wymaga dwóch trzecich głosów parlamentu, czyli Sejmu i Senatu. Takiej większości Platforma Obywatelska w koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym i z głosami lewicy, czyli LiD-u - nie ma.
Traktat lizboński integruje ściśle państwa UE, ale w niczym nie ogranicza praw narodowych. Dokument, którego wynegocjowanie PiS uznał za największe osiągnięcie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dziś stał się kością niezgody. PiS nie chce za nim zagłosować w oryginalnej postaci, uciekając się do aberracyjnych zarzutów, że może on prowadzić do aborcji na żądanie, do małżeństw homoseksualnych i zwrotu Niemcom ziem zachodnich. Odnoszę wrażenie, że Jarosław Kaczyński (a za nim brat prezydent) poczuł się na nowo w swoim żywiole, można się kłócić i zaistnieć w mediach. Spór trwa, nie wiadomo, kiedy się zakończy, a Europa rozkłada ręce: o co znów Polakom chodzi?
NIE MILKNIE WRZAWA WOKÓŁ KSIĄŻKI JANA TOMASZA GROSSA STRACH. On sam wciąż odbywa w Polsce spotkania przy wypełnionych salach. Jego dorosłe dzieci, urodzone w USA, mówią, że tam książka nie spotkała się z takim odzewem, uważano ją wręcz za trochę nudną, naukową piłę.
U nas każdy o niej mówi. Dała też asumpt do ukazania, jak bardzo nasz Kościół katolicki jest podzielony. Na otwarty, bliski Ewangelii i ludziom, co najdobitniej ukazują dominikanie w swojej demokratycznej strukturze, w chęci do dialogu i dawania świadectwa prawdzie. Świadczy o tym niedawny czyn dominikanina, który zdemaskował księdza molestującego wychowanków w Ognisku św. Brata Alberta w Szczecinie. Ale mamy też przykład Kościoła zamkniętego, dalekiego od Soboru Watykańskiego II i nauczania Jana Pawła II. Udostępnia on świątynie na spotkania o książce Grossa niejakiemu Jerzemu Robertowi Nowakowi, wojującemu antysemicie, któremu - nie waham się powiedzieć - nienawiść zaślepia oczy. Zapowiedział on na antenie radia dyrektora Rydzyka, że w ciągu stu dni odbędzie 60 spotkań w całym kraju (do tej pory odbył już 18). Atakuje nie tylko Grossa; ciska gromy na Jacka Kuronia, Jana Karskiego, profesora Władysława Bartoszewskiego.
W tym wszystkim zadziwia mnie nie tyle osoba Jerzego Roberta Nowaka, w końcu osoby o takiej mentalności można znaleźć pod każdą szerokością geograficzną, ile postawa proboszczów, którzy oddają pomieszczenia kościelne, nierzadko również wnętrza kościołów, na tego rodzaju popisy chorej psychiki. I jeszcze jedno: mądrzy, światli hierarchowie, jak na przykład arcybiskup warszawski Kazimierz Nycz - nie reagują! Zatrzęsło mną, gdy dowiedziałam się, że Jerzy Robert Nowak odbył spotkanie w jednym z największych i najbardziej znanych, historycznych warszawskich kościołów - Świętego Krzyża. Tym samym, w którym leży serce Szopena i na którego schodach - o, ironio! - rozegrały się dramatyczne sceny z protestującymi studentami w roku 1968. Akurat obchodziliśmy 40-lecie wydarzeń marcowych.
Pamiętam jak dziś: siedzę naprzeciwko Świętego Krzyża w restauracji Staropolska (już jej nie ma) i patrzę na skłębioną na schodach młodzież, krzyczącą do atakujących ją golędziniaków (w Golędzinowie, osiedlu na warszawskiej Pradze, stacjonowały Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej): "Gestapo, gestapo, gestapo!".
Wykurzono nas ze Staropolskiej gazem łzawiącym. Mój towarzysz, były akowiec, wziął mnie mocno pod rękę i powiedział: "Trzymaj się!". Golędziniacy stosowali uderzenie pałką w mięsień łydki, sprawiające, że człowiek upadał.
I teraz, w tymże kościele, równie wypełnionym ludźmi jak wtedy - atak antysemicki!
POLACY CZASAMI ZACHOWUJĄ SIĘ TAK, JAKBY CHCIELI UCIEC OD SAMYCH SIEBIE. Jest to zjawisko powszechne. Ulegają mu nawet myślący dziennikarze. W doskonałej skądinąd porannej audycji radia TOK FM, w której udział biorą czołowi publicyści, omawiając najświeższe wydarzenia, usłyszałam, jak prowadzący mówi do zebranych: "A teraz, chłopaki, przejdźmy do spraw najbardziej nas interesujących, do wyborów w Ameryce!". I natychmiast rozmowa się ożywia, każdy pcha się do głosu, wygłaszając swoje złote myśli na temat szans Hillary Clinton, Baracka Obamy i Johna McCaina.
Gdybyśmy byli przy zdrowych zmysłach, mało by nas obchodziło, kto w Stanach Zjednoczonych wygra wybory na prezydenta. Ktokolwiek by nim nie był, Polska nie jest i nie będzie w orbicie jego zainteresowań. Nawet sprawa zniesienia wiz dla Polaków leży w gestii nie prezydenta, ale Kongresu. Skąd u nas ten zapał profesjonalistów do roztrząsania spraw dalekich? Może stąd, że dotykanie własnych jest zbyt bolesne.
ZASTANAWIAM SIĘ, CZY TO JA JESTEM TAKA ZAŚNIEDZIAŁA, CZY TO PO PROSTU BŁĄD. Od niedawna wszyscy jak jeden mąż zaczęli mówić "mi" w sytuacji, gdy moje pokolenie mówiło "mnie". "Czy panu się to podoba? " - pyta dziennikarz znanego polityka, człowieka wykształconego. "Mi, nie" - pada odpowiedź. "Mnie" zostało całkiem wyparte. Ciekawa jestem, jak mówią nasi na obczyźnie. Na ogół zachowują czystą polszczyznę. Czy pozostawili sobie "mnie się nie podoba" zamiast mówić: "mi się nie podoba"?
Albo: czy mówicie: na ten moment sprawa jest załatwiona; na dzień dzisiejszy nie widzę przeszkód; to się nadaje na prokuraturę; podejrzany już jest na komendzie. Na sklepie. Na zakładzie. Na salonie. Na klasie. Czy tak Państwo mówicie? Bo w Polsce tylko tak.
PAMIĘTAM PRZEDWOJENNĄ WARSZAWĘ. Pamiętam popowstańcze góry-doliny gruzów, pamiętam odbudowę w stylu socrealistycznym. Pamiętam też, że w którymś z listów Jerzy Giedroyc zapytał mnie, co to znaczy "blokowiska". Wyrażenia tego użyłam w jednej z "Kartek", jakie wówczas pisałam do paryskiej Kultury.
Mocno już nadszarpnięte blokowiska zostały nam po Gierku. Teraz Warszawie grożą wieżowce jak w Dubaju. Czyli stawiane na oślep, gdzie popadnie, gdzie tylko uda się złapać wolne miejsce. Miasto nie ma żadnego skoordynowanego planu. Kto pierwszy, ten lepszy. Zdumiewające jest to parcie na drapacze w klasycznie niskiej zabudowie Śródmieścia. W głowie się kręci od chaosu wieżowców w centrum, wtykanych gdzie się da przez nienasyconych inwestorów, a władze stolicy odważają się prezentować taki groch z kapustą na targach nieruchomości w Cannes.
Zwarcie ustawione wieżowce, pod linijkę alei i ulic, tłumaczą się jedynie w Nowym Jorku. Tak tam musi być, bo przestrzeń ogranicza woda. Ale na Boga, nie na Mazowszu!
Na nasze małe osiedle przycupnięte pod estakadą mostu Siekierkowskiego, złożone z domów cztero- i trzypiętrowych, padł pewnego dnia strach. Spółdzielnia Energetyka, do której należy (nawiasem mówiąc, relikt po komunie), postanowiła dobudować nam pięter. Solidarne weto mieszkańców zapobiegło inwazji. Skończyło się na wycięciu kilkunastu przedwojennych jesionów, buków i kasztanowców, z których byliśmy dumni. Stanie tam wieżowiec. Strach jednak pozostał, bo w samym środku, gdzie boiska dla młodzieży, może władze wymyślą, żeby jednak upchnąć jeszcze jakiś drapacz chmur.
Drapacze nie pomogą. Warszawę uznano za najnudniejszą ze stolic europejskich. Nie dość, że brzydka, to jeszcze życie w niej zamiera po godzinie dziesiątej wieczorem. Nie mamy metropolii.
Warszawa, 27 marca 2008 r.

