Przegląd Polski
4 kwietnia 2008
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Skazana na karę śmierci - Z Haliną Zwinogrodzką-Junak rozmawia Maria Szonert
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Podzwonne dla dzwonka
Miałem sen: mój świętej pamięci dziadek Zenon dzwonił na nas starym, mosiężnym dzwonkiem, rezydującym przy jego łóżku, recytując fragment znanego mu z dzieciństwa wiersza Teofila Lenartowicza Dzwon Zygmunta: "Ten ojców dróg się dowie z dzwonu,/ Tchnienie go boże przejdzie wskrośnie,/ Duch się w nim wzmoże i rozrośnie,/ I będzie wierny aż do zgonu...". Dzwonek dziadka dzwonił coraz głośniej i głośniej, aż się w końcu obudziłem: dzwonił telefon. Znajomy głos w słuchawce mówił o przerwie, ogłoszonej w czytelni polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego za pomocą mosiężnego dzwonka...
Pomyślałem, że to sen, więc odłożyłem słuchawkę i przewróciłem się na drugi bok. Ale po chwili telefon znowu zadzwonił i okazało się, że jednak nie śniłem dalszych fragmentów poematu Lenartowicza. Znajomą studentkę, razem z innymi studentami, wyproszono z czytelni za pomocą mosiężnego dzwonka, gdyż pilnujący czytelni i czytających pracownik zarządził przerwę w lekturach na własny posiłek i zasłużony odpoczynek. Przerwę taką ogłasza stróż-dzwonnik zawsze o piątej. O tej samej godzinie rozlega się hejnał z wieży Mariackiej, a zdarza się, że i od wielkiego dzwonu dzwoni także Dzwon Zygmunta z wieży katedry wawelskiej. Czcigodna tradycja króluje w Krakowie, czego nie można powiedzieć o innych, zdemoralizowanych postępem miastach Polski.
W takiej Warszawie dzieją się rzeczy z tego, czyli zachodniego świata. Odkąd ulokowano tam stolicę, warszawiacy starają się na wszelkie sposoby udowodnić krakusom, Polonusom i sobie samym, że decyzja króla Zygmunta III Wazy o przeprowadzce nie była pochopna. Nie hołduje się tam krakowskim zabobonom, każącym na przykład młodym pannom wierzyć, że jak dotkną serca dzwonu, wkrótce wyjdą za mąż i będą szczęśliwe w miłości. A co zrobić z ludźmi kochającymi inaczej, pragnącymi wyjść za mąż za partnerkę lub partnera tej samej płci? Nie muszę chyba przypominać, że szlachetne serce 13-tonowego Zygmunta pękło już czterokrotnie i kolejnego zawału może nie przeżyć... Na wskroś tradycyjny Kraków nie zna zapewne odpowiedzi na to frapujące pytanie, ma ją za to postępowa Warszawa, na czele z prezydentem.
Ten ostatni przysłużył się znowu sprawie polskiej w świecie. Piszą o nas wszystkie większe gazety, mówią rozgłośnie radiowe i telewizyjne, zaskoczone pomysłowością Lecha Kaczyńskiego w promowaniu tolerancyjnej Polski oraz małżeństw gejowskich. Żaden gejowski aktywista nie mógłby bowiem wpaść na bardziej genialny pomysł reklamy swojej sprawy, jak umieszczenie w oficjalnym orędziu prezydenta na wskroś katolickiego kraju zdjęć z kościelnego ślubu gejowskiej pary katolików - Irlandczyka, filmowca i teologa, nauczającego religii oraz Amerykanina, lekarza onkologa, leczącego dzieci z nowotworem krwi. Ich wizerunek został użyty w orędziu i powielony, razem z prezydentem oczywiście, w milionach telewizorów i komputerów na całym świecie. Słowem: bingo!
Jacka Kurskiego, bo to on był autorem oprawy wizualnej orędzia, musiało przejść tchnienie boże bardzo wskrośnie, skoro duch się w nim wzmógł i rozrósł tak radośnie, że zafundował Polsce najbardziej skuteczną, i co ważne, bezpłatną reklamę, gwarantującą napływ do kraju turystów-homoseksualistów z całego świata. Pierwsi przyjechali oczywiście pokazani w orędziu panowie Brendan Fay i Thomas A. Moulton, pragnący złożyć hołd warszawski prezydentowi. Panowie trafili przed kamery TVN, a sześciuset innych umiłowanych przez prezydenta wykształciuchów podpisało list zaadresowany do panów nowożeńców o dziwnej treści, na przykład: "My, obywatele polscy, zażenowani telewizyjnym orędziem prezydenta naszego kraju, zwracamy się do Was z wyrazami poparcia i solidarności". Zażenowanie wykształciuchów miało być spowodowane tym, że zdjęcia z tego ślubu - ach, co to był za ślub... - miały obrazować zagrożenie legalizacją małżeństw homoseksualnych w Polsce ze strony Unii Europejskiej.
Polscy twórcy chyba niczego nie zrozumieli z błyskotliwej, prezydenckiej kampanii na rzecz promocji dobrego imienia Polski, skoro piszą do amerykańskich gejów: "Wolimy, żeby prezydent Kaczyński nie ośmieszał Polski - niech, skoro już musi, ośmiesza siebie i swoją przegraną formację polityczną". A znany socjolog, profesor Ireneusz Krzemiński stwierdził, co następuje: "Przedwojenny Żyd został zastąpiony przez geja i lesbijkę". Oraz: "Polska staje się zaściankiem. Brak wiedzy i nienawiść przedstawiana jest jako sukces moralny Polaków. Budzi to we mnie najwyższą zgrozę".
Mocno powiedziane. I sprawiedliwie. Pracowałem z profesorem przez pewien czas na tej samej uczelni i przypominam sobie, że doznał prześladowań, bo musiał dzielić ze mną pokój, a nawet biurko. Najbardziej doskwierał mu brak osobnego, stojącego wieszaka...
Mój dziadek był wierny aż do zgonu swojemu dzwonkowi. Krzemińskiemu wolno być wiernym własnemu wieszakowi, a Lechowi Kaczyńskiemu własnemu bratu, tak jak Brendanowi wolno być wiernym Thomasowi, o ile potrafi... Kochajmy się!
