Przegląd Polski
18 kwietnia 2008
- Wileńskie tropy autora "Polski Jagiellonów" - Z Ewą Beynar-Czeczott rozmawia Romuald Mieczkowski
- Nie ma bułek! - Jacek Fedorowicz
- Wrocław - the meeting place - Małgorzata Markoff
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Wileńskie tropy autora "Polski Jagiellonów"
Z Ewą Beynar-Czeczott rozmawia Romuald Mieczkowski

Urodziła się Pani w Wilnie.
Jeszcze przed wojną. Najpierw mieszkaliśmy na ulicy Mała Pohulanka, a później - jak gorzej się zaczęło rodzinie powodzić - przenieśliśmy się na ulicę Święciańską 16, w dawnej dzielnicy kolejowej.
To było w latach wojny?
Tak, wynajmowaliśmy wtedy skromny parter domku, który zachował się do dzisiaj. Parokrotnie tam byłam, ale do środka nie zostałam wpuszczona przez obecną właścicielkę. Podejrzewam, że jest to dziewczynka, która została do nas dokwaterowana, gdy Rosjanie zaczęli masowo się sprowadzać do Wilna. Wtedy rekwirowano dla nich znaczną część mieszkań. Tę dzielnicę zapyziałych murowanych domków dość dokładnie pamiętam z okresu dzieciństwa. Jak nie było wtedy chodnika, tak go i teraz nie ma.
Jak potem potoczyły się losy rodziny?
Z Wilna wyjechaliśmy jednym z ostatnich transportów repatriacyjnych. Pojechałyśmy do Zakopanego, gdzie ojciec wynajął dla nas mieszkanie - dla mnie, mojej mamy i jej siostry, która zawsze z nami mieszkała. Ciocia była nauczycielką w Wilnie i uważała, że dopóki są polskie dzieci, nie może wyjechać. Wyjechałyśmy więc po zakończeniu roku szkolnego, w lipcu 1946 roku. Podróż trwała ponad dwa tygodnie. Z ojcem, który mieszkał wówczas w Krakowie, spotkaliśmy się w Poznaniu. Jakimś cudem wykrył, że transport dojedzie do Poznania. Dobrze pamiętam dzień naszego spotkania - akurat tego dnia skończyłam osiem lat. W Zakopanem krótko byliśmy, przenieśliśmy się bowiem do Szczekocin w województwie kieleckim. Tam rodzina mieszkała do roku 1955, kiedy to ojciec dostał mieszkanie w Warszawie.
Nie szkoda było Pani zostawiać w Wilnie koleżanek i kolegów?
Już ich nie miałam. Wszyscy wyjechali, część wywieziono. Na naszej ulicy rozbrzmiewał rosyjski. Opanowałam ten język biegle w mowie dziecinnej. Niczego więc mi szkoda nie było, opłakiwałam tych, którzy wyjechali. Do szkoły jeszcze nie chodziłam, ale u nas w domu ciocia prowadziła tajne komplety, więc się przyuczałam na nich i kiedy przyjechałam do Polski, od razu poszłam do czwartej klasy. Przed wyjazdem otrzymałyśmy znak od ojca, że ma pracę i warunki, aby nas przyjąć.
Mgliście pamiętam losy ojca w czasie wojny. Najpierw była kampania wrześniowa, po której wrócił i został pracownikiem fizycznym, bo zwolniono go z Radia w Wilnie, gdzie był spikerem. Przez pewien czas pracował jako stróż nocny w tejże rozgłośni. Między innymi był też drwalem w lesie i pomocnikiem murarza. Oczywiście związał się z konspiracją i w pewnym momencie zniknął z domu. Spotkaliśmy się dopiero po latach.
Działając w konspiracji zmienił nazwisko.
Mama uchodziła więc za wdowę. Tak było bezpieczniej, uniknęła wywózki na Wschód. Była przez cały czas pewna, że ojciec żyje, choć nie wiedziała, co się z nim dzieje. Z kolei ojciec zdawał sobie sprawę, że nie może ujawnić się jako Lech Beynar.
Pseudonim Paweł Jasienica pochodzi od nazwy wsi koło Ostrowi Mazowieckiej, w której się ukrywał, kiedy był ranny. Bywaliśmy potem w tej Jasienicy, odwiedzaliśmy wielokrotnie księdza Stanisława Falkowskiego, który ojca przechował w czasie jego rekonwalescencji. Ksiądz Stanisław dawał ślub jednej z moich córek. Zmarł w sędziwym wieku cztery lata temu. Słabował, słabował, ale miał długie życie.
Kiedy dowiedziała się Pani, że ojciec jest pisarzem?
Najpierw go postrzegałam jako dziennikarza. To było w szkole, w Szczekocinach. Bywałam w redakcji Tygodnika Powszechnego. Na początku swej działalności był reporterem, publicystą, a za pisanie książek wziął się dopiero na początku lat 50.
W tych książkach obecna była Litwa.
O tak, była! Przecież historia Polski to również i historia Litwy.
Trudno było wtedy mówić o tym wprost.
Oficjalnie, tak. W dowodzie osobistym moim miejscem urodzenia było ZSRR. To, że pochodziliśmy z Wilna, wcale nam nie przeszkadzało w życiu prywatnym, znajomi darzyli nas dużą sympatią.
Czy za największe dzieło Pani ojca można uznać głośną trylogię historyczną?
Niewątpliwie Polska Piastów, Polska Jagiellonów i Rzeczpospolita Obojga Narodów stanowią podstawę jego twórczości. Napisał jeszcze inne książki, może mniejszej wagi, ale z pewnością interesujące.
Czy Paweł Jasienica odwiedził kiedyś miasto swojej młodości?
Nie chciał do niego pojechać, ponieważ wszyscy jego znajomi, którzy po wojnie Wilno odwiedzili, wracali z beznadziejnie ponurym wrażeniem. Zarówno odnosiło się to do pozamykanych, poprzerabianych na składy i warsztaty kościołów, zniszczenia całego pierścienia polskich wiosek wokół Wilna i zbudowania na ich miejscu okropnych blokowisk. On wolał Wilno zachować w pamięci takie, jakie widział ostatni raz.
Pani już nie miała takich obciążeń?
Nie. Dlatego przy pierwszej okazji pojechałam do miasta mojego dzieciństwa. Dość późno, bo na początku lat 90. ub. wieku. Śródmieście było wtedy jeszcze bardzo zaniedbane. Zauroczyły mnie piękne okolice Wilna, ale bałam się owych blokowisk. Dzielnica Justyniszki, w której mieszkaliśmy, wywarła bardzo niedobre wrażenie. Nie poprawiła go wcale nowoczesna wieża telewizyjna, widoczna z wielu miejsc. Oczywiście, dobrze rozumiem, że nie tylko Wilno w ten sposób się zmieniało. Dlatego cieszy, że teraz miasto coraz bardziej pięknieje i jest czyściejsze, robi się w pełni europejskie.
Pani ojciec określał redaktora "Słowa Wileńskiego" Stanisława Cata Mackiewicza jako "obywatela Wielkiego Księstwa Litewskiego". Czy to określenie pasuje również do autora "Polski Jagiellonów"?
Należy z tym się zgodzić. Litwę przecież traktował jako coś odrębnego, jako teren pogranicza, na którym wiele się działo w zakresie kultury - i nie tylko. Wiele prądów stąd szło na Zachód, zapładniało szersze polskie poczynania. A ile znaczących umysłów stamtąd się wywodzi! Odrębność tych ziem na pewno mój ojciec czuł i cenił. Do Litwinów Paweł Jasienica nie miał żadnych uprzedzeń. Natomiast miał je do zarządców tego państwa w czasie okupacji.
Czy w swym pisarstwie tkwił wyłącznie w dawnych dziejach?
Nowożytną historią ojciec się nie zajmował. Gdyby żył dłużej, do tego chyba by doszło. Ale nie planował pisania historycznych dzieł obejmujących okres po powstaniu styczniowym - przewidywał bowiem duże i już nie do przeskoczenia kłopoty z cenzurą.
Historyczne zainteresowania ojca nie udzieliły się Pani?
Ku jego wielkiej rozpaczy - nie. Nie odziedziczyłam ich ani trochę. Jestem emerytowanym inżynierem hydrotechnikiem.
Ale bardzo energicznie dba Pani o literacką spuściznę ojca.
Dlaczego mam nie dbać!? Teraz nareszcie jestem zadowolona. Kiedy te wszystkie perypetie sądowe (rzecz dotyczyła pozbawienia praw autorskich Marka O'Bretenny'ego, syna agentki Służby Bezpieczeństwa, drugiej żony pisarza - przyp. R.M.) skończyły się, pomyślałam sobie: co ja teraz będę robić, z kim teraz będę walczyć? Pewien rozdział w moim życiu się zamknął i powiało nudą... Ale przyszedł spokój i poczucie sprawiedliwości.
Zastanawia, że dzieł Jasienicy nie tłumaczono na litewski.
Myślę, że książka o Jagiellonach mogłaby być wydana. Chociażby z tego powodu, że - być może - przedstawia odrębny punkt widzenia niż charakterystyczny dla historyków litewskich. Ciekawy pod tym kątem może być również Pamiętnik. Jest to nieskończone dzieło, w którym znalazło się dużo materiału o czasach akademickich moich rodziców w przedwojennym Wilnie. Pamiętnik był opublikowany w tzw. drugim obiegu, potem ukazał się w Wydawnictwie Literackim, a w ubiegłym roku Wydawnictwo Prószyński wydało go bardzo ładnie, z wieloma fotografiami.
Rzecz dotyczy młodości autora?
Zaczyna się od dzieciństwa, które upłynęło w Rosji. Traktuje o losach rodziny w czasie rewolucji, o tułaczce po różnych miejscowościach. Później rodzina mieszkała między innymi w Warszawie, Łopatowie i w Wilnie. Ojciec maturę zrobił w Grodnie, a studiować zaczął właśnie w Wilnie - na Wydziale Historii Uniwersytetu Stefana Batorego. Wspomina wielu swych kolegów. Wtedy poznał moją mamę. Pamiętnik nie kończy się na czasach studenckich, bo jak to bywa u taty - są wypady w przód i w tył, różne "zawirowania", ma parę wstawek powojennych.
Ale temat wojny nie został w nim poruszony. Czy podczas jej trwania ojciec robił jakieś notatki?
Spisywał swoje wspomnienia wojenne i leżały one u wspomnianego księdza Stanisława Falkowskiego w Jasienicy. W 1948 roku ojciec został aresztowany i po wyjściu na wolność zapiski spalił - doszedł do wniosku, że to zbyt niebezpieczny i obciążający wiele osób materiał. Starał się też o tym okresie nic nie mówić.
Czy w Polsce spotykał się z kolegami swojej młodości w Wilnie?
Oczywiście! Zresztą wilnianie jakoś "przedostali się" do Tygodnika Powszechnego. Przyjaźnił się ze Stanisławem Stommą, który pochodził wprawdzie z Kowieńszczyzny, z Antonim Gołubiewem, z Catem Mackiewiczem po jego powrocie z emigracji do Polski. Musiał go znać jeszcze sprzed wojny, a w czasie wojny wielokrotnie polemizował w konspiracyjnej prasie z jego bratem Józefem Mackiewiczem. Z Czesławem Miłoszem odbywał podróże w Klubie Włóczęgów. Tak samo z Teodorem Bujnickim, Stefanem Jędrychowskim.
Zapewne jeszcze i z Henrykiem Dembińskim...
Dembińskiemu poświęcił cały rozdział. Razem byli w wojsku.
Jerzego Putramenta też wspomina?
Nie, Putrament jakoś nie przewija się w taty wspomnieniach.
Nazwisko Czeczott, po Pani mężu, wskazuje również na rodowód kresowy.
Rodzina męża pochodzi z Grodzieńszczyzny, skąd wywodzą się korzenie i innych Czeczottów. Mój mąż Olgierd wszędzie ma krewnych, z kim się nie zgada, jest spokrewniony.
Czyli dwie wschodnie gałęzie spotkały się w Polsce...
I się rozwinęły! Bo o dzieciach można by mówić dużo - jest ich czworo. Wszystkie pożenione i rodzą się nam wnuki. Starsze pokolenie zdaje sobie sprawę z tego, że ich przodkowie byli obywatelami Wielkiego Księstwa Litewskiego.

