Przegląd Polski
18 kwietnia 2008
- Wileńskie tropy autora "Polski Jagiellonów" - Z Ewą Beynar-Czeczott rozmawia Romuald Mieczkowski
- Nie ma bułek! - Jacek Fedorowicz
- Wrocław - the meeting place - Małgorzata Markoff
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Nie ma bułek!

Zacznę od wspomnienia. W połowie lat 60. ub. wieku napisałem scenariusz filmowy, który dochrapał się realizacji. Powstał film Kochajmy syrenki; wstydziłem się go potem bardzo długo.
Najgorszy w nim był właśnie scenariusz, pisany przez autora, którego tak porywa nadzieja na bliski debiut w charakterze scenarzysty i jednocześnie wykonawcy roli "przyjaciela głównego bohatera", czyli wicegwiazdy filmu, że w tej euforii chce umieścić w scenariuszu wszystko. I żeby to był film dowcipno-rozrywkowy bez zadęcia, i żeby miał zadęcie satyryczne, i żeby to była komedia muzyczna, i żeby była ta muzyczność rzucona na tło siermiężnego socjalizmu pokazywanego bez upiększeń, stosowanych zwykle w komediach muzycznych, nie tylko tych z socjalizmu rodem.
PRZY TAKICH AMBICJACH, połączonych z brakiem doświadczenia scenarzysty, efekt mógł być tylko jeden: klapa. O dziwo, po czterdziestu latach film doczekał się pierwszej dobrej recenzji po wznowieniu go na płytach DVD. Nie zgadzam się w pełni z tymi pozytywnymi opiniami, ale cieszą mnie - to oczywiste. Patyna lat skutecznie przysłoniła słabość scenariusza jako całości, wyszły natomiast na pierwszy plan drobne obserwacje, ów peerelowski socjalizm i jego prowincjonalne śmiesznostki. Przez cały film, który jest opowieścią o dwóch rywalizujących zespołach objazdowych "chałturszczyków", przewija się para turystów amerykańskich, którzy z zachwytem poznają nasz kraj. Zachwyt Amerykanów jest szczery, ale zasadza się nie na tym, na czym ówcześni władcy PRL-u chcieliby, aby się zasadzał. Amerykanie nie podziwiają osiągnięć gospodarczych ani piękna pejzażu, lecz ekscytującą dzikość kraju leżącego w środku - bądź co bądź - Europy. Umieściłem tam taką scenkę: Amerykanka wybiega rano z baru mlecznego i krzyczy: "Nie ma bułek! Co za wspaniały kraj! Na każdym kroku przygoda!".
NIESTETY, NAWET TAKA USZCZYPLIWOŚĆ wobec PRL-owskiego zaopatrzenia rynku była za mocna dla cenzorów i w wersji ostatecznej połowa tego tekstu została wycięta ("nie ma bułek!"), co skutecznie likwidowało jakikolwiek cień żartu. Amerykanka wybiega z okrzykiem chwalącym wspaniały kraj nie wiadomo dlaczego. Ale na szczęście widzowie wiedzieli, czego mniej więcej można się spodziewać w małomiasteczkowym barze mlecznym. A ponieważ w dodatku w innym miejscu filmu turyści cieszyli się też z możliwości zamieszkania w namiocie na trawniku przed hotelem, w którym wolnych miejsc dla turystów nie było nigdy i za żadne pieniądze, więc sens przesłania autorskiego był dla widzów chyba dość czytelny: to, co oferuje nam na co dzień socjalizm, jest dla przybyszów z normalnego świata rodzajem paranoi. Socjalizm, który wmawiał swym poddanym, że jest nie tylko tak samo normalny, jak świat cywilizowanego, kapitalistycznego Zachodu, ale nawet trochę go przewyższa, nie mógł się z taką opinią pogodzić, stąd cięcia.
PO UPADKU SOCJALIZMU OKAZAŁO SIĘ, że moja wizja turystów z Zachodu, których może zwabić do Polski nasza egzotyka, inność i wyjątkowość zasadzająca się na obfitości śladów po socjalistycznej paranoi, jest nadal aktualna. W Krakowie, na przykład, rozwinęła działalność agencja turystyczna, która wozi turystów do Nowej Huty, pokazuje zachowane lub zaaranżowane wnętrza w stylu lat minionych, a do przemieszczania się wraz z turystami z miejsca na miejsce używa wyremontowanych samochodów marki Trabant. Gdyby ktoś w USA nie wiedział, co to takiego, wyjaśniam, że był to bardzo mały, bardzo prymitywny czteromiejscowy samochodzik produkcji NRD, przedmiot westchnień wielu pokoleń pieszych obywateli socjalistycznego świata, którzy marzyli o trabancie, bo wiedzieli, że radziecki odpowiednik Zaporożec i polska Syrenka są jeszcze gorsze. Choć też niedostępne.
I TU DOCHODZIMY DO TEMATU WŁAŚCIWEGO. W ślady tej prywatnej agencji turystycznej, przyciągającej gości odtworzoną siermiężnością socjalizmu, idą u nas od lat Polskie Koleje Państwowe, tyle że oferując siermiężność naturalną, rzetelną, prosto z socjalizmu rodem. Niby mamy koleje takie jak w normalnym świecie, oferujemy usługę niby wszystkim znaną, przejazdy międzymiastowe wagonami poruszającymi się po szynach, uformowanymi w pociągi zatrzymujące się w ustalonym z góry czasie, w wyznaczonych miejscach zwanych potocznie stacjami. To tak z grubsza. Ale podobieństwa są pozorne i złudne, podobnie jak kiedyś w socjalizmie. Zachodni turysta, który spodziewałby się, że tory są torami, wagon ma urządzenia właściwe wagonowi, a wyznaczony czas odjazdu jest czasem odjazdu - popełniłby tragiczną pomyłkę. Turysta z góry musi się nastawić na egzotykę, odkrywać z satysfakcją kolejne przykłady paranoi i cieszyć się, że doświadcza czegoś, co jest nie do pomyślenia w jego kraju macierzystym.
FELIETON NINIEJSZY MA POSŁUŻYĆ JAKO OSTRZEŻENIE, ale jednocześnie jako pomoc w odnalezieniu właściwego nastawienia dla tych z Państwa, którzy mają zamiar w tym roku odwiedzić Polskę. Korzystając z usług PKP należy pamiętać, że jest to instytucja, która przede wszystkim będzie się starała dostarczyć podróżnym atrakcji podobnych do tej "nie ma bułek, na każdym kroku przygoda!". Nie twierdzę, że koleją poruszać się po Polsce nie należy i że jest to doświadczenie nie do przeżycia. Owszem, należy jeździć koleją, już choćby dlatego, że poruszanie się po Polsce samochodem jest swego rodzaju próbą samobójstwa. A samolotami jest drogie, niepewne i wymagające też częściowego skorzystania z samochodu, żeby dojechać na i z lotniska. Należy więc korzystać z PKP, ale trzeba być przygotowanym na różne niespodziewane atrakcje.
Garść przykładów: zakładam, że turysta jest przyzwyczajony do korzystania z internetu. Wchodzi na stronę internetową z rozkładem jazdy PKP. Jest taka, i to nawet w czterech językach, w tym po angielsku. To pierwsza pułapka! Bo turysta jest przekonany, że podczas podróży też będzie się mógł porozumiewać w tym języku. Nawet pewnie nie myśli o tym problemie, nie przychodzi mu po prostu do głowy, że mogłoby być inaczej. Tymczasem jest. Owszem, w hotelach zawsze można się dogadać po angielsku, w restauracjach też, czasem nawet i na ulicy można, ale nie można na terenach Polskich Kolei Państwowych. Przy czym nie polega to na tym, że PKP postanowiły być instytucją tylko dla Polaków. O nie, PKP przewidują obecność pasażerów zagranicznych w swoich pociągach, na swoich dworcach i dlatego od dziesiątków lat napisy informacyjne w wagonach można przeczytać po rosyjsku, po niemiecku, po francusku, a w najstarszych wagonach jeszcze po włosku (!). Jeśli coś jest przeznaczone dla obcokrajowców, to zawsze w tych właśnie językach. Po angielsku nigdy! Ani jednego ogłoszenia, ani jednej informacji w języku uznanym na całym świecie za uniwersalny język podróży. Czy to nie jest prawdziwa atrakcja? Czy tego mógł się spodziewać angielskojęzyczny turysta w najśmielszych marzeniach, gdy wybierał się do Polski? Ostatnio pojawiły się podobno jakieś pierwsze nieśmiałe informacje po angielsku w najnowszych wagonach, ale ja - sporo jeżdżąc - trafiam niestety wciąż tylko na te stare.
WTRĄCĘ TU COŚ NA POCIESZENIE angielskojęzycznych, otóż nie powinni wpadać w kompleksy, bo już przy okienkach "Informacja" następuje powszechne zrównanie obcokrajowców, jako że na żadnej stacji w Polsce, w żadnym okienku informacyjnym, żaden pracownik(-nica) nie zna żadnego języka obcego. No, czasem duka w rosyjskim, ale niechętnie, bo wobec zalęknionych Białorusinów, Rosjan czy Ukraińców musi się zachowywać z wyższością; jako przedstawiciel(-ka) kraju o wyższej kulturze musi pokazać hołocie, kto tu jest ważniejszy.
I przy okazji jeszcze jeden drobiazg z cyklu "nie ma bułek!": nie ma informacji mianowicie w miejscach, w których wydawałaby się ona czymś naturalnym. Nie ma żadnej, nawet najprostszej informacji w kasie biletowej. Wyszedł kilka lat temu taki przepis, że "kasa nie udziela informacji", wisi nawet czasem odpowiednia karteczka (po polsku oczywiście) i bardzo zabawnie jest poobserwować sobie czasem, jak turysta na Dworcu Centralnym w Warszawie wydukał pytanie w języku zbliżonym do polskiego, kasjerka w przejściu podziemnym (jest tam kilka kas z mniejszymi kolejkami niż do kas w holu głównym) zrozumiała i z satysfakcją odmawia informacji, kierując do okienka "Informacja", które znajduje się około kilkuset metrów od tej kasy. Turysta ma tam pójść, postać pół godziny w kolejce (w Warszawie krócej się nie zdarza) i dopiero uzbrojony w odpowiednią wiedzę wrócić do kasy po bilet. Wyobrażam sobie zachwyt tej mojej Amerykanki z filmu!
A w wagonowej toalecie? Tam by po prostu nie uwierzyła własnym oczom oraz innym zmysłom, ze szczególnym uwzględnieniem powonienia. Już prawie nigdzie w Polsce nie można spotkać toalety z socjalizmu rodem, ale w PKP można, i to nawet w pociągach Intercity. Z litości, a także z obrzydzenia nie będę się wdawał w szczegóły.
WRÓĆMY DO INTERNETU. Turysta wydrukował sobie godzinę odjazdu wybranego pociągu, przesiadki, o nic nie musi kasjerek pytać, pokazuje kartkę, kupuje bilet, sprawdza na tablicy "Odjazdy" (zakładam, że słowa podstawowe wynotował sobie z rozmówek lub słownika) i udaje się na peron. Pociągu nie ma. Minęło dziesięć minut, piętnaście - nic. Turysta zapewne podróżuje pociągiem z miejscówką, sięga po bilet, bo tam jest wypisana godzina odjazdu, sprawdza i okazuje się, że albo ta godzina jest taka jak na tablicy i w internecie, albo - i tak jest ostatnio najczęściej - jest inna. I tylko ta inna może być (choć nie musi) właściwa. Na czym rzecz polega? Otóż od lutego do końca sierpnia 2008 r. PKP przeprowadzają remonty torów. W związku z tym wprowadzają zmiany w rozkładzie jazdy. Czasami są to zmiany rewolucyjne, a jednocześnie doraźne, czasem nagłe, czasem do przewidzenia, czasem nie. Pewność można mieć jedynie w przypadku internetu, ale tylko w tym sensie, że internetowy rozkład jazdy zmian na pewno nie uwzględnia, czyli że można go sobie spokojnie skreślić jako źródło informacji.
OPISZĘ MOJĄ NIEDAWNĄ WYPRAWĘ DO BYDGOSZCZY. Na wywieszonym w wielu egzemplarzach rozkładzie jazdy poprawek nie było, ale na tablicy w holu głównym Dworca Centralnego owszem, więc nie miałem problemu. Po przyjeździe do Bydgoszczy zauważyłem na peronie informację, że są liczne zmiany w rozkładzie, a są one podane w szczegółowych ogłoszeniach wywieszonych w holu dworca. Chciałem sprawdzić, czy wybrany przeze mnie pociąg powrotny za dwa dni odjedzie o czasie. Szczegółowych informacji nie znalazłem. Poszedłem do Informacji. Z rozbrajającą szczerością pani mi powiedziała, że nie wie, czy mój pociąg-wybraniec odjedzie o swojej godzinie, czy pół godziny później, chyba o swojej, ale na pewno nie wiadomo, bo czasami Informacja jest informowana w ostatniej chwili. Po dwóch dniach przyszedłem na tę "jego" godzinę, ale okazało się, że jednak pół godziny później, więc miałem więcej czasu na odszukanie informacji szczegółowych. Były bardzo starannie ukryte, wypisane maczkiem, wywieszone w ciemnym kącie, ale wreszcie stanąłem z nimi twarzą w twarz. Widok był przerażający. Kilkadziesiąt zmian w samym tylko okręgu bydgoskim. Zmiany są nie do zapamiętania, a może nawet i nie do odcyfrowania. Na pochwałę zasługuje tylko litościwy gest kolejarzy (podejrzewam, że to ludzka inicjatywa miejscowych), którzy kilka pozycji podkreślili na czerwono: "Uwaga!!! Odjazd WCZEŚNIEJ!". Bo reszta odchodzi z reguły później, ewentualna przykrość jest wtedy znacznie mniejsza. Ale czy wyobraża sobie ktoś w tej sytuacji turystę obcojęzycznego? Wiele lat temu podróżowałem pociągami po Niemczech, Francji, Belgii i Szwajcarii zupełnie swobodnie i bez stresów, a nie znam - przyznaję się ze wstydem - ani francuskiego, ani niemieckiego. Ech, łza się w oku kręci...
NIBY MOGLIBYŚMY SIĘ POCIESZAĆ, ŻE JAK PRZECIERPIMY REMONTY, jak nadejdzie czas przygotowań do Euro 2012 (obudzą się tak gdzieś w kwietniu, maju 2012), jak Unia Europejska sypnie pieniędzmi, to może doczekamy się wreszcie kolei na jakim takim poziomie. Myślę, że nie. PKP wie, że i tak Zachodu nie dogoni, dystans jest zbyt wielki, więc stawia na atrakcyjność wynikającą z zaskoczenia, że w sercu Europy można spotkać coś takiego. I to jest pewnie słuszne myślenie strategiczne, dalekosiężne, głębokie i dające znacznie lepsze widoki na przyszłość, niż takie tam prymitywne narzekania, że angielski, że czas odjazdu czy brak informacji. "Nie ma bułek!" - to jest jedyna szansa i nasza kolej ją dostrzegła.
