Przegląd Polski
25 kwietnia 2008

Pamięci Andrzeja Pomiana

Bohdan Sałaciński (od 1944 r. Andrzej Pomian) urodził się 2 stycznia 1911 r. w Czarnym Ostrowiu na Ukrainie. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, w czasie okupacji niemieckiej w latach 1940-44 wykładał na tajnych kompletach macierzystej uczelni, był żołnierzem Armii Krajowej. Jako emisariusz w 1944 r. został przerzucony do Londynu. W latach 1956-77 pracował w sekcji polskiej Radia Wolna Europa najpierw w Monachium, później był korespondentem RWE w Waszyngtonie. Był działaczem politycznym, publicystą, autorem i współautorem kilkunastu książek. Od powstania Nowego Dziennika współpracował z naszą redakcją. Zmarł w Waszyngtonie 20 kwietnia br.

Była to chyba najzimniejsza noc, jaką w mym dwudziestoletnim życiu przyszło mi wytrzymać. Dobiegła właśnie połowa kwietnia 1944 roku, pola pokryte były wciąż jeszcze bielejącymi płatami śniegu, a nasza gromadka kilkunastu chłopców w moim wieku kuliła się przed mroźnym wiatrem na szczycie łysiejącego pagórka, na próżno usiłując ukryć się przed wszystko przenikającym wichrem. Na próżno. Nie było schronienia ani przed zimnem, ani przed wiatrem, ani przed przerażającym poczuciem samotności wśród pustki nocy, była tylko świadomość twardego obowiązku, służby sprawie, której oddawaliśmy naszą młodość.

Służyłem wtedy w oddziale specjalnym porucznika "Szarugi", przeznaczonym do odbioru zrzutów lotniczych w Okręgu Lubelskim Armii Krajowej, i tej właśnie nocy czuwaliśmy pod Bełżycami, oczekując kolejnego samolotu, który przynieść nam miał wyśnioną broń z nieba, zaopatrzenie z dalekiego, a nieosiągalnego Zachodu, gdzie we Włoszech nasi starsi bracia troszczyli się z odległości nieprzebytej o nasz los, nasze młode życie, naszą niewiadomą przyszłość. Staliśmy więc na gołym pagórku, w zlodowaciałych z zimna dłoniach ściskając po dwie latarki, którymi sygnalizować mieliśmy lotnikowi, że tak, że trafił nieomylnie, że nie na próżno jego poświęcenie, nasza męka. Mijały minuty, kwadranse, potem i godziny, a czarna nad głowami noc milczała uparcie, jakby chcąc wypróbować nasze młode siły. Noc, mróz i wiatr sprzysięgły się przeciw nam.

Wtem, niespodziewanie, cisza nocna zabrzęczała najdalszym, wyczekiwanym dźwiękiem lotniczych motorów, potem rozpękła blaskiem dwóch coraz bliższych świateł reflektorów i oto nad polowym, pospiesznie urządzonym lądowiskiem pojawił się coraz bardziej rosnący cień samolotu, zniżył się, zakołował i nagle zmęczony usiadł na prostej, wiejskiej łączce, dla wtajemniczonych tej nocy noszącej kryptonim "Bąk". Byliśmy świadkami i uczestnikami historycznego, pierwszego w czasie okupacji lądowania polskiego samolotu na polskiej ziemi w ramach akcji "Most".

Stojąc na posterunku, z daleka tylko mogliśmy śledzić, jak z dwumotorowej dakoty wysiedli piloci, jak potem, najszybciej, po prowizorycznych schodkach do kabiny wspięło się sześciu ludzi, jak znów zahuczały silniki i samolot, po krótkiej szarpaninie w grząskim gruncie wystrzelił nagle w niebo, zakołysał srebrnymi skrzydłami i prosto, znowu z więzów ziemi uwolniony, podniósł się w górę, na zachód, unosząc emisariuszy Polski Podziemnej, naszych przywódców i starszych kolegów mających przekazać wolnemu światu osobiste od nas podziękowania i pozdrowienia. Jednym z nich był Andrzej Pomian.

Wiele jeszcze razy po tej nocy miałem wspominać ją z dumą, a radość moja była tym większa, gdy po latach spotkałem w Waszyngtonie redaktora Pomiana. Znałem go już ze słyszenia, czytałem jego artykuły i książki, podziwiałem nie tylko ogrom wiedzy, ale przede wszystkim ogrom ducha, który kazał temu skromnemu człowiekowi opuścić kraj i przez długie lata najwierniej mu służyć z oddali, tak jak służył był Polsce Podziemnej w czasie okupacji. Spotykałem go potem niejednokrotnie na zjazdach Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce czy podczas obrad Studium Spraw Polskich, tak się bowiem złożyło, że mimo różnicy wieku obaj byliśmy zdecydowani naszą służbę pełnić na amerykańskiej ziemi równie wiernie, jak czyniliśmy to tamtej mroźnej nocy na podlubelskich polach. Okazało się wkrótce, że różnica wieku była zgoła nieistotna wobec zadań, jakie przed nami stały, trzeba było bowiem walczyć o Polskę piórem i słowem równie zdecydowanie, jak się to robiło przed laty. Niewiele więc czasu poświęciliśmy na wspominania akcji "Most", kwitując jej rezultaty zgodnym stwierdzeniem, że tak trzeba było, że nie na próżno marzliśmy tamtej nocy, że walczyliśmy i walczyć dalej będziemy pod tymi samymi sztandarami, pod którymi wtedy obaj służyliśmy każdy na miarę swoich sił - dojrzały publicysta i dwudziestoletni chłopak.

Był Andrzej Pomian nie tylko publicystą, ale i historykiem swojego pokolenia znakomitym. Okupacyjna służba w Komendzie Głównej AK, a potem najbliższa współpraca z gen. Tadeuszem Borem-Komorowskim w Londynie, kierowanie kontaktami z powojennym podziemiem w kraju czy wreszcie praca w Polskim Ruchu Wolnościowym Niepodległość i Demokracja - dały mu nieograniczony dostęp do dokumentów i materiałów, które umiał twórczo interpretować w postaci licznych publikacji zarówno po polsku, jak i po angielsku. Wśród tych ostatnich wymienić należy dwie podstawowe książki - Warsaw Rising (1945) i Stalin and the Poles (1949), obiektywnie, rzeczowo omawiające dwa kluczowe zagadnienia, które zdecydowały o losach Polski na długie powojenne lata. Ale nie poprzestawał pan Andrzej na pisaniu prac historycznych, z temperamentu bowiem był przede wszystkim publicystą, toteż do jego niewątpliwych osiągnięć w tej z kolei dziedzinie zaliczyć trzeba prace, takie jak Testament Polski Podziemnej a chwila obecna (1976), Polska broni niepodległości 1918-1945 (1990) i Szkice publicystyczno-historyczne (1994). Każda z tych książek uderza nie tylko imponującą wiedzą historyczną, ale także umiejętnością ukazywania zagadnień w całej ich złożonej strukturze, przy czym zwraca uwagę czysty, niczym nieskażony język dyskusji, mogący służyć za wzór niejednemu piszącemu. Znał bowiem i kochał literaturę, rozumiał, że odbija ona ducha narodu w najlepszych utworach, bez względu na to, czy pisanych w kraju, czy na emigracji. Toteż korespondowaliśmy nader często, zwłaszcza w gorącym okresie lat 70. i 80. ub. wieku, gdy sytuacja w kraju stawała się niejednokrotnie krytyczna, a literatura często brała na siebie rolę głosu ubezwłasnowolnionego narodu. Jego listy i wypowiedzi niejednokrotnie były dla mnie wskazówką postępowania w trudnych sytuacjach, traktowałem go bowiem jak starszego kolegę, od którego wiele można było się nauczyć.

Toteż dzisiaj, kiedy go zabrakło, jego nieobecność odczuwam bardzo osobiście i boleśnie.

JERZY R. KRZYŻANOWSKI

 

 

Jeden z ostatnich...

Pisząc artykuł na 90-lecie, składałem Andrzejowi Pomianowi życzenia ad multos annos. Starczyło na siedem lat.

Odszedł od nas jeden z ostatnich żyjących przedstawicieli pokolenia, które pamiętało jeszcze czasy rozbiorowe, wzrastało już w Polsce niepodległej, a potem niepodległości broniło różnymi sposobami, bronią, piórem, działalnością organizacyjną, często - jak Pan Andrzej - zarówno w kraju, jak i na tułaczych szlakach emigracji. Odszedł zarazem może ostatni, kto urodził się i zaczął wychowywać na historycznych Kresach. Mógł mieć pod powiekami zapamiętany z dzieciństwa wspaniały widok kamienieckiego zamku, oglądany poprzez wąwóz Smotrycza ze skarpy, na której stoją: jedyna na świecie katedra z sąsiadującym minaretem i jedyny na świecie minaret z Matką Boską na szczycie. Widok, którego obejrzenie uważam za taki sam obowiązek Polaków, jakim jest pielgrzymka do grobu Mahometa dla wyznawców islamu. Pamiętam wzruszenie Pana Andrzeja, kiedy mu opowiadałem o moim pielgrzymowaniu do Kamieńca.

Zanim go spotkałem, był dla mnie głosem - silnym, głębokim i bogatym, o lekko wschodniej melodyce, łatwo zapamiętywanym z audycji RWE, bo bez trudu dawał sobie radę z zagłuszarkami. Poznałem go dopiero w 1982 r., kiedy odwiedził Monachium za mojego już tam dyrektorowania. Potężna sylwetka i zamaszysto-majestatyczne ruchy w pełni odpowiadały zapowiedziom zawartym w głosie. Kresowy akcent był w bezpośrednim zetknięciu jeszcze bardziej wyraźny i szedł w parze z impulsywnością wypowiedzi. I do końca życia - a spotykaliśmy się nieczęsto, ale stale w ciągu następnego ćwierćwiecza - robił na mniej wrażenie żywiołowej, naturalnej mocy, takiej, jaką posiadają stare dęby.

Podczas pierwszego spotkania wiedziałem już sporo o Bohdanie Sałacińskim. Takie było jego prawdziwe imię i nazwisko; pseudonim miał chronić pozostałą w Polsce siostrę Marię i innych członków rodziny. Poznałem jego życiowy dorobek i dlatego - chociaż był już od paru lat na emeryturze - zapraszałem go parokrotnie do Monachium, by mogli go poznać młodsi koledzy, dopiero co z Polski przybywający w ramach "solidarnościowej" fali emigracyjnej i aby on sam, nadal przygotowujący regularne audycje na tematy historyczne, zachował bliższą więź z zespołem.

Współpracował z RWE owocnie do końca jego istnienia. Cykl audycji, nadanych w latach 1988-89 (za czasu dyrektorowania Marka Łatyńskiego), poświęconych pięćdziesięcioleciu najazdu niemieckiego i sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939, został potem wydany w Londynie w tomiku Polska broni niepodległości. Jest to cykl popularnych pogadanek - ale tak starannie udokumentowanych źródłowo, z tak bogatym tłem, z tyloma anegdotami zaczerpniętymi z zagranicznych źródeł (często w Polsce zupełnie nieznanych, jak pamiętniki premiera Francji Georges'a Clemenceau), że może służyć za wzór nie tylko popularyzacji, ale rzetelnej, wszechstronnej analizy historycznej.

To było dla Pana Andrzeja znamienne. Był erudytą, wszechstronnie oczytanym nie tylko w historii najnowszej, ale w literaturze; nie tylko polskiej, ale i powszechnej. Obaj interesowaliśmy się Josephem Conradem. A rozmowy o Słowackim - "sąsiedzie" z Wołynia - bywały prawdziwymi ucztami.

Choć tak odległy, nie przestawał przyglądać się wydarzeniom w ojczyźnie. Podziwiałem jego trzeźwą, odległą od ideologicznych zacietrzewień - tak łatwych, kiedy się nie śledzi sceny politycznej z bliska i trzeba się opierać na doniesieniach prasowych - ocenę zmieniającej się sytuacji. Ale miał jasne i niezmienne zasady. Nie lubił nacjonalizmu, uważania własnego narodu za lepszy od innych. Był wyczulony na polskie fobie. Należał do tych patriotów, dla których ojczyzna to przede wszystkim, jak u Norwida, "wielki, zbiorowy obowiązek", a nie okazja do nawoływania do odwetu, nieufności czy nienawiści.

I był człowiekiem skromnym. Nie starał się nigdy o wyróżnienia, odznaczenia, zaszczyty. Nie starał się przyciągać do siebie uwagi. Nie chwalił się ani zasługami, ani niezwykłą, w istocie ogromną wiedzą, jaką posiadał. Swoim wyrobieniem literackim dzielił się z czytelnikami, ale jakby dyskretnie, bez pozowania na autorytet. Miałem wrażenie, że w okresie emerytury najchętniej spędzałby godziny na rozmowach o ulubionych autorach (był wśród nich Zbigniew Herbert) i o węzłowych, kontrowersyjnych chwilach w historii (jak dla Polski rok 1939).

Żal pomyśleć, że już nigdy do takiej rozmowy nie zasiądziemy. Żegnam, Kochany Panie Andrzeju. Będę o Panu myślał, stając w lecie przed katedrą w Kamieńcu...

ZDZISŁAW NAJDER

 

 

Pasje Andrzeja Pomiana

Być może prawo, które ukończył na Uniwersytecie Warszawskim, pasjonowało go w młodości, ale po zakończeniu II wojny światowej oddał się zdecydowanie dwóm innym miłościom: historii i literaturze.

Andrzej Pomian był bodaj pierwszym ze współpracowników Nowego Dziennika, z którym nawiązałam kontakt zaraz po objęciu redakcji Przeglądu Polskiego w czerwcu 1984 r. Początkowo były to jedynie rozmowy telefoniczne. Z przyjemnością słuchałam pięknie ustawionego (określenie radiowców), głębokiego, mocnego głosu Pana Andrzeja; głosu znanego mi z audycji Radia Wolna Europa. Charakterystyczny lekki kresowy zaśpiew dodawał jego mowie szczególnego wdzięku. Dziś już prawie nikt tak nie mówi...

Należał do grona niewielu wyjątkowo solidnych, otwartych na propozycje i pełnych własnej inwencji autorów Przeglądu Polskiego. Wiedziałam, że w razie potrzeby zawsze mogę na niego liczyć. Pisał rocznicowe artykuły dotyczące najważniejszych historycznych wydarzeń, jego analizy były rzetelne i pełne erudycji. Nie obawiał się interpretacji i wniosków czasem daleko odbiegających od tzw. powszechnie obowiązujących. Swoje stanowisko zawsze głęboko uzasadniał. Był też ostrym, wspaniałym polemistą - mało kto chciał stawać z nim w szranki.

Z czasem, obok esejów historycznych, zaczął przysyłać rozważania o literaturze i jej wpływie na kształtowanie postaw Polaków. Jego ulubionymi autorami byli pisarze XIX i XX wieku, m.in. Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont i Joseph Conrad. Właśnie temu ostatniemu zamierzał poświęcić kolejny esej - rozmawialiśmy o tym jeszcze w marcu br. Umiłowanie twórczości autora Lorda Jima sprawiło, że z ogromnym wzruszeniem Andrzej Pomian przyjął wiadomość o przyznaniu mu w 2000 r. przez Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku Medalu im. Josepha Conrada w uznaniu dorobku w dziedzinie literatury. Tak, literatury, bo jego publikacje historyczne były też wspaniałą literaturą.

Rozmawialiśmy często przez telefon, ale widzieliśmy się zaledwie kilka razy. Ostatnio w grudniu 2006 r. w Waszyngtonie. Już z daleka zauważyłam sylwetkę przystojnego, postawnego pana, mimo wieku (miał wówczas blisko 96 lat) idącego sprężystym, żołnierskim krokiem. Te spotkania wielce sobie ceniłam, gdyż Pan Andrzej był wspaniałym rozmówcą. Poruszał dziesiątki tematów, przeskakiwaliśmy z jednego na drugi, żeby zdążyć omówić wszystkie interesujące nas sprawy. Pełen wigoru, chętnie opowiadał o swoich przeżyciach, o znaczących postaciach polskiej historii XX wieku, z którymi los go zetknął, często okraszał te wspomnienia zabawnymi anegdotami.

Dziękuję, Panie Andrzeju, za lata wspaniałej współpracy i za Pańską przyjaźń.

JULITA KARKOWSKA

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail