Przegląd Polski
16 maja 2008

Pisarz-orkiestra

75. urodziny Jarosława Abramowa-Newerlego

MAREK KUSIBA

Pisarz, dramaturg, kompozytor, muzyk, satyryk, publicysta i dziennikarz, autor piosenek i słuchowisk radiowych... Człowiek wszechstronnie utalentowany, właściciel dwóch nazwisk i obywatel dwóch krajów. Mieszkaniec Warszawy i Toronto. Nieuleczalny optymista, niezmiennie wierny swojemu powołaniu, a raczej - wielości powołań.

Jarosława Abramowa-Newerlego znałem, dzieckiem będąc, ze słyszenia, bo w latach 50. i 60. ub. wieku słuchało się przede wszystkim radia. A tam na okrągło "leciały" jego nieśmiertelne już dziś przeboje - Bohdan, trzymaj się, I była plaża, Widzisz mała, Zrewiduj mnie, Mówiłam żartem czy Piosenka o okularnikach, do której słowa - podobnie jak do trzech z wcześniej wymienionych - napisała zmarła przedwcześnie Agnieszka Osiecka. Nie bywałem na spektaklach Studenckiego Teatru Satyryków, bo nosiłem jeszcze pieluchy w zębach, gdy Abramow debiutował jako satyryk w Szpilkach i zakładał z kolegami STS, dla którego pisał znakomite skecze i piosenki.

Ale będąc już na polonistyce, sięgnąłem po pierwszą z jego książek - wydany w 1957 r. wybór monologów i skeczów, pisanych dla STS-u Myślenie ma kolosalną przyszłość. Wziąłem ją z bibliotecznej półki sądząc, że jest to książka filozoficzna... I, prawdę powiedziawszy, niewiele się pomyliłem. Używając ciętego, barwnego języka satyry, Abramow znęcał się nad społecznymi mitami okresu popaździernikowych przemian. Jak na prawdziwego twórcę przystało, miał niezwykłą intuicję: przemiany bardzo szybko poszły na przemiał historii...

Nie słuchałem także za często jego słuchowisk, które pisał dla Polskiego Radia, gdzie w latach 1960-1966 kierował Redakcją Teatru Młodego Słuchacza w Naczelnej Redakcji Audycji Literackich. Mieszkając na prowincji nie za często chodziłem też do teatrów, zwłaszcza warszawskich, gdzie wystawiano z wielkim powodzeniem sztuki Abramowa. Sukcesy święcił np. dramat Anioł na dworcu, za który pisarz otrzymał Nagrodę im. Stanisława Piętaka i Fundacji Kościelskich. W największym skrócie była to rzecz o względności prawdy i świata, który nas otaczał dość ciasną obrożą. Dopiero gdy stałem się namiętnym czytelnikiem znakomitego Dialogu, nadrabiałem ubytki teatralne lekturą sztuk Abramowa. Derby w pałacu, Kilk-klak czy Ucieczka z wielkich bulwarów to był świetny teatr komediowy, gdzie zagubieni bohaterowie przemawiali do siebie z absurdalnym, sardonicznym poczuciem humoru, tak charakterystycznym dla Abramowa z jego całej twórczości.

Geniusz charyzmy

Dodatkowym utrudnieniem w pisaniu o Szacownym Jubilacie jest także długoletnia znajomość, okraszona wieloma niezapomnianymi chwilami. Nie bez znaczenia są też niebezpieczeństwa natury logistyczno-technicznej: Jarosław jest absolutnym geniuszem pamięci, chodzącą kroniką swoich czasów i tekstów. Pamięta dosłownie wszystko, jest omnibusem wiedzy niezapisanej w żadnej historii literatury. Jest najlepszym znanym mi kandydatem na wywiad-rzekę. Nie dziwię się, że jeszcze nikt nie zrobił z nim rzeczonego wywiadu: kto by sprostał... Abramow to wszak istna kopalnia wiedzy o polskim środowisku teatralnym i literackim ostatniego półwiecza, począwszy od historii STS-u, aż po dobę współczesną.

Mogłem się o tym przekonać wielokrotnie w Toronto, gdy mieszkaliśmy na tym samym, 17. piętrze budynku przy ulicy Charles, nazwanej przez Abramowa "Karolkową". Niestrudzony gawędziarz, ochoczy opowiadacz nieznanych nikomu wydarzeń, autor prywatnego alfabetu wspomnień, dzielący się szczodrze znajomością ludzi i spraw sceny i pióra. Ale i przebywając w Polsce miałem okazję kilkakrotnie znaleźć się w kręgu oddziaływania czaru Abramowa.

W roku 1997 zaprosiłem go do swojego programu "Słowo od autora" w białostockiej telewizji. Nagrywałem pierwszy odcinek cyklu i miałem sporą tremę. Zadałem pierwsze pytanie i... po 45 minutach wstaliśmy z foteli; Jarosław dostał owację na stojąco od zespołu studia. Takiego zjawiska ci starzy wyjadacze kamery, reflektorów i mikrofonu jeszcze nie widzieli. Pisarz nie tylko zajmująco i plastycznie opowiadał o swojej twórczości, sypiąc dykteryjkami i facecjami, ale i niejako reżyserował ten program "z marszu". Mnie pozostawało jedynie branie ze stosu kolejnej książki autora i odczytywanie tytułu, z jakimś zaczątkiem pytania, które podchwytywał i snuł kolorową opowieść.

Za Wielką Wodą

Warsztat pisarza na emigracji z natury swej najczęściej obumiera, zanika z braku pokarmu w postaci języka ulicy, baru, życia codziennego Polaka. Ale to nie przypadek Abramowa. Przy "Karolkowej" w Toronto w połowie lat 90. powstały znakomite, prekursorskie z dzisiejszej perspektywy sztuki teatralne Duch Atlantydy i Gęsi za wodą. Owych Gęsi o mało nie utopiono przed polską premierą; skrzący się humorem spektakl oskarżono o propagowanie... dewiacji seksualnych i obrazę uczuć religijnych. Rozpętała się burza, która napędziła tylko "grzesznym" Gęsiom widzów...

Abramow bardzo szybko znalazł na emigracji istną kopalnię fascynujących go tematów. Nie potraktował zamieszkania w Kanadzie jak przesiadki na kolejnym dworcu w życiowej podróży. Z wprawą kronikarza i dokumentalisty reagował na podpowiedzi historii. Gdy rozpadał się Związek Sowiecki, napisał Aliantów - historyczną opowieść o losach lotników amerykańskiej fortecy, uwięzionych w sowieckim gułagu. Zaczął też pisać książki o emigrantach. Tak powstała Kładka przez Atlantyk - fascynująca opowieść o Tadeuszu Gonsiku, obdarzonym pasją i wyobraźnią twórcy Credit Union w Toronto. Następnie Nawiało nam burzę - saga rodu z Podola, rozrzuconego po świecie przez wojenną zawieruchę.

W kolejnej książce, Granicy sokoła, pisarz sportretował kres naszych Kresów. Z przedwojennych Hadyńkowiec, Czortkowa, tego galicyjskiego tygla wielu narodowości, tylko krok do narodowościowego tygla Kanady. Ale nawet nad Niagarą unosi się cień Sokoła Kaukazu i napełnia bohaterów strachem. Od tej granicy niełatwo uciec, potrafi dopaść bohaterów nawet za Wielką Wodą.

W kolejnej książce napisanej w Toronto - Lwy mojego podwórka - Abramow pokazał powszedni dzień okupacji widziany oczami dziecka i stworzył niezapomniane portrety rodziców: przepełniony synowskim uczuciem portret matki-aktorki i ojca Igora Newerlego, który zanim został znanym pisarzem, budował Instytut Produkcji przy Dworcu Gdańskim. Mistrzowsko portretuje kolegów z podwórka, pokazując radości i dramaty nie tylko "małej ojczyzny" jednego domu na rodzinnym Żoliborzu, ale i swojego pokolenia.

W meandrach autobiografii

Z warszawskiego Żoliborza pisarz wrócił do centrum Toronto w kolejnym portrecie czasów i ludzi. Młyn w piekarni, dalszy ciąg losów braci Leszka i Jarosława Wawrów, opisywanych w Nawiało nam burzę i Granicy sokoła, to nie tylko opowieść o kilku pokoleniach rodaków, ale także swoisty - i swojski - portret wieloetnicznej Kanady.

Z polonijnego "młyna", a często i magla, pisarz salwował się ucieczką w meandry przebogatej autobiografii. Powstały Lwy wyzwolone, jedyny w swoim rodzaju opis początków tzw. władzy ludowej, oglądanej poprzez pryzmat... trzepaka na podwórku. Książka była dalszym ciągiem święcących sukcesy wydawnicze Lwów mojego podwórka. Dość wspomnieć, że Lwy mojego podwórka wyróżniono Nagrodą Varsavianistyczną im. Karola Małcużyńskiego, przyznaną przez Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, Nagrodą Literacką im. Władysława Reymonta za książkę roku 2000, ufundowaną przez Związek Rzemiosła Polskiego, dyplomem honorowym Towarzystwa Miłośników Historii oraz nominacją do Nagrody im. Józefa Mackiewicza. Doprawdy, trudno o lepszy przykład sukcesu na polskim rynku wydawniczym współczesnego autora tworzącego poza Polską.

Kolejnym tomem autobiograficznej sagi Jubilata były Lwy STS-u. Sportretował w niej swoich przyjaciół, współtwórców legendarnego Studenckiego Teatru Satyryków. Sięgając do bogatej skarbnicy niezwykłej pamięci, autor Maestra niezwykle barwnie relacjonował początki tego - jak dziś się mówi - kultowego teatru, przygody z cenzurą i popaździernikową odwilżą, która wkrótce miała zamienić się w gomułkowskie grzęzawisko.

Nie zaszkodzi na koniec podkreślić, że powieściopisarski etap twórczości Abramowa zaczął się właśnie na emigracji, a przynajmniej z obcej, ale oswojonej już ziemi czerpie soki i tematy. Zupełnie jak jego ojciec Igor Newerly, że wymienię choćby znakomitą powieść o Rosji doby rewolucji Zostało z uczty bogów. Chciałbym też zwrócić uwagę i na to, że twórczość Jarosława Abramowa-Newerlego jest doskonałym przykładem na jedność literatury polskiej, tworzonej czy to nad Wisłą, czy nad jeziorem Ontario. Rasowy pisarz, jakim jest Abramow, pisać może wszędzie. Zaryzykuję twierdzenie, że pobyt poza krajem tylko przydał blasku jego dziełom, poszerzył i wzbogacił ich tematykę, uczynił tę twórczość ciekawszą, bardziej uniwersalną i pojemną.

Należy tylko dziękować zbiegowi okoliczności, że żona Jarosława, Wanda, dostała swego czasu kontrakt na torontońskiej uczelni i że autor Skoku przed siebie zdecydował się na skok przez Atlantyk. Planeta-emigracja nie była mu zupełnie nieznana: bywał u Jerzego Giedroycia w Maisons-Laffitte, ale jak wszyscy wiemy, nic tak dobrze nie robi pisarstwu, jak poznanie oddalenia na własnej skórze i zasmakowanie w trudnej, choć jak się okazuje, owocnej sztuce emigracji.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail