Przegląd Polski
16 maja 2008
- Pisarz-orkiestra. 75. urodziny Jarosława Abramowa-Newerlyego - Marek Kusiba
- Z pamiętnika emeryta - Jacek Fedorowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Z pamiętnika emeryta

Inwazja określeń, nazw, powiedzonek obcojęzycznych doprowadziła do tego, że rzut oka na jakąś nazwę powoduje dziś najpierw skojarzenie z czymś zagranicznym, a dopiero w drugiej kolejności swojskim.
Przekonałem się o tym boleśnie wczoraj w Poznaniu w supermarkecie (jak to określić swojsko? dużyspożywczak?), a nawet skompromitowałem się nieco, bo długo szukając w dziale "dania gotowe" czegoś wykonanego z makaronu, nagle znalazłem i poprosiłem panią ekspedientkę o porcję lazanii. Na co pani ekspedientka, uśmiechając się wyrozumiale, powiedziała, że to nie lazania, tylko łazanki.
Dlaczego wczoraj ruszyłem w Poznań w poszukiwaniu makaronu?
Było w tym nieco z magii, przesądów, "zaklinania", choć nie do końca. Fachowcy twierdzą zgodnym chórem, że w przeddzień trzeba zjeść solidną porcję makaronu. Stąd prawie zawsze pasta party. Nowojorczycy już wiedzą, o co chodzi. Tak. Bieg maratoński. Więc zjadłem łazanki, a ponadto wypełniłem dodatkowo listę tradycyjnych czynności magicznych własnych: do hotelu pojechałem tramwajem, mimo że blisko było, a idąc na przystanek ani razu nie przyspieszyłem kroku. W przeddzień startu mam zasadę: pełny odpoczynek, zero wysiłku, szczególnie nożnego. Potem wysłuchałem wszystkich prognoz pogody, żeby - ustaliwszy prawdopodobną temperaturę jutro podczas biegu - dobrać właściwy strój: do pięciu stopni powyżej zera krótkie spodenki i góra od dresu, powyżej pięciu takież i T-shirt (po polsku kiedyś podkoszulek), a powyżej ośmiu koszulka bardzo cienka i bez rękawów. To niezwykle ważne, bo organizm robi wszystko, żeby wprowadzić w błąd. Okutany rano w ciepłości ubraniowe, demonstracyjnie dygocze na samą myśl o zdjęciu swetra, burzy się przeciwko decyzji, żeby biec prawie na golasa i tylko wieloletnie doświadczenie sprawia, że człowiek podszeptom organizmu nie ulega, tuż przed biegiem jednak wszystko z siebie zrzuca, marznie na kość czekając na start, ale już po dziesięciu minutach biegu błogosławi tę słuszną decyzję, bo gdyby został bodaj w dresie, to już by mu było za gorąco. No i jeszcze uważne przypięcie numeru startowego, wieczorem, nie w ostatniej chwili, jak najwyżej, tuż pod brodą, choć wydawałoby się, że można by i niżej; nie, nie można, w zeszłym roku biegnąc z Białowieży do Hajnówki przypiąłem za nisko i nieustannie zahaczałem o numer dłońmi. Utrata numeru to dyskwalifikacja. Szukanie urwanego numeru w krzakach - strata czasu. Dodatkowo stresująca wśród żubrów.
ALE DOŚĆ TYCH SZCZEGÓŁÓW. DLACZEGO OŚMIELAM SIĘ PROPONOWAĆ CZYTELNIKOM PP WYNURZENIA NADAJĄCE SIĘ RACZEJ DO RUNNERS' WORLD?
Ponieważ zapragnąłem podzielić się z Państwem kilkoma refleksjami artysty-emeryta. Byłoby mi niezmiernie miło, gdyby zdołały one zainteresować innych emerytów, niekoniecznie artystów, a także w ogóle innych, którzy prędzej czy później zostaną wszak emerytami.
Sławomir Mrożek z właściwą sobie przenikliwością porównał kiedyś starość do emigracji. Emigrant opuszcza swoje środowisko, emeryt w jakimś sensie też, bo znajomi mu po prostu stopniowo wymierają. Emigrant osiedla się w innym świecie, który jest dla niego obcy, nieoswojony, często niezrozumiały, dokładnie to samo dzieje się z emerytem. Jeszcze próbuje dotrzymać kroku, zostawia maszynę do pisania i przesiada się na komputer, ale już nie bardzo wie, co to jest mp3 i jak się "zalogować na czacie". Jeszcze stara się popisać (choć w moim przypadku pewnie podświadomie), że wie, co to jest - nieznana w socjalizmie - lazania, ale na nowo otwartego MacDonalda patrzy z podejrzliwością i woli kupić w cukierni drożdżówkę (po poznańsku, skoro już tu wpadliśmy: sznekę z glancem). Mrożek na pewno miał rację, jednak bolesna różnica między emigrantem a emerytem polega na tym, że emigrant stopniowo się przyzwyczaja do nowego otoczenia, zdobywa nowe znajomości, emeryt zaś... Tak.
EMERYTOWI WSZYSTKO TRAGICZNIE SIĘ POGŁĘBIA. Nie da się z tym walczyć, trudno jest to polubić i trzeba się pogodzić, ale warto przy tym - i do tego namawiam - postarać się o rekompensatę. Wielu emerytów już dawno na to wpadło i oddaje się swoim prywatnym dziwactwom. To jest całkiem sensowna rekompensata. Bez reszty, bez przykrej świadomości, że traci czas na głupstwa zamiast pracować, albo się dokształcać, emeryt cały swój czas oddaje a to podróżom, a to wędkowaniu, a to znaczkom. Czyni to wreszcie z rozmysłem i satysfakcją. Dziką.
Kiedy miałem raz w tygodniu program radiowy, ostatnio telewizyjny, kiedy miałem w każdym miesiącu minimum trzydzieści występów, gdzież bym mógł sobie pozwolić na specjalny wyjazd do Poznania tylko po to, żeby pobiec 21 kilometrów i 97 metrów (po amerykańsku: 13 mil), czyli półmaraton? Jak bym mógł coś takiego zrobić rodzinie, współpracownikom, zleceniodawcom? To było absolutnie wykluczone. No, może od czasu do czasu udawało się wystartować, jeżeli bieg trafiał się akurat w mieście, w którym odbywała się jednocześnie praca, czyli trasa koncertowa, plan filmowy czy transmisja telewizyjna. Inaczej nie było mowy. A dziś - proszę bardzo.
RADOŚCI MOJEJ NIE PSUJE FAKT, ŻE SAM BIEG BYŁ DLA MNIE PODWÓJNIE PECHOWY. Po pierwsze, przekroczyłem granicę dwóch godzin (2:00,52. Kiedyś powiedziałem sobie, że jeżeli zdarzy mi się nie zmieścić w dwóch godzinach, to przestanę się wygłupiać - oczywiście słowa nie dotrzymam). Drugi pech to ten, że ominęło mnie podium. Na które zasłużyłem! Zająłem drugie miejsce w kategorii wiekowej 70-latków, ale organizatorzy na podium ustawili tylko tych od klasyfikacji generalnej (co za błąd! Jakie to niepropagandowe!), a w kategoriach wiekowych honorowali tylko zwycięzców. Więc się otarłem i o podium, i o granicę psychologiczną dwóch godzin. Coś jak - uznane ogólnie za szczyt pecha - czwarte miejsce na igrzyskach olimpijskich.
Drodzy koledzy emeryci na całym świecie! Jeżeli sami jeszcze nie wpadliście na pomysł, żeby wykorzystywać swój status emeryta na oddawanie się swoim najskrytszym, przez całe życie skrywanym pasjom - uczyńcie to jak najszybciej. Być może dotarły do was doniesienia z kraju o koledze emerycie Sławomirze Mrożku, który znów emigruje, przenosi się bowiem z Krakowa do Nicei. To nie znaczy, że postanowił się umartwiać, stając się emerytem podwójnym, raz jako emeryt, a dodatkowo jako emigrant. Nie, on po prostu lubi się przeprowadzać. I robi to, co lubi.
