Przegląd Polski
23 maja 2008
- W teatrze najważniejsza jest iluzja. - Z reżyserem Grzegorzem Jarzyną rozmawia Andrzej Józef Dąbrowski
- Anioł czasu zagłady. Irena Sendlerowa (1910-2008) - Anna Mieszkowska
- Refleksje po koncercie Kwartetu Tomasza Stańki w MoMA - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Irena Sendlerowa (1910-2008)
Anioł czasu zagłady

Wiosną 2001 roku Teleexpress pokazał migawkę z przyjazdu do Polski kilku amerykańskich uczennic, które napisały dziesięciominutową sztukę o Irenie Sendlerowej Życie w słoiku.
Pomyślałam sobie: ciekawa historia. I szybko o niej zapomniałam. Dwa lata później zaproponowano mi, abym opisała historię pani Ireny. Pomysłodawcami tego projektu byli Lili Pohlmann i jej mąż Peter Janson-Smith z Londynu.
Pani Lili powiedziała do mnie: "To niezwykła osoba, musisz ją poznać i napisać o niej książkę, ponieważ nikt do tej pory tego nie zrobił, chociaż odwiedzało ją wielu dziennikarzy, historyków". Nie czułam się na siłach podjąć takie wyzwanie. Zajmuję się dokumentacją teatralną, interesują mnie losy artystów emigracyjnych. To tak odległe tematy! Ale...
W GRUDNIU 2001 ROKU POZNAŁAM SIOSTRZEŃCA MARIANA HEMARA. Dziecko holokaustu, które poznało piekło życia w warszawskim getcie. Pan Stefan opowiedział mi swoją historię. Zwierzył się, że nie wie, komu tak naprawdę zawdzięcza ocalenie - zorganizowanie wyprowadzenia go pod płaszczem dorosłego mężczyzny, w którego za duże buty włożył swoje małe, bose stopy. Trzymał się paska jego spodni. I tak wyszli z getta, o świcie, z brygadą pracy. Przypomniałam sobie tę opowieść, gdy w pewne majowe popołudnie odwiedziłam Irenę Sendlerową po raz pierwszy. Przyszłam z zamiarem przeprowadzenia wywiadu, chciałam przeprosić panią Irenę i szczerze powiedzieć, że nie mam żadnego przygotowania do podejmowania tak poważnego zadania, jakim byłoby pisanie książki o jej działalności na rzecz ratowania dzieci żydowskich.
PANI IRENA PRZYJĘŁA MNIE SERDECZNIE. Promiennym uśmiechem. I już wiedziałam, że muszę napisać książkę. Zrozumiałam, że jest to mój moralny obowiązek.
Pracowałyśmy nad pierwszą wersją w trudnych warunkach. Upał kolejnych miesięcy powodował złe samopoczucie. Remont kilku pomieszczeń w domu ojców bonifratrów wyzwalał ból głowy u nas obu. Nie mogłyśmy się skupić. Rozmawiałyśmy o wszystkim, tylko nie o wojnie... W okresie trzech miesięcy spędzałam u pani Ireny wiele godzin. Po powrocie do domu siadałam i pisałam. Korzystałam z zapisków i notatek pani Ireny, która w 1987 roku postanowiła zanotować to, co pamiętała z dawnych lat, wcale nie z myślą o publikacji, ale dla wnuczki. Kilkuletnia Agnieszka, podczas wizyty ekipy telewizyjnej zapytała kiedyś: "Babciu, co ty takiego zrobiłaś, że będziesz sławna?".
Zawsze podkreślam, że Matka dzieci Holocaustu jest naszą wspólną książką, a nie moją historią Ireny Sendlerowej.
STAN ZDROWIA BOHATERKI NIE POZWALAŁ NA PRZYGOTOWANIE RELACJI z gatunku wywiadu-rzeki. Nie chciałam pisać fabuły. Dlaczego? Ponieważ żaden ludzki umysł nie wymyśliłby tego wszystkiego, co zdarzyło się naprawdę. A prawda o losach uratowanych przez Irenę Sendlerową dzieci jest tak dramatyczna, że wystarczy na kilkaset mrożących krew w żyłach opowieści. Każda historia uratowanego dziecka zasługuje na utrwalenie i odnotowanie w kronikach drugiej wojny światowej. Nie ma dwóch identycznych historii. Nawet uratowane rodzeństwa, które musiały być rozdzielone - dla własnego i innych bezpieczeństwa - mają zupełnie różne wspomnienia.
Pisanie czyjejś biografii jest grą w puzzle. To układanie kroniki życia na podstawie zachowanych dokumentów, listów, fotografii. Ale co zrobić, kiedy bohater naszej opowieści wyszedł pewnego dnia z domu i już nigdy do niego nie wrócił?
IRENA SENDLEROWA PO ARESZTOWANIU PRZEZ GESTAPO w październiku 1943 roku, po stu dniach spędzonych na Pawiaku, po cudownym ocaleniu przed rozstrzelaniem, po ukrywaniu się w wielu miejscach przez półtora roku, po wypędzeniu z płonącej Warszawy wraz tysiącami jej mieszkańców jesienią 1944 roku, po wyzwoleniu, które zastało ją na Okęciu w jednym z nielicznych niezburzonych domów - nie miała nic. Żadnych rodzinnych pamiątek, listów, fotografii. Później krewni podarowali jej kilka zdjęć rodziców. To wszystko.
Książka o Irenie Sendlerowej nie mogłaby powstać bez jej udziału. Ponieważ wszystko, o czym piszę, pochodzi z jej pamięci.
Po kilku miesiącach pracy nadszedł dla mnie moment najtrudniejszy. Autoryzacja tekstu.
Obie byłyśmy bardzo zdenerwowane. Nigdy w życiu nie czułam się tak dziwnie. Jak można spokojnie czytać Irenie Sendlerowej historię jej losów i losów uratowanych dzieci?
Po pierwszej autoryzacji dokonałam różnych zmian, poprawek i uzupełnień. Druga autoryzacja też była dużym dla nas obu przeżyciem. Na prośbę pani Ireny kilkoro uratowanych przez nią dzieci opisało swoje ocalenie. Od kilku osób nie mogłyśmy wyegzekwować obiecanych wspomnień. Okazało się, że najtrudniej jest pisać o sobie.
Ktoś mi powiedział: "Ależ ja chciałem o tym wszystkim zapomnieć! Po co teraz mam do tego wracać?".
PANI IRENA ROZUMIAŁA NAJLEPIEJ, CO TO ZNACZY MIEĆ TRAUMĘ. Cierpieć z powodu bólu pamięci. Mieć lęk przed wspomnieniami. Jej samej sceny z warszawskiego getta śniły się przez ponad sześćdziesiąt lat. Słyszała głosy konających na ulicach, ich błagalne szepty: "Chleba, chleba...". Widziała dramat kobiet, które powierzały jej swoje dzieci. Podkreślała, że żydowskie matki, które oddawały dzieci, były największymi bohaterkami tej wojny.
Zadawałam pani Irenie niewiele pytań. Inspiracją do naszych rozmów były nieraz przypadkowe zdarzenia. Pewnego razu zadzwonił dziennikarz z zagranicznej gazety. Bardzo prosił o wywiad. Pani Irena odmówiła. Wtedy on powiedział: "Pani Ireno, to dla świata! Aby świat wiedział, co pani zrobiła!". Pani Irena zdziwionym głosem odpowiedziała: "Dla świata? A czy świat mi pomagał, jak szłam ulicą i płakałam z bezsilności? Gdzie wtedy był świat, gdy ulicami płynęła krew milionów ludzi? Co świat zrobił, jak Jan Karski pojechał do Anglii i Ameryki zdać relację z tego, co zobaczył w warszawskim getcie, w obozach, do których go wprowadzono... Świat milczał! Nikt mu nie uwierzył, a mnie chcecie teraz wierzyć? Po tylu latach? Nie ma już świadków, którzy mogliby potwierdzić, że mówię prawdę".
PRZEGLĄDAJĄC STARE ROCZNIKI LONDYŃSKIEGO DZIENNIKA POLSKIEGO natrafiłam na informację, że w 1960 roku miała się odbyć w Londynie premiera dokumentalnego filmu The Warsaw Ghetto. Cenzura brytyjska wstrzymała wejście filmu na ekrany kin do czasu "usunięcia z niego drastycznych scen trupów na ulicach". Pani Irena, której tę notatkę prasową pokazałam, powiedziała: "Widzisz, dla Anglików to, co się działo w getcie, było ´niecenzuralneª. Dlaczego teraz mieliby wierzyć w to, co opowiadam?".
KOCHAŁA DZIECI, MŁODZIEŻ. Im nigdy nie odmawiała spotkania. Interesowała się współczesnym światem, niepokoiła znieczulicą, którą obserwowała w przekazach medialnych. Cierpiała, że świat nie wyciągnął żadnych wniosków z tragedii wojny. Zawsze powtarzała wszystkim, którzy ją odwiedzali, że "ludzi należy dzielić na dobrych i złych. Rasa, pochodzenie, religia, wykształcenie, majątek - nie mają żadnego znaczenia. Tylko to, jakim kto jest człowiekiem". I drugą prawdę zapamiętaną z dzieciństwa: "Każdemu, kto tonie, należy podać rękę!".
Na pytanie, jakie wartości w życiu człowieka powinny być najważniejsze, Irena Sendlerowa odpowiadała: "Miłość, tolerancja i pokora".
Miłość do każdego człowieka, tolerancja dla każdego człowieka. Pani Irena z taką samą pokorą, z jaką znosiła cierpienia i upokorzenia w czasie wojny, przyjmowała nagrody i wyróżnienia w ostatnich kilku latach.
Jaka była na co dzień? Promienna, serdeczna, otwarta. Poza licznym gronem przyjaciół, uratowanymi dziećmi i ich rodzinami, odwiedzali panią Irenę goście oficjalni: ministrowie, ambasadorzy, prezydenci. Ale najbardziej cieszyły ją odwiedziny ludzi z ulicy, którzy przeczytali książkę, obejrzeli film o niej, wysłuchali audycji w radiu. Dla wszystkich, mimo wielu dolegliwości wieku podeszłego, miała cierpliwość i ciekawość dla ich życia.
Śledziła wydarzenia w kraju i na świecie. Miała swoje polityczne sympatie i ogromny żal, że świat nie jest lepszy...
PO WYDANIU KSIĄŻKI W JĘZYKU NIEMIECKIM odwiedziło panią Irenę małżeństwo młodych Niemców. Przynieśli wspaniały prezent, kwiaty, chcieli podzielić się wrażeniami z lektury.
Młoda Niemka powiedziała: "Pani Ireno, to, co pani robiła, było bardzo niebezpieczne!". "Pani się myli - odpowiedziała spokojnie pani Irena. - Wtedy niebezpieczne było samo wyjście na ulicę".
Kiedy zapytano panią Irenę, czy z takim samym poświęceniem ratowałaby dzieci niemieckie, powiedziała: "Oczywiście!".
Czy ratowała dzieci żydowskie z pobudek religijnych? - pytano. "Nie, z potrzeby serca - mówiła skromnie. - Nie umiałabym przeżyć wojny inaczej" - dodawała.
30 czerwca 2007 roku w Hohenroth (Bawaria) pierwsza szkoła na świecie otrzymała imię Ireny Sendlerowej.
MATKA DZIECI HOLOKAUSTU odeszła w poniedziałek 12 maja o godzinie 8:40. Dwie godziny później w Gimnazjum nr 23 na warszawskiej Pradze odbyła się uroczystość nadania tej szkole imienia Ireny Sendlerowej.
Media w wielu krajach podały tę smutną wiadomość. Pisały o niej wszystkie ważniejsze gazety. Polskie Radio i Telewizja Polska nadały specjalne audycje. 15 maja o godzinie 12:00 w wielu polskich szkołach młodzież uczciła minutą ciszy tę, której autorytet przemawiał do nich najmocniej.
W kwietniu 1944 roku 34-letnia kobieta nie mogła być na pogrzebie swojej matki. Szukało jej gestapo, które przyszło na pogrzeb na Powązkach. Życzeniem pani Ireny było, aby pochować ją w grobie matki, Janiny Krzyżanowskiej.
W założeniu skromna, prywatna uroczystość pożegnania Ireny Sendlerowej stała się manifestacją dobroci, miłości i pojednania. Ponad tysiąc osób, kilku narodowości i różnych wyznań, żegnało cichą bohaterkę świata. "Niebo się cieszy, ziemia płacze" - powiedział ktoś...
Po obu stronach alei cmentarnej prowadzącej do rodzinnego grobu stały dzieci: polskie, żydowskie i niemieckie. W dłoniach trzymały żółte tulipany, jej ulubione kwiaty. A w imieniu uratowanych pożenał Irenę Sendlerową profesro Michał Głowiński.
Trzeba było wielkiego serca Pani Ireny, aby świat zrozumiał.
Czy zrozumiał?
