Przegląd Polski
23 maja 2008
- W teatrze najważniejsza jest iluzja. - Z reżyserem Grzegorzem Jarzyną rozmawia Andrzej Józef Dąbrowski
- Anioł czasu zagłady. Irena Sendlerowa (1910-2008) - Anna Mieszkowska
- Refleksje po koncercie Kwartetu Tomasza Stańki w MoMA - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Refleksje po koncercie w MoMA

Tomasza Stańkę z towarzyszącymi mu muzykami - saksofonistą Billym Harperem oraz Triem Marcina Wasilewskiego usłyszeliśmy w poniedziałek w Museum of Modern Art, w ramach programów Jazz Score (16 IV-15 IX 2008).
To szeroko zakrojona prezentacja, której celem jest przedstawienie jazzowych utworów skomponowanych do filmów powstałych począwszy od wczesnych lat 50. XX wieku.
Stańko od wielu lat związany jest ściśle z muzyką Krzysztofa Komedy i to jego kompozycjom poświęcił omawiany koncert, na który złożyły się fragmenty z tak znanych filmów Romana Polańskiego, jak Dwaj ludzie z szafą, Nóż w wodzie i Rosemary's Baby.
Trwający półtorej godziny program przyjęty został entuzjastycznie przez polską i amerykańską publiczność, która szczelnie wypełniła kilkaset miejsc audytorium Roy and Niuta Titus Theater; wiele osób odeszło od kasy bez biletu.
Tomasz Stańko tym razem pojawił się na estradzie bez tradycyjnej czapeczki, ale za to przyodziany w elegancki garnitur, podobnie jak rewelacyjny czarnoskóry saksofonista Billy Harper; młodsze pokolenie, czyli Trio Marcina Wasilewskiego (Marcin Wasilewski - fortepian, Sławomir Kurkiewicz - kontrabas, i Michał Miśkiewicz - perkusja) wystąpiło w mniej formalnych ubiorach. Niezwykły był kontrabas Kurkiewicza, specjalnie skonstruowany dla niego przez jednego z nowojorskich lutników. Instrument w górnej połowie nie różni się wyglądem od tradycyjnego, "akustycznego", natomiast jego dolna połowa jest znacznie zredukowana: przypomina nieco gruszkę. Pan Kurkiewicz rozwiał moje wątpliwości zaznaczając, że długość strun nie została zmieniona.
Niecodziennie wyglądająca trąbka Tomasza Stańki zaopatrzona została w specjalny mikrofon i nadajnik, co było w tej sali niezbędne (inne instrumenty były również nagłośnione).
Czy znająca się doskonale od blisko 15 lat grupa Stańki musiała poświęcić dużo czasu, aby zaznajomić się ze stylem Billy'ego Harpera? Przychodziło mi to pytanie na myśl, kiedy słyszałem symbiotyczne wprost zgranie, jednakowe myślenie, jednakowe oddychanie trębacza i saksofonisty. Okazało się, że kilkunastominutowa próba ograniczyła się do zaznajomienia się z początkiem i zakończeniem kompozycji. Reszta jest intuicją, wzajemnym wyczuciem i zrozumieniem wielkich muzyków jazzowych.
Do jakiego stopnia muzyka jazzowa jest formą muzyki kameralnej? To pytanie zadałem sobie obserwując muzyków Tria Wasilewskiego, wsłuchanych w solówki, tradycyjnie zresztą nagradzane oklaskami publiczności. W takich momentach - szczególnie w solówkach kontrabasu albo delikatnie brzmiącego pod palcami Wasilewskiego fortepianu - jego koledzy "zamieniali się w słuch". Tak więc typowe dla jazzu koleżeństwo i spontaniczność oparta jest najbardziej na wzajemnym respekcie. Jakże miło być tego świadkiem. Mówiąc o fortepianie: Wasilewski, mniej demonstracyjny i "fizyczny" od Leszka Możdżera, nie jest w stanie się oprzeć instynktowi akompaniowania sobie rytmicznie tupiąc nogami, na szczęście niezbyt głośno. Jego balladowe fragmenty niemal zahaczały o romantyczny repertuar fortepianowy. Stańko podczas solówek swoich partnerów czasami przykucał na podłodze, czasami nawet w ogóle usuwał się ze sceny.
Tomasz Stańko swoją trąbką opowiada. Momentami miałem wrażenie - nie zapominajmy, że były to kompozycje autora muzyki filmowej, choć jak każdy muzyk jazzowy Stańko używał ich jedynie jako inspiracji do własnych wzlotów wyobraźni - że jest to podniecona rozmowa albo nawet częściej strzępy rozmowy kilku charakterów. Czasami jego instrument "chrypi", czasami śpiewa. Muzyk kiedyś podkreślał, że wyraźna melodia jest trochę obosiecznym mieczem: muzyczne frazy po pewnym czasie mogą się znudzić, zatracają siłę wyrazu i podniecenia, odrzucają raczej, niż przyciągają... Nie do końca przekonuje mnie ta filozofia, ale w przypadku naszego trębacza jest to konsekwentne podejście do komponowania i do dzielenia się ze swoimi słuchaczami bogatą wyobraźnią. Swoją trąbką Stańko również maluje i jest to w moim odczuciu przykład malarstwa abstrakcyjnego: mruczenie w niskim rejestrze i gwałtowne, wrzaskliwe skoki do najwyższego wywołują obraz jakiejś ostrej plamy, kontrastującego z tłem koloru. Nie bez powodu polski trębacz uważany jest w tzw. rankingach jazzowych za jednego z pierwszej szóstki wśród mistrzów trąbki.
Zafascynował mnie Billy Harper: swoją wirtuozerią, kontrolą oddechu i wokalnego frazowania. Cieszyło mnie, że on się znalazł obok pana Tomasza i tak dobrze z nim i jego muzykami współgrał. Podziwiam u muzyków jazzowych ich umiejętność zachowania własnej indywidualności i jednocześnie natychmiastowe dopasowanie się do wizji lidera. I jak uprzednio wspomniałem: te melancholijne, balladowe frazy grane z trudnym do zrozumienia wyczuciem i intuicją, jakimś szóstym zmysłem...
Co mi pozostanie najbardziej w pamięci? Z jednej strony melancholia zagranej na bis kołysanki Krzysztofa Komedy Sleep Safe and Warm ze słynnego filmu Polańskiego Rosemary's Baby. Z drugiej strony obserwowanie narastającej muzycznej ekscytacji i napięcia w zamykającej program kompozycji Kattorna, podczas której dał się odczuć jakiś pierwotny, zniewalający beat i dynamika: zarazem obserwowanie reakcji widocznego transu publiczności, która bezwiednie chyba poddała się tej muzyce.
Tomaszowi Stańce, Billy'emu Harperowi i muzykom Tria Wasilewskiego należą się jeszcze jedne brawa (pierwsze to była owacja na stojąco!) za dostarczenie publiczności wielkich wrażeń. Ach, ta globalizacja: któżby przypuszczał, że polscy muzycy będą kiedyś poważani w Ameryce jako równi lokalnym mistrzom jazzu...
Uważam za warte specjalnego podkreślenia, że ten koncert odbył się dzięki inicjatywie i wydatnej pomocy Polskiego Instytutu Kulturalnego w Nowym Jorku: ta prężna na naszym nowojorskim (i nie tylko) gruncie instytucja, kierowana przez Monikę Fabijańską, prowadzi cenną działalność plasowania naszej kultury (przez duże K) na amerykańskiej mapie.

