Przegląd Polski
30 maja 2008
- RWE na szlakach pisarzy- Lechosław Gawlikowski
- Dlaczego warto grać w teatrze. - Z Zygmuntem Malanowiczem rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Dlaczego warto grać w teatrze
Z Zygmuntem Malanowiczem rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
Zygmunt Malanowicz był na czwartym roku studiów aktorskich, gdy Roman Polański zaproponował mu jedną z głównych ról w Nożu w wodzie
Kiedy oglądałam debiuty młodych reżyserów przysłane na nowojorski festiwal polskich filmów, czasem chciałam powiedzieć tym młodym ludziom: zobaczcie Nóż w wodzie Romana Polańskiego z 1962 roku! To był debiut, jakich mało w historii kina.
Prosta historia, a tyle w niej prawdy o życiu i ludziach. Dramat psychologiczny, w którym pada mało słów, nie ma dekoracji, bo wszystko dzieje się na żaglówce, gdzieś na Mazurach, żadnych efektów specjalnych. Między trzema osobami toczy się niebezpieczna gra lęku, zazdrości, pożądania, współzawodnictwa, dominacji, ambicji. Właściwie cały dramat rozgrywa się między mężczyznami. Walczą o kobietę, ale nie tylko. Różni i dzieli ich wszystko: status społeczny, wiek, doświadczenie. Trójka aktorów - Jolanta Umecka, Leon Niemczyk i Zygmunt Malanowicz (Młody) - zagrała w filmie, który wszedł do skarbca światowej kultury. Po latach wciąż z zainteresowaniem ogląda się ten wspaniały psychologiczny thriller, który przyniósł Polańskiemu pierwszą nominację do Oscara, światową sławę i możliwość zrobienia takich m.in. filmów, jak Chinatown i Rosemary's Baby.
Miałam okazję rozmawiać z Zygmuntem Malanowiczem, kiedy jesienią ub. roku był w Nowym Jorku z TR Warszawa (Teatr Rozmaitości), z którym od lat jest związany. W Brooklyn Academy of Music grali Kruma Hancha Levina w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Choć byłam pod wrażeniem spektaklu Warlikowskiego, postanowiłam wrócić w rozmowie także do początku lat 60. ub. wieku, kiedy zagrał w Nożu w wodzie.
Siła Pańskiego aktorstwa tkwi, moim zdaniem, w naturalności. Tak jakby wcale Pan nie grał, tylko po prostu był na scenie lub ekranie. Czy to specjalna technika?
Ten zawód uprawiam już od dawna i jest rzeczą naturalną, że to musi być rzemiosło. Nie sądzę, żeby to była tylko technika. Technika to jest dobrze ustawiony głos, artykulacja, ruch, opanowanie ciała. Kiedy te wszystkie techniczne elementy są opanowane, są w człowieku i współgrają ze sobą, już się o nich nie myśli. Trzeba wtedy myśleć o czymś innym.
O czym?
Trzeba myśleć. Po prostu myśleć. Bo wszystko jest oparte na stosunkach między ludźmi. Powiem w sposób najbardziej prymitywny: jak się gra rolę, trzeba ustalić, jaki się ma stosunek do poszczególnych ludzi wokół. W spektaklu, w sztuce jest sporo osób; jednego się lubi, innego nie, w stosunku do kogoś można być cynicznym, a w stosunku do kogoś innego szalenie szczerym. Ważne są te stosunki i to, żeby o nich wiedzieć.
Aktor może wytworzyć niebywały klimat, stworzyć niezapomnianą kreację albo nie. To sprawa talentu, za którą was, aktorów, kochamy, chcemy oglądać w teatrze i na ekranie.
A my bardzo kochamy utalentowanych reżyserów (bo nieutalentowanych nie za bardzo)...
Pan pracował z najlepszymi: z Wajdą, Polańskim, Lupą, Jarzyną i Warlikowskim.
Tak, miałem przyjemność i szczęście pracować z reżyserami wybitnymi.
A zaczęło się od "Noża w wodzie". Zagrał Pan w filmie, który na świecie jest chyba najbardziej znanym polskim filmem. Muszę zadać pytanie, na które już pewnie odpowiadał Pan setki razy: jak do tego doszło i jak ta rola wpłynęła na Pana dalszą karierę?
Rzeczywiście, to pytanie wielokrotnie mi zadawano. Zdałem wtedy na czwarty, dyplomowy rok wydziału aktorskiego. Wydaje mi się, że Romek sam chciał zagrać Młodego i dlatego tak długo szukał kogoś, kto mógł odpowiadać jego wyobrażeniom o tej postaci. Zaproponowano mi zdjęcia próbne, które miały wówczas zupełnie inny charakter niż teraz. W ogóle wszystko miało inny charakter... Bardziej twórczy, bardziej poważny. Tak, jakbyśmy już robili kino, jakby te ujęcia miały wejść do filmu. Poprosiłem o kilka dodatkowych dubli, a po zdjęciach Romek powiedział mi, że spotkamy się na planie. I koniec. Nie było czegoś takiego jak "to do pana zadzwonimy". To było poważne.
"Nóż w wodzie" otworzył Polańskiemu świat, a jak wpłynął na Pańską karierę?
Wtedy wcale się tak bardzo nie przywiązałem do tego filmu. Mieliśmy potem z Romkiem jakieś plany, ale to było w sferze pomysłu, w który trudno było nawet uwierzyć... Ja nie miałem wówczas żadnej szansy na wyjazd. Zostałem. Po wyjeździe Polańskiego z Polski, po sukcesie Noża w wodzie na świecie, nie grałem przez 7 lat w żadnym filmie. Nie był to jawny zakaz angażowania mnie, ale taki "cichy". Reżyserzy bali się, zwłaszcza ci, którzy niewiele mieli do powiedzenia. Ale miałem teatr, czyli dobry trening, więc nie były to lata zmarnowane. Jednak kilka dobrych ról, które mógłbym zagrać, umknęło mi w tamtych latach.
Potem zagrał Pan w "Polowaniu na muchy" (1969) i w "Krajobrazie po bitwie" Wajdy, w "Hubalu" Bohdana Poręby...
Hubal nie był filmem z lubianego przeze mnie gatunku. Wolę kino psychologiczne, nie wspomnienie o wojnie, ale Hubal odniósł ogromny sukces, bo był to film, na który ludzie czekali.
Jeszcze był "Trąd" Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego.
Scenariusz Trądu był oparty na głośnej historii kryminalnej, jaka zdarzyła się we Wrocławiu, ale cenzura położyła łapę na ten film, chociaż i tak przeznaczony był do wąskiego rozpowszechniania.
Oglądaliśmy Pana na festiwalu polskich filmów w Nowym Jorku w 2006 roku w filmie "Tulipany" Jacka Borcucha. Współczesny, świetnie zrobiony - przez debiutanta.
No tak, ten chłopak po prostu myśli. Wszyscy wymyślają jakieś wydumane historyjki, a on zrobił film o przyjaźni ludzi, która długo trwa i jest wartością.
Jak układa się Panu współpraca z reżyserami? Jakie ich cechy ceni Pan najbardziej?
Bywali reżyserzy, którzy wszystko wiedzieli najlepiej i tylko wymagali i egzekwowali. Z takimi nigdy nie miałem porozumienia, bo to jest wykluczone. Albo reżyser jest partnerem, albo go w ogóle nie ma. Jeżeli nie można się porozumieć, to lepiej nie pracować razem. Ale akurat wielu z tych, z którymi pracowałem, było partnerami.
Krystian Lupa jest chyba wyjątkowo wymagający...
Wszyscy są bardzo wymagający. Nie mówią nigdy: "Ach, to się zrobi potem montażem, to mamy w jednym palcu". Jeśli jest silne partnerstwo i można się porozumieć, zaczyna się rozmowa, twórczy proces. Tak pracują ci najlepsi, u których miałem szczęście grać. Wtedy są jakieś efekty.
Pracuje Pan teraz w TR Warszawa, uważanym za jeden z najlepszych w Polsce i odnoszącym ogromne sukcesy na świecie. Czy praca w takim teatrze jak teatr Warlikowskiego jest dla aktora ciekawsza niż w filmie?
W tej chwili na pewno ciekawiej pracuje się w teatrze, dlatego że o "coś" w nim chodzi, o czymś ważnym się mówi. A film w tej wolności po 1989 r. jeszcze się nie odnalazł. Ludzie nie wiedzą, o czym robić filmy...
???
Kiedyś, jak się robiło filmy, był przeciwnik, z którym trzeba się było zmierzyć, walczyć, rozmawiać, coś przemycić, co dodawało kolorów filmowi. A kto teraz może być przeciwnikiem twórcy? Własne sumienie? Naprawdę trudno dzisiaj być filmowcem. Ja najchętniej robiłbym same thrillery (uśmiech), bo thriller nie zadaje żadnych pytań, nie ma żadnych logicznych sytuacji, które by wynikały jedna z drugiej.
W TR Warszawa jestem najstarszy, ale ci młodzi ludzie wchodzą już w wiek średni. Są bardzo utalentowani i świetnie nam się razem pracuje. Nie jest tak, że przyszedł facet o pokolenie starszy i mówi młodzieży, co ma robić, albo odwrotnie. Jest pełne zrozumienie i porozumienie.
Jaka jest dziś sytuacja zawodu aktora? Przed upadkiem komuny aktorzy, reżyserzy byli w Polsce elitą. Czy to się zmieniło?
Zmieniło się chyba na gorsze. Każdy aktor może być "gwiazdą", bo telewizja jest strasznie agresywna. Wystarczy wystąpić w serialu i już się jest "gwiazdą". Nawet nie ma znaczenia, o czym są te seriale...
Jeśli porównać seriale dzisiaj produkowane z serialami z czasów tzw. komunizmu, którego przecież nigdy tak naprawdę w Polsce nie było, te ówczesne należy uznać za wybitne. A teraz, powiem może nieelegancko, jest to "czas tandety dobrze opłacanej". Nas wtedy oszukiwano, ale filmy robiliśmy wybitne. I taka jest prawda.
Dziś produkuje się tandetę. Chwała Bogu, że ludzie z młodego pokolenia mogą teraz pracować w swoim zawodzie i nieźle zarabiać, ale miałkość prezentowana w tych serialach jest przerażająca. Chodzi się od drzwi do drzwi, od herbaty do herbaty, od stołu do stołu. I o niczym się nie mówi.
To ja pytam, jak taka młoda aktorka czy młody aktor ma zagrać np. w sztukach Czechowa?
Albo u Krystiana Lupy.
Lupa by chyba nie zdzierżył, gdyby miał się zderzyć z takimi aktorami. Ja oceniam nie tyle ich, ale sytuację, w jakiej się znaleźli.
TR Warszawa może dlatego jest tak dobrze przyjmowany na całym świecie, że prezentuje wartości uniwersalne. Widziałam zachwyconą spektaklem nowojorską publiczność, a jak jest w innych krajach? Graliście we Francji, graliście "Dybuka" w Brazylii.
Zadziwiające było przyjęcie Dybuka w Brazylii, bo publiczność polska w ogóle nie rozumie tego przedstawienia, a publiczność w Buenos Aires odebrała je fantastycznie - jak w żadnym innym kraju. Piekielnie inteligentna była tam publiczność...
A we Francji?
Francja jest szalenie zafascynowana teatrem Lupy, zresztą Warlikowskiego również. 2-3 lata temu graliśmy dość długo Dybuka w teatrze Petera Brooka; sala była zawsze pełna po brzegi.
Czy - poza ciężką pracą i talentem współtwórców spektakli - jest jakaś tajemnica sukcesów TR, którą może Pan zdradzić?
Tajemnica jest w samym zawodzie... Wymazywanie Lupy graliśmy w paryskim Odeonie. To było nadzwyczajne przeżycie i dla zespołu, i dla widzów. Publiczność z nami współpracuje, to jest zasługą tych spektakli, my, aktorzy, jesteśmy najważniejszym rysunkiem, ale o "zwycięstwie" decyduje styl.
Jarzyna i Warlikowski są uczniami Krystiana Lupy. Mają świetnie wypracowany indywidualny warsztat i styl reżyserski. Poza tym Warlikowski studiował filozofię. Jego przedstawienia nie mają charakteru filozoficznego, ale mają wymiar, powiedziałbym, bardziej "ludzki". Staramy się nie prowadzić dialogu, za najważniejsze uważamy rozmowę. Łatwo jest grać postać, ale rozmawiać - szalenie trudno... Jak ludzie nie umieją rozmawiać ze sobą, wkrada się sztuczność. A Krzysiek Warlikowski jest bardzo na to wyczulony. Podobnego doświadczenia rozmowy właśnie nie przeżyłem wcześniej w mojej aktorskiej karierze. I ono nadaje sens, przekonuje, że warto grać w teatrze.
