Przegląd Polski
6 czerwca 2008
- Polonijne plakaty - Peter J. Obst
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

Na bazarku moje ulubione szparagi. Tanie, bo z Florydy. Gdy pojawią się polskie, będą trzy razy droższe. Podobnie młode kartofle - z Maroka. Tanie jak barszcz, choć nie ustępują smakiem polskim. Zresztą nikt nie kupuje polskich, bo zapłaciłby cztery razy tyle. Biura podróży zaczynają się specjalizować w weekendowych podróżach do USA - na zakupy po wszystko. Kalkuluje się. W USA wielka wyprzedaż - u nas drożyzna. Koniec świata!
Pamiętam czas, kiedy powitałam syna wracającego z Ameryki. Przelękłam się: jedna ręka na temblaku, opuchnięta jak balon, druga kurczowo trzymała komputer. Prosto na pogotowie - i gips. Odetchnął. Ale z drugiej ręki nie wypuszczał komputera. Potem nastąpił w Polsce okres elektronicznego prosperity. Nikt nie przywoził komputerów zza oceanu. Teraz wracamy do punktu wyjścia. Wszystko na Zachodzie jest tańsze.
ŁOSIE BARDZO CZĘSTO CHODZĄ PO WARSZAWIE. Po tej chaotycznie naszpikowanej wieżowcami Warszawie. Nic im nie przeszkadza, ruch uliczny, ludzie, auta. Ostatnio zapuścił się w miasto olbrzym-łoś. Niestety, zamiast jak zawsze uśpić go i przetransportować do rodzimych bagien w Puszczy Kampinoskiej, z niewiadomych przyczyn - ku powszechnemu oburzeniu - został zastrzelony. W ogóle zwierzęta zwykle stroniące od osad ludzkich, od ludzkiego zapachu i ludzkiego harmideru nagle upodobały sobie dziko i burzliwie rozbudowującą się Warszawę. Po Wisłostradzie, najbardziej zapchanej arterii w mieście, biegał bóbr, zręcznie żonglując wśród tirów i ciężkich pojazdów. Widok dzikiej kaczki prowadzącej swoje małe chodnikiem w samym centrum miasta nie budzi już niczyjego zdziwienia. Zjawisko niemożliwe w Krakowie czy w Poznaniu. Widocznie Warszawa, jako miasto, jeszcze porządnie nie okrzepła. Wieżowce na sto pięter niczego tu nie zmienią. Stolica jest terenem wiejskim...
JAK SIĘ OKAZUJE, ANI MARCIN KRÓL, ANI ANTONI LIBERA nie zdaliby tegorocznej matury z polskiego. Marcin Król jest znanym profesorem uniwersyteckim, historykiem idei; Antoni Libera - polonistą i pisarzem (autor rozchwytywanej powieści Madame). Obaj się przymierzyli. Król poległ z kretesem, chociaż napisał świetny esej na zadany temat, a Libera ledwie się przeczołgał, z zaznaczeniem, że nie mógłby zdawać na polonistykę.
Dzieje się tak dlatego, że reformatorzy polskiej szkoły wybrali nowoczesny model amerykański, któremu zawdzięczamy tryumf testów i egzaminów praktycznych nad bardziej tradycyjnymi metodami przyswajania nauki. Wedle tego modelu szkoła nie powinna wciskać wiedzy o duchowych czy intelektualnych osiągnięciach ludzkiego gatunku, tylko nauczyć młodą jednostkę reagowania na otaczający świat. W sposób najszybszy i najprostszy. Bo szybkość reakcji to warunek życiowego sukcesu. Jeżeli zaczniesz za dużo myśleć, już po tobie. Klucz jest w tym modelu wychowawczym nie do zastąpienia. Klucz składa się z kilku wykutych zdań. Indywidualność zaś - niebezpiecznym odchyleniem od normy. Nauczyłeś się klucza - zdałeś. Jeżeli nie - przepadłeś.
Lektury obowiązkowe - sprowadzone do minimum. Pięć, sześć książek. Gazety publikowały pełne pretensji zdjęcia maturzystów nad pustymi arkuszami swoich prac: nic nie wiedzieli o Kamieniach na szaniec Aleksandra Kamińskiego i o Syzyfowych pracach Stefana Żeromskiego. Pozycje te były naturalnie w lekturach obowiązkowych, ale "pani nie omawiała". Nie znając tych pozycji, nie mogli zastosować magicznego klucza. Czują się wielce poszkodowani, żądają cofnięcia ocen niedostatecznych. Ludzie nie bardzo wiedzą, czy im współczuć, czy potępiać. Wszak mieliśmy do niedawna ministra oświaty, który lekturom się nie kłaniał. Był krótko, ale osad pozostał.
NIE WYGASŁA SPRAWA PORWANIA I ZAMORDOWANIA KRZYSZTOFA OLEWNIKA, świadcząca o takiej nieudolności organów ścigania, że aż trudno wierzyć, iż nie była to robota świadoma, a teraz w małym miasteczku pod Wiedniem zdarzył się rodzinny horror, ciągnący się od dwudziestu czterech lat - odkryty przez policję właściwie przypadkowo. Nikt przez lata nie zwrócił uwagi na maszyny budowlane, betoniarki na podwórzu domu, pod którym ojciec budował schron, żeby w nim więzić i gwałcić córkę.
Więc jak to jest z tą wykrywalnością? Czy zawodowe organa winne, czy jakaś potworna ludzka opieszałość, znieczulica, jakieś diabelskie podszepty, żeby się, broń Boże, w nic nie wikłać?
DOSKONAŁY REPORTER I ZNAWCA SZTUKI WŁODZIMIERZ KALICKI, który (nawiasem mówiąc) przed laty był moim stażystą, opisał historię obrazu pędzla Pietera de Grebbera ze szkoły holenderskiej. Obraz namalowany na desce jest zatytułowany Portret czytającego mężczyzny. Streszczając sprawę: przed wojną był własnością znakomitego polskiego antykwariusza Abe Gutnajera. W czasie okupacji Gutnajer wraz z liczną rodziną, majątkiem ruchomym, klejnotami i złotem znalazł się getcie.
Zdarzyło się, że znany profesor ortopeda z Poznania (dziś miasto to ma szpital i ulicę jego imienia) Franciszek Raszeja uciekł przed niemieckimi represjami do Warszawy i ordynował w warszawskim szpitalu Czerwonego Krzyża. Nocą chodził operować do getta. W swoim szpitalu stawiał się co ranka z poznańską punktualnością. Pewnego dnia jednak nie przyszedł. Gruchnęła wieść, że zginął.
Niedawno Portret czytającego mężczyzny znalazł się na licytacji w londyńskim Domu Aukcyjnym Christie's. Zgłaszał go właściciel - Łotysz. Po nitce do kłębka rzecz się rozplątała. Profesor Raszeja w ową noc poszedł do getta wraz z asystentem operować Gutnajera. Gdy pacjent był pod narkozą, do mieszkania wpadli Niemcy z Łotyszami i wszystkich wymordowali. Prawdopodobnie Niemcy zagarnęli złoto i klejnoty, zostawiając obraz, który zabrał Łotysz. (Łotyszów kręcących się wokół getta doskonale pamiętam, używani byli do najbrudniejszej roboty, ubrani w bure, barchanowe niby mundury).
Do tej historii los dopisał moją prywatną, a właściwie mojej matki - glosę. W czasie opisanych tu wypadków mama była pacjentką szpitala Czerwonego Krzyża. Przechadzając się po korytarzu, zauważyła chorego na wózku, którego wszyscy tu znali, bo był to sławny jasnowidz, inżynier Stefan Ossowiecki. Nie obnosił się ze swoim darem; umysł ścisły, pracował z powodzeniem w swoim zawodzie. Powracam do szpitala: nagle - matka widzi - inż. Ossowiecki gwałtownym ruchem prosi wiozącą go pielęgniarkę, żeby zbliżyła go do profesora Raszei, który szedł na obchód ze swoją świtą. Gdy profesor był już blisko, Ossowiecki podniósł głowę i niemal krzyknął: "Panie profesorze, proszę dziś w nocy tam nie iść. Proszę na siebie uważać, nigdzie nie wychodzić!". Raszeja poklepał go z pobłażaniem po ramieniu. Gdy nazajutrz gruchnęła wieść, że profesor zginął, cały szpital, chorzy i personel oblegli Ossowieckiego: skąd wiedział?! Ossowiecki wzruszył ramionami.
Inżynier Stefan Ossowiecki zginął zamordowany przez gestapo w sierpniu 1944 roku. Odwiedzając Powązki, mijam jego grób. Nie wiem, symboliczny czy prawdziwy. Takie są nasze losy, że i grobów nie możemy być pewni.
ZDARZA SIĘ, ŻE WIECZORAMI SŁUCHAM LOKALNEGO RADIA JÓZEF. Łagodny ton koresponduje z kładzeniem się do snu. Audycja o uzależnieniach, o dochodzeniu do wiary, o wątpliwościach religijnych, przeplatana głosami słuchaczy i niezłą muzyką różnych kultur, na przykład żydowską. Zorientowałam się, że jednym z prowadzących jest niewidomy chłopak. I co charakterystyczne: intencje modlitewne, jakie podają słuchacze, dotyczą głównie "chorych onkologicznie". Słowo "rak", a nawet "nowotwór" - wykreślone. Umieramy na choroby onkologiczne. Mniej strasznie.
W GRANICZNYM ZGORZELCU 40% UCZNIÓW starszych klas przekracza Odrę, żeby w niemieckim Goerlitz oddać krew - za pieniądze. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby przestrzegali odstępów czasowych. Nie robią tego. Są tacy, którzy chodzą co tydzień. Niektórzy potem mdleją. Ten przykład świadczy nie tylko o tym, że Niemcy lepiej płacą, ale i o trosce o nasze dzieci, o której tyle się mówi.

