Przegląd Polski
13 czerwca 2008
- Na rozdrożu. Historia i przyszłość Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku- Piotr Wandycz
- Kultura polska jest przebogata - Z profesorem Robertem Rothsteinem zrozmawia Małgorzata Markoff
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kultura polska jest przebogat
Z profesorem Robertem Rothsteinem z University of Massachusetts w Amherst rozmawia Małgorzata Markoff

Czy język polski jest trudny dla cudzoziemców?
Tak, niestety. Na naszej uczelni jest dość duże zainteresowanie językiem polskim. Na pierwszy semestr zapisuje się około 25 osób, a potem się okazuje, że trzeba się uczyć gramatyki, słówek...
Czy tymi zajęciami zainteresowani są Amerykanie, czy Amerykanie polskiego pochodzenia?
Przeważnie są to studenci polskiego pochodzenia, ale nie zawsze. Raz miałem Wietnamczyka, którego dziewczyna była Polką.
Dlaczego studenci amerykańscy z polskimi korzeniami chcą się uczyć polskiego?
To jest zazwyczaj trzecie pokolenie imigrantów. Imigrantami byli ich dziadkowie; pierwsze pokolenie urodzone w Stanach Zjednoczonych chce być Amerykanami, a dopiero ich dzieci czują, że czegoś im brak. Naukę języka traktują raczej jako hobby, ale np. studenci rusycystyki często jako drugi język wybierają polski. Ja też tak zaczynałem swoją karierę.
Był Pan studentem Noama Chomskiego w Massachusetts Institute of Technology, studiował Pan językoznawstwo i matematykę. Skąd się wzięło zainteresowanie językiem polskim?
Najpierw był język rosyjski. Jako student matematyki uznałem, że rosyjski może być przydatny. Nie wiedziałem wtedy nic o polskich logikach: Alfredzie Tarskim, Janie Łukasiewiczu, ale słyszałem o matematykach rosyjskich. Postanowiłem zrobić doktorat z lingwistyki, ale w MIT nie było odpowiedniego programu. Jeden z moich profesorów, Morris Halle, poradził mi slawistykę na Harvardzie. Tam głównym językiem był rosyjski, ale wszyscy doktoranci musieli znać dwa dodatkowe języki słowiańskie. Nie chodziło o płynne opanowanie tych języków, ale o ich znajomość filologiczną. Zainteresowałem się polskim i pojechałem do Polski, do Krakowa, w 1963 roku.
Czy ma Pan jakieś polskie korzenie?
Jedna z babć urodziła się w Koninie, ale moi rodzice znali już tylko angielski. Opisuję ich jako agressively monolingual. To jest typowe dla pierwszego pokolenia urodzonego tutaj, myślę, że nawet ich rodzice nie chcieli, by znali inne języki.
Dlaczego zdecydował się Pan wyjść poza językoznawstwo, pisząc o polskiej historii, literaturze i kulturze?
Ciekawi mnie wiele rzeczy. Jeden z moich pierwszych artykułów naukowych poświęcony był kulturze języka w latach 20. ub. wieku w Polsce, Czechosłowacji i ZSRR. W Polsce pojawiły się wówczas problemy wynikające z istnienia trzech rozbiorów; niektórych krytykowano za używanie germanizmów, innych za używanie rusycyzmów. Sporo pisałem też o związkach między muzyką żydowską i słowiańską, w tym polską.
W epoce globalizacji - internetu, e-maili, esemesów - jak Pan widzi przyszłość języka polskiego, do którego na stałe weszło wiele słów angielskich?
Już na pierwszych zajęciach dla początkujących mówię im, że to nie jest łatwy język. Ale tłumaczę im także, że tylko przez język można mieć prawdziwy dostęp do kultury, a kultura polska jest przebogata, więc warto się trudzić. Nawet w wieku globalizacji i masowych wpływów angielszczyzny. Wiele osób piszących e-maile po polsku nie używa znaków diakrytycznych, które nie są potrzebne do zrozumienia treści, ale ja ich używam. Nie jestem prorokiem, nie mam pojęcia, jak będzie się pisać po polsku za 50 lat.
Pisał Pan również artykuły o wzajemnym przenikaniu się języka polskiego i jidysz. Czy nadal są jakieś ślady jidysz w polskim? W angielskim jest ich bardzo wiele. A może czasami nie zdajemy sobie sprawy z pochodzenia danego wyrazu?
Przytoczę ciekawy przykład: korespondent New Yorkera Lawrence Weschler rozmawiał kiedyś ze znanym polskim ekonomistą Ryszardem Bugajem o Jeffreyu Sachsie. Bugaj, który najwyraźniej nie za bardzo lubił Sachsa, powiedział: "Mamy w polszczyźnie słowo, które dokładnie określa Sachsa, ale nie wiem, jak pan to przetłumaczy na angielski - hucpa". Nie wiedział nawet, że jest to słowo żydowskie. W latach 30. w Polsce klezmer to nie był muzyk żydowski, tylko ktoś, kto grał w knajpie. Z jidysz pochodzi słowo "trefny". Ale więcej takich słów znajdziemy w angielskim, a to dzięki filmom czy teatrom, gdzie udział amerykańskich Żydów jest nadal spory.
Pisze Pan po angielsku eseje o języku polskim do "Orła Białego", dwutygodnika wydawanego w Bostonie. Gazeta jest dwujęzyczna. Kim są Pańscy czytelnicy? Amerykanami polskiego pochodzenia, którzy nie znają polskiego?
Przeważnie tak. Czasami przez gazetę otrzymuję listy i e-maile od czytelników z ciekawymi pytaniami. Ktoś zapytał mnie, dlaczego takich słów jak "kolonie", "ferie", "wakacje" używa się tylko w liczbie mnogiej, a pewien Polak, który w Stanach Zjednoczonych brał ślub, chciał wiedzieć, skąd pochodzi słowo "zięć".
Co skłoniło Pana do wyjścia poza sferę naukową i pisania artykułów dla przeciętnych czytelników?
To jest przedłużenie działalności dydaktycznej, tylko w innej formie. Redaktor gazety Marcin Bolec, którego siostra była moją studentką, zwrócił się do mnie z prośbą, abym napisał coś o języku polskim. Mój pierwszy, próbny felieton z 2004 roku nosił tytuł "Two Words to the Wise" (mądrej głowie dość dwie słowie), w którym rozważałem, dlaczego używa się "dwie słowie", a nie "dwa słowa". Felieton, poświęcony liczbie podwójnej i archaizmom we współczesnej polszczyźnie, spodobał się redakcji, a jego tytuł jest teraz tytułem całego cyklu. Jesienią w wydawnictwie Slavica ukaże się moja książka będąca zbiorem 70 felietonów, a zatytułowana Two Words to the Wise: Reflections on Polish Language, Literature and Folklore.
Proszę powiedzieć, skąd wziął się Pański tytuł naukowy: "Walter Raleigh Amesbury Jr., and Cecile Dudley Amesbury Professor of Polish Language, Literature and Culture"?
Wiosną 2003 roku zadzwoniła do mnie znajoma i poradziła mi, abym skontaktował się z panią Jane Amesbury Goldberg z Massachusetts, której wujek zmarł w Filadelfii. W testamencie wujek chciał uhonorować pamięć swojej żony, podobno pochodzącej z polskiej rodziny królewskiej. Nazywał się Walter Raleigh Amesbury Jr. i był potomkiem sir Waltera Raleigha, dworzanina królowej Elżbiety. Napisałem do pani Goldberg i zaprosiłem ją na naszą uczelnię, opowiedziałem jej o swoich badaniach nad językiem i kulturą polską i o polskiej społeczności w zachodnim Massachusetts, pokazałem polską kolekcję w bibliotece. Dodałem, że jest to jedyne miejsce w tym stanie, poza Harvardem, gdzie można uczyć się polskiego. Pani Goldberg postanowiła przekazać cały majątek wujka na rzecz Polish Studies - hojny dar w wysokości miliona dolarów, a stanowy rząd Massachusetts dołożył potem 500 tysięcy.
Na co jest przeznaczony ten fundusz?
Możemy zapraszać naukowców i wykładowców z Polski, tak jak w tym roku prof. Jakuba Tyszkiewicza, historyka z Uniwersytetu Wrocławskiego. Wtedy część kosztów ponosi Fundacja Kościuszkowska, a część my. Planujemy organizację licznych imprez kulturalnych, filmowych, teatralnych i gościnnych wykładów. Ostatnio był u nas profesor Thomas Napierkowski z University of Colorado, który w niezwykle interesujący sposób opowiadał o literaturze polonijnej, przeważnie w języku polskim, mało znanej czytelnikom - od początków emigracji polskiej do Ameryki. Te teksty przeważnie leżą w archiwach; są to niekiedy stare gazety polonijne, które w XIX wieku i na początku wieku XX drukowały poezję i opowiadania. Prof. Napierkowski mówił także o współczesnej beletrystyce polonijnej pisanej już po angielsku, poświęconej życiu Polaków w USA. Ponadto rok temu dzięki mojej byłej studentce pracującej w Fundacji Kościuszkowskiej nawiązałem kontakt z panią Barbarą Jakubowską z Nowego Jorku, byłą działaczką KOR-u i Solidarności, która zgromadziła bogatą kolekcję nielegalnych publikacji, książek, broszurek i czasopism. Nasza biblioteka uniwersytecka, a zwłaszcza kierownik działu zbiorów specjalnych był zainteresowany tymi wydawnictwami, gdyż sam zajmuje się ruchami społecznymi. I teraz mamy ogromną kolekcję poświęconą Solidarności. Mam nadzieję, że te materiały, które opracowuje moja żona, dostępne będą niedługo w internecie. Jesienią planujemy wystawę poświęconą Solidarności.
Przez wiele lat w ramach Polskiego Programu Kulturalnego udało się Panu sprowadzić do Amherst dziesiątki wybitnych, znanych Polaków, m.in. Zygmunta Kubiaka, Daniela Passenta, Agnieszkę Osiecką, Stanisława Barańczaka, Czesława Miłosza, Jana Karskiego, kilku ambasadorów i wielu naukowców. To chyba nie było łatwe...
Pomagał mi w tym konsulat w Nowym Jorku, a także Harvard University. Miałem zawsze na oku, kto tam w danym roku gości. Jesienią 1980 roku, na przykład, przyjechał stypendysta harvardzkiej Fundacji im. Niemanna Daniel Passent. Zadzwoniłem do niego, powiedziałem, że od 1964 roku zaczynam czytanie Polityki od jego felietonów, i zaprosiłem do nas. Wiosną przyjechała jego ówczesna żona Agnieszka Osiecka, która też zgodziła się wystąpić na naszej uczelni. Innym razem znajomy pracownik konsulatu w Nowym Jorku zaproponował, aby odwiedził nas Lucjan Kydryński z odczytem w języku angielskim na temat wkładu polskiej muzyki w kulturę światową. Kiedy Kydryński pojawił się w Amherst, okazało się, że wykład może wygłosić tylko w języku polskim. Musiałem wystąpić w roli tłumacza, i to dla prelegenta, który nigdy z tłumaczem "na żywo" nie współpracował.
Czy ma Pan poczucie misji propagowania polskiej kultury?
Nie wiem, czy jest to misja. Poznałem bogactwa polskiej kultury i jak każdy nauczyciel chciałbym, aby wiedzieli o nich inni - czy to moi studenci, czy czytelnicy moich felietonów... Żałuję, że na licznych imprezach kulturalnych pojawia się przeważnie Polonia. Ale nie tylko. Za wielki sukces uważam, gdy ktoś przychodzi na wykład, odczyt, film czy koncert nie dlatego, że jest Polakiem, ale dlatego, że jest to dla niego ciekawe.
