Przegląd Polski
13 czerwca 2008
- Na rozdrożu. Historia i przyszłość Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku- Piotr Wandycz
- Kultura polska jest przebogata - Z profesorem Robertem Rothsteinem zrozmawia Małgorzata Markoff
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Polski Podolski
Była niedziela 8 czerwca. Ślęczałem nad klawiaturą, czekając na to pierwsze zdanie, które pociągnie następne, ale ono, krnąbrne, ciągle nie chciało się pojawić na ekranie. Wyjrzałem przez okno. Ulicą przejeżdżała kawalkada trąbiących radośnie samochodów. Na wietrze łopotały biało-czerwone flagi. Pomyślałem, że Polacy wzięli w końcu na Niemcach odwet za prowokację gliwicką, i włączyłem telewizor. Polskie nazwisko Podolski było na ustach kilku sprawozdawców, piejących z zachwytu nad talentem młodego gracza. Dziennikarz mówił też o Gliwicach, gdzie Podolski się urodził, a nawet o jego 80-letniej babci, która tam mieszka, ale nie chce nikomu otwierać drzwi, i na pewno się teraz boi, że kibice wybiją jej okna.
Coś mi nie grało. Podolski nie skakał z radości, nie tarzał się po murawie, nie całował piłki ani trenera. Gdy pokazali zbliżenie jego kamiennej twarzy, pomyślałem, że strzelił swoim, czyli naszym, samobójczego gola i robi właśnie rachunek sumienia przed czekającym go linczem. Po drugiej bramce Podolskiego miałem już jasność (pomroczną), że to nasi strzelili sobie dwa samobójcze gole, nie powołując piłkarza do reprezentacji, gdy pytał kiedyś polskich selekcjonerów, czy nie byliby nim zainteresowani. Ówczesny trener polskiej kadry Paweł Janas zignorował patriotyczną propozycję polsko-niemieckiego Podolskiego tudzież nalegania prasy, mówiąc: "Mamy w kraju lepszych napastników i nie widzę żadnych powodów powoływania do reprezentacji gracza, który zagrał jeden lub dwa dobre mecze w Bundeslidze".
Podolski chciał grać dla Polski, gdzie się urodził i przeżył dwa lata, bo kopiąc piłkę na niemieckim żołdzie czuł się dalej Polakiem. Dostał jednak od rodaków prztyczka w nos, a po nim propozycję od selekcjonera niemieckiej kadry. Wybrał kadrę niemiecką, bo polska go nie chciała.
Wybór Podolskiego to dramat podwójnej lojalności, znany wszystkim emigrantom. W świecie mieszka ogromna diaspora polska, która śle do kraju urodzenia nie tylko pieniądze, ale i propozycje współpracy. W kraju najczęściej bagatelizują potencjał, jaki drzemie za granicą. Polska powoli otwiera się na świat, ale nie na Polonię. W kraju o wiele chętniej zatrudniają "rodowitych" Niemców czy Amerykanów niż tych "przyszywanych", "podrabianych" i jakże często pogardzanych "naszych", którzy "zdradzili, zostawili, wyjechali, a teraz chcą wracać i nas cywilizować" - jak mi powiedział w kraju znajomy uczony, dodając, nie wiem dlaczego, wierszem: "Gdy myśmy walczyliśmy z komuną, gdy myśmy spaliśmy na styropianie, to wyście, mospanie, pławiliście się w kanadyjskim szampanie"...
Chwilę z patriotyczną poezją przerwały mi nachalne klaksony: auta z polskimi flagami dalej jeździły ulicami Toronto. Pomyślałem, że z braku laku ci młodzi entuzjaści dalekiej ojczyzny wiwatują na cześć Podolskiego. Lepszy bowiem niemiecko-polski rydz niż nic. Zadzwonił telefon z Warszawy. W słuchawce strzelał karabin maszynowy polszczyzny zdyszanej, rozhisteryzowanej: Kusiba wygrał w Montrealu! Kusiba wygrał w Montrealu! Ja nigdzie nie wygrałem, a tym bardziej w Montrealu! - próbowałem powstrzymać Niagarę patriotycznej namiętności rodaczki. Co ja mówię Kusiba, jaki tam Kusiba, oczywiście Kubica, Kubica, nasz kochany Kubica! - wrzeszczała, jakby Kubica był jej osobistym szoferem lub mężem, co na jedno wychodzi, który wylosował zieloną kartę...
Kliknąłem w kolejną stację i zobaczyłem Kubicę strzelającego w niebo fontanną kanadyjskiego szampana. Kolejny sprawozdawca piał kolejne zachwyty na kolejnym tego dnia Polakiem-emigrantem na niemieckim żołdzie. Moja rozmówczyni zaczęła protestować: tylko nie emigrantem, Kubica nie jest emigrantem! - jakby słowo emigrant było obelgą. Jej zdaniem Kubica nie upadł aż tak nisko, by zostawić kraj na łasce i niełasce krajowców, on tylko wyjechał za chlebem, ale niechybnie wróci, jak się wzbogaci. Przez następną godzinę próbowała mnie też przekonać, że jeżdżąc niemieckim bolidem Kubica rozsławia w świecie imię Polski bardziej niż markę BMW.
Robert Kubica pochodzi z Krakowa, z którego przed kilkoma dniami znowu wyjechał Sławomir Mrożek. Mrożek wyjechał do francuskojęzycznej Nicei, a Kubica na tor we francuskojęzycznym Montrealu. Kubica, podobnie jak Mrożek, od lat włóczy się po świecie, aby ścigać się z rywalami. Mrożek ma w żyłach ten sam pęd pogoni, pęd ucieczki, tyle tylko, że ściga się ze sobą. Tym razem goni uciekającą starość. Nie chce jej spędzić na oczach rodaków. I trudno mu się dziwić.
Są jeszcze inne (z)biegi okoliczności: kierowca urodził się w roku orwellowskim 1984. Ma 184 cm wzrostu. Wygrał w niedzielę 8 czerwca, w dniu urodzin aktora Andrzeja Mrożka, w kilka dni po czerwcowych urodzinach Lukasa Podolskiego, piłkarza niemiecko-polskiego... 8 czerwca, tyle że pół wieku wcześniej (z okładem), ukazał się Rok 1984 George'a Orwella. W czerwcu 1984 r. wyjechałem z Polski, by w oddaleniu ślęczeć nad klawiaturą, w oczekiwaniu na ostatnie zdanie...
