Przegląd Polski
20 czerwca 2008
- Liczą się tylko rzeczy niemożliwe - Z Krystyną Miłobędzką i Andrzejem Falkiewiczem rozmawia Joanna Roszak
- Język Polaków jest kłótliwy i agresywny - O współczesnej polszczyźnie z prof. Jadwigą Puzyniną rozmawia Anna Bernat
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Liczą się tylko
rzeczy niemożliwe
Z Krystyną Miłobędzką i Andrzejem Falkiewiczem rozmawia Joanna Roszak
Urodzonego w 1921 r. na Wileńszczyźnie Tymoteusza Karpowicza - poetę, dramaturga,
tłumacza i teoretyka literatury - nazywano mistrzem polskiej poezji lingwistycznej
i ostatnim wielkim modernistą. Był wykładowcą na polonistyce Uniwersytetu Wrocławskiego.
Z Polski wyjechał w 1973 r., od 1974 mieszkał w USA, gdzie do przejścia na emeryturę
był profesorem Chicago University. Zmarł 26 czerwca 2005 r. w Chicago
Oglądam listy, które Państwo otrzymali od Tymoteusza Karpowicza. Nie pisał na maszynie?
KM: Tylko Marylka, jego żona, pisała na maszynie, on pisał ręcznie. Im późniejsze lata, tym listów jest mniej. Częściej do siebie telefonowaliśmy. Od 2000 roku, gdy odwiedził nas po raz pierwszy w Puszczykowie, już właściwie nie pisaliśmy. Na "ty" przeszliśmy rok później. Tymek nie dzwonił po śmierci Maryli. Siedział na górze w pokoju, telefon miał w kuchni na dole. Człowiek, który do niego przychodził, odebrał kiedyś telefon i powiedział: "Oni są na górze w pokoju". Był tam Karpowicz i urna z prochami Marylki...
Były plany, by przyjechał do Polski. Czy wiedział, że pojawili się tu jego wyznawcy?
AF: Namawialiśmy go przez całe lata, żeby wracał. A jak wreszcie Polska stała się wolna, naciskaliśmy, żeby koniecznie przyjechał, ale wtedy zachorowała Marylka i ze względu na nią został.
KM: W Chicago były jego zapisy, papiery, wycinki. Cały świat tekstów. Jak to spakować? Wszystko zostawić? Wsiąść do samolotu? To nie on! Radziliśmy mu część zostawić na uniwersytecie stanowym, w którym przez lata wykładał polską literaturę, że przecież znajdzie się ktoś, kto po nie przyjedzie. Zawsze bał się o rękopisy. Odsuwał tę decyzję.
Kiedyś wspominał mi Pan, że miał ochotę namówić Karpowicza na długą rozmowę, którą by Panowie spisali. I warto było dla niej starać się o wizę i udać pod Chicago, do Oak Park. Ale krótko przed rozmową Karpowicz przysłał listę zagadnień filozoficznych, naukowych. A nie na takim modelu rozmowy Panu zależało.
AF: Bałem się "wyszpanowanej" rozmowy w cztery oczy. Napisałem mu to w liście, który był reakcją na jego list z zagadnieniami do rozmowy: "Nie chcę się znaleźć w sytuacji studenta na egzaminie lub amerykańskiego profesora, udzielającego wywiadu w telewizji. O cokolwiek go spytali, mówi z przekonaniem: tak, to bardzo dobre pytanie. Po czym gorączkowo szuka strzępu myśli, kojarzy słowa w nadziei, że znajdzie coś, co - zwłaszcza dla laików - będzie mogło ujść za odpowiedź. Pańskie pytania są zdradliwe i do łatwych nie należą. Nie byłbym w stanie odpowiadać na żywo nad kręcącymi się szpulami magnetofonu. Proponuję, żebyśmy najpierw porozmawiali listownie, nie tyle wyznaczyli pole, co oczyścili przedpole naszej rozmowy i stopniowo doszli do tego, o czym dwóch starszych panów od kilkudziesięciu lat parających się piórem mogłoby porozmawiać w Dębowym Parku twarzą w twarz. Podyskutujmy o filozofii, fizyce, teatrze - zgoda, to będzie na pewno ciekawe. Ale bądźmy też świadomi faktu, że nasze życie i nasze dzieło także filozofują za nas i bez nas i zazwyczaj przynoszą takie odpowiedzi, jakich między sobą w akademickich dyskusjach nie znajdujemy, odpowiedzi, które przesądzają to, co w dyskursie musi być nierozstrzygnięte. Po te odpowiedzi warto mi przekroczyć wielką wodę i spotkać się w cztery oczy z Tymoteuszem Karpowiczem. Jeśli o mnie chodzi, jest Pan jednym z niewielu twórców zasługujących na takie zabiegi i taką podróż. Zawsze najlepiej sprzedawali się ci artyści, którzy swe balsamy przygotowywali według już dawno wypróbowanych recept. Filozofia i nauka się uartystyczniają. Dziś jest łatwiej myśleć, niż kilkadziesiąt lat temu. To są dobre czasy dla buszujących w zbożu i w bibliotekach".
Z jakiego czasu pochodzi ten Pana list do Karpowicza? Kiedy miała się odbyć ta rozmowa dwóch rabinów?
AF: Lata 1995-1998, w tym przedziale. Wymarzyłem sobie właśnie, że to będzie taka rozmowa: spotkało się dwóch rabinów, usiadło naprzeciw siebie i siedziało w milczeniu. A uczniowie i wyznawcy na to patrzyli. W końcu spytali: "Dlaczego nic nie mówicie?". "Bo on wie wszystko i ja wiem wszystko. To o czym będziemy mówić?". A Karpowiczowie już się na mój przylot szykowali. Maryla pytała, co jadam. Więc było trochę przykro...
O sztuce niemożliwej pisał Pan polemiki z Tymoteuszem Karpowiczem. Jego niemożliwe było Pana możliwym.
AF: Słowo "potencjalność" najlepiej oddaje mój stan ducha i status świata. Nie ma rzeczy nowych, niebyłych, ale są dla nas rzeczy nieznane. Według Tymka liczą się tylko rzeczy niemożliwe, ale udowadniał, że jednak możliwe, bo uprawiał poezję niemożliwą i ją drukował.
Miał poczucie klęski swojego projektu. Dlaczego tak zwlekał np. z wydaniem "Rozwiązywania przestrzeni"?
KM: Nie było skończone, nie powiedział: gotowe. Wydzierał je z siebie z trudem. A u Karpowicza to szczególne niedokończenie z założenia, choć tego się nie zakłada. To się robi bez końca. Nie powiedział wszystkiego, co miał powiedzieć. To ciągle jeszcze musiało się pisać, w nieskończoność.
W nieskończoność?
AF: Powiem pani jako stary człowiek, że życie kończy się zawsze jakąś niedoróbką.
Najjaśniejszy obrazek z Karpowiczem - jaki ma Pani przed oczyma?
KM: Jak siedzi tutaj i przegląda fiszki - wzruszyło mnie, że się z tym pudełkiem nie rozstawał. Wyjął fiszkę z napisem: miłość. I wzruszyło mnie także to, że gdy przyszedł prosto z dworca, bez chwili zastanowienia wziął siekierkę, piłkę i pracował w ogrodzie. Ważniejsze niż odpoczynek było dla niego, by rośliny miały światło, żeby było im dobrze. Nie ogród dla ogrodu. Nie język dla języka. Ogród Karpowicza to te rośliny, które da się zbierać i jeść. W maju odnalazłam w trawie zagubioną cebulkę. Pierwszą taką w roku 2000 Karpowicz przywiózł z Oak Park i zasadził u nas w Puszczykowie. Zimotrwała, samorozsadzająca się cebula Faraona. Kwitnie koroną małych cebulek, które rozsypują się dookoła i natychmiast zaczynają rosnąć. Może tak łączy się natura poety z naturą ogrodnika? Albo lepiej. Może tak łączy się natura poety z naturą?
AF: Opowiadał, że jeden z odległych przodków jego rodziny - Stanisław Bonifacy Jundziłł, pijar i botanik żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, wydał dzieło Opis roślin w prowincji W. Xsięstwa litewskiego naturalnie rosnących. Tymek śmiał się, że jest po nim naznaczony i dlatego zajmuje się roślinami.
KM: Wchodząc do naszego domu, powiedział, że murek na werandzie musi zostać pokryty dachówkami albo czymś szczelnym, inaczej się rozsypie. Jak przyjechał następnym razem - od razu zauważył, że został naprawiony. Tak, jak powiedziała Marylka w książce Mirosława Spychalskiego i Jarosława Szody Mówi Karpowicz, on chciał wszystko zrobić sam, miał masę własnych pomysłów gospodarskich, nieprzejętych od nikogo. Gdyby miał więcej czasu, to kazałby przywieźć odpowiednie dachówki i wszystko sam by nam zrobił. Pamiętam jego koty-straszaki, które montował na drzewach w ogrodzie. Marylka mi kiedyś - już bardzo chora - mówiła przez telefon, że tak się boi, bo Tymek sam wchodzi na drabinę, by zamontować takiego kota. To także widać w jego poezji. Wszystko chciał zrobić sam.
Państwo czasem mówili o Karpowiczu, że jest "odwrotny".
AF: On w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu był konsultantem repertuarowym, a ja kierownikiem literackim, kiedy dyrektorował Andrzej Witkowski. Miałem projektować repertuar, a on wnosić swoje zastrzeżenia. Zawsze było w nim coś odwrotnego. Mówiłem na przykład: "No, zabawna jest ta Czarna komedia Petera Schaeffera - komiczne qui pro quo, wesołe, że pułkownik wdeptuje w miskę z wodą". Na co Karpowicz do Witkowskiego: "Andrzej, każdy z bohaterów powinien wdepnąć w tę miskę z wodą". Mówię: "No nie, to pali efekt". Ale Witkowski nagle orzekł, że Karpowicz ma rację. I spalił Czarną komedię, bo wielokrotnie powtarzane przestało to być śmieszne. W Przerwie w podróży Maja Komorowska znalazła się na scenie z gotującym się czajnikiem. A Tymek wytłumaczył Witkowskiemu, że jeszcze śmieszniej będzie, jak ją obwiesimy czajnikami. Takie jego porady. My się prawie nigdy nie zgadzaliśmy, bo był odwrotny, jak Foma Fomicz, postać z opowiadania Fiodora Dostojewskiego, który radził ziemianinowi, jak uprawiać rolę. Mówił: "Na tej ziemi urodzajnej posiej owies, a pszenicę na piasku". Oczywiście, nic się nie urodziło.
KM: To była ta odwrotność. I zawsze był bezkompromisowy w pomysłach. Karpowicz, jak Foma, chciał panować nad całym spektaklem.
AF: Podczas jednej z takich teatralnych rozmów nie wytrzymałem: "Pan mówi, że wszystko ze wszystkiego można zrobić. Budzik z wodotrysku". A on na to: "Właśnie, właśnie, budzik z wodotryskiem, to jest pomysł". Zdenerwowany przychodziłem do domu: "Wiesz, co Foma znowu powiedział!?".
Miał typ wyobraźni bliski surrealistom.
KM: Tak! Bez odnowy języka nie da się odnowić wyobraźni poetyckiej. To credo Tymka. Nieważne, czy było 150 czajników i 100 misek, było zawsze odwrotnie, niż powinno być.
AF: Jeżeli jest życie pozagrobowe - czego wcale nie wykluczam - to Tymek jest teraz zaniepokojony tymi wspominkami...
