Przegląd Polski
27 czerwca 2008

Makbet jako efekt specjalny

ANDRZEJ JÓZEF DĄBROWSKI

Scena z nowojorskiego przedstawienia Makbeta

Zacznijmy od informacji podstawowej - Makbet wystawiony przez TR Warszawa nie jest inscenizacją tragedii Szekspira.

To spektakl zbudowany na podstawie reżyserskiej adaptacji Grzegorza Jarzyny, który nie wahał się do pierwowzoru dopisać to i owo, a sam pierwowzór zminimalizować i przekomponować wedle własnych potrzeb. Przekomponował go tak, by poprzez ten dramat wypowiedzieć się na temat okrucieństwa panującego w dzisiejszym świecie i żeby pokazać nieograniczoną skalę swej wyobraźni. Wyobraźni - dopowiedzmy dla jasności - która lubi mieszać gatunki i szuka nowej formuły dla teatru. Teatr Jarzyny jest bowiem dopełniany filmem i telewizją. W Makbecie filmowe są środki montażu, filmowe jest również światło i dźwięk oraz efekty choreograficzne. Multimedia pozwalają też na zbliżenia twarzy aktora, co pozwala lepiej śledzić jego grę. Akcja tego spektaklu toczy się jednocześnie na kilku planach, monologi i dialogi są zredukowane do minimum, prawie nie ma pauz ani chwil zastanowienia. Nie ma też szekspirowskiej metafizyki, jest natomiast nieustające "dzianie się", niczym w thrillerach lub... komiksach. Reżyser zdaje się mówić - wzorem swych hollywoodzkich kolegów - nie myśl jest ważna, tylko to, co się dzieje.

PRZED PREMIERĄ PIERWSZEJ WERSJI MAKBETA, jaka miała miejsce w maju 2005 roku, Jarzyna powiedział, że dramat Szekspira jest szczególnie aktualny w naszej dobie. Przedstawienie powstało jako odpowiedź na atak al-Kaidy i wojnę wewnętrzną w Iraku, a także na wcześniejsze wydarzenia na Bałkanach i w Czeczenii. Podczas nich dochodziło, zdaniem Jarzyny, do takiego samego okrucieństwa, jakie miało miejsce w średniowiecznej Anglii, kiedy to krwawo tłumione były wszelkie bunty, kiedy stosowano tortury i mordowano więźniów i kiedy w Londynie, ku przestrodze, wywieszano ścięte głowy. "Takie same rzeczy zobaczyłem w internecie w relacjach z egzekucji - wspominał reżyser - wtedy zorientowałem się, że zemsta i sposoby zastraszania są dziś takie same jak w antyku, średniowieczu czy renesansie. Walka toczy się poza frontem a bronią psychologiczną są niezmiennie ścięte głowy. Tylko skala oddziaływania jest większa, bo globalna".

Okrucieństwo nie zmienia się w zależności od rozwoju cywilizacji i samo w sobie jest takie samo jak przed wiekami. Makbet u Jarzyny na co dzień posługuje się komputerem i otacza monitorami, ale swemu przeciwnikowi urzyna głowę zwykłym nożem. W finale głowę Makbeta urzyna nożem zwycięski Makduff. Cywilizacja nie ma wpływu na zmniejszenie rozmiarów okrucieństwa i jego rodzaj, zdaje się mówić reżyser.

CHCĄC PORUSZYĆ WIDZA DO GŁĘBI, Jarzyna nie bawi się w żadne subtelności, pokazuje wszystko w sposób tak naturalistyczny, że aż przesadzony. Żołnierz amerykański podrzyna gardło modlącemu się muzułmaninowi, Lady Makbet zmywa szlauchem krew Duncana, krew bluzga z widma Banka, krwią wymiotuje również Makbet. Niby zatem wszystko jest tak jak u Szekspira, gdzie tytułowy bohater zauważa, iż "krew krwi żąda", tyle tylko, że u Szekspira się o tym mówi, a u Jarzyny jest to pokazane bez ograniczeń. Oczywiście można by podejrzewać reżysera, że okrutnymi scenami chce po prostu epatować widownię, ale Jarzynie chodzi prawdopodobnie o to, by wstrząsnąć widzami do głębi. Jego Makbet jest bowiem w swej intencji spektaklem interwencyjnym. Zwłaszcza jego wersja pokazana w Nowym Jorku pod mostem Brooklyńskim, skąd widać południowy Manhattan, gdzie stały wieże World Trade Center i gdzie narodziła się idea walki ze światowym terroryzmem. Wedle reżysera walka ta przekształciła się w patologię. Ci, którzy zwalczają okrucieństwo terrorystów, stają się równie okrutni jak ich przeciwnicy. Wystarczy sobie przypomnieć wydarzenia w irackim więzieniu w Abu Ghraib czy amerykańskiej bazie w Guantanamo. Nie przypadkiem Duncan i jego żołnierze noszą amerykańskie mundury i zachowują się tak jak amerykańscy żołnierze, których oglądamy w filmach. Jarzyna pokazuje, że ci, którzy mieli reprezentować wolność i demokrację, okazali się nie mniej prymitywni niż pogardzani przez nich arabscy przeciwnicy.

MAKBET JARZYNY JEST RÓWNIEŻ SPEKTAKLEM PRZECIWKO WOJNIE. "To niesamowite - zauważył reżyser w jednym z wywiadów - przy dzisiejszej komunikacji społecznej i demokratyzacji jeden człowiek może pociągnąć za sobą setki tysięcy żołnierzy i wciągnąć w wojnę miliony cywilów".

Można zatem powiedzieć, że Jarzynie przyświecał szlachetny cel, ale jego diagnoza jest uproszczona i powierzchowna, żeby nie powiedzieć - infantylna. Zjawisko terroryzmu i okrucieństwa we współczesnym świecie jest o wiele bardziej złożone, niż pokazał. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak odnotować, że świat ludzi władzy, jaki Jarzyna wykreował na scenie, nie jest li tylko wytworem jego wyobraźni. Wielu dzisiejszych polityków nie jest wolnych od żądzy władzy, która bierze ich we władanie bez reszty. Wieczne napięcie, z jakim do tej władzy dążą, a potem - z jakim muszą ją utrzymać, ogranicza ich świadomość i doprowadza do dehumanizacji. Wielu ucieka w seks, narkotyki i najróżniejsze używki. Wielu staje się wręcz potworami.

W REŻYSERSKIEJ ADAPTACJI Makbeta nie zmieściło się to, co jest w tym utworze niemal równie ważne jak przestroga przed spiralą zbrodni. Jest to bowiem również dramat o działaniu sumienia. Zarówno Makbet, jak i jego żona, mimo swej psychopatycznej ambicji, mają jednak chwile refleksji, w których widzą, co czynią, i w których decydują się na dalsze działania, wiedząc, iż weszli na drogę, z której nie ma już odwrotu. "Życie jest tylko powieścią idioty" - stwierdza w konkluzji tytułowy bohater. Niestety, w grze Cezarego Kosińskiego (Makbet) i Aleksandry Koniecznej (Lady Makbet) są tylko ślady tego drugiego dna ich postaci. Pozostali aktorzy również są prowadzeni przez reżysera jednym pociągnięciem pędzla, co daje zgoła plakatowe efekty. Szkoda, zwłaszcza w przypadku obojga protagonistów. Na szczęście Danuta Stenka nie dała się ujednoznacznić jako Hekate. To właśnie ona uosabia siłę nadprzyrodzoną i przywodzi na myśl działanie fatum, jakie znamy choćby z Króla Edypa.

Makbet jest bowiem również sztuką o przeznaczeniu, od którego nie sposób uciec. Aż dziw, że na ogół reżyserzy tego nie dostrzegają. Skoro mowa o aktorach, nie sposób nie zauważyć, że przyjęta przez nich konwencja "niegrania, tylko bycia" owocuje już takim minimalizmem, że niemal wszyscy stali się monotonni. Nie porywają nas, nie współczujemy postaciom, które grają, ba - nie pamiętamy potem tych postaci! Okazuje się, że to, co bywa dobre w filmie, niekoniecznie sprawdza się w teatrze. Niewiele jednak można na to poradzić, skoro Jarzyna jest przeciwnikiem prawdy uzyskiwanej na scenie poprzez kreację, będąc niezmiennie zwolennikiem "realu", czyli zachowań takich, jakie się widzi w codziennym życiu. W tej sytuacji sztuki poetyckie nie mają szans, nie mówiąc już o poetyckich bohaterach. Na wszelki wypadek warto w tym miejscu przypomnieć, że Makbet jest jednak sztuką poetycką (sic!). I to niezależnie od przekładu.

CZY ZATEM WIDOWISKO JARZYNY jest od początku do końca dziełem chybionym? Otóż nie. Paradoksalnie może być ono probierzem tego, co młode pokolenie dostrzega dzisiaj w Makbecie. Reżyser (sam jeszcze młody duchem) programowo tworzy teatr dla ludzi niechodzących do teatru i dla pokolenia wychowanego na kulturze popularnej. Stara się przemawiać do ich wyobraźni mówiąc ich językiem. Oczywiście dla ludzi nawykłych do kultury wysokiej jest to obniżenie lotów, żeby nie powiedzieć wprost - równanie w dół. Nie wiadomo jednak, do ilu młodych widzów przemówi właśnie taki Makbet, zgoda że spłaszczony i uproszczony. Do Jarzyny można mieć jednak pretensje o to, że tego - umownie mówiąc - nieobytego widza nie ciągnie w górę, tylko utwierdza w estetyce, do jakiej przywykł. Że zamiast uświadomić wielowarstwowość dramatu Szekspira, pokazuje mu komiks, w którym głębię myśli zastępują efekty specjalne. Owszem, ogląda się, owszem, są one dowodem niemałej wyobraźni, ale przyjmuje się je jako efekty same w sobie, czy wręcz jako paradę efektów. Karleje w nich zarówno Szekspirowski pierwowzór, jak i przesłanie inscenizatora. W rezultacie z Makbeta Jarzyny pamięta się głównie polifoniczność akcji, nagłośnienie szumu dochodzącego z mostu Brooklyńskiego, warkot silników helikoptera, zbliżenia twarzy aktorów na ścianach, kojarzące się oczywiście z graffiti, wystrzały z karabinów, narkotykową orgię (z amerykańskimi akcentami) po zwycięstwie wojsk Duncana, taniec gejszy w wykonaniu Lady Makbet, nagość Ducha Banka, kopulację na drzwiach lodówki, ogień trawiący zamek Makbeta, śmierć Lady Makbet w pralni (rzeźni?) i wspomniane obcinanie głów... Uff! Można by jeszcze wymieniać i wymieniać. Obawiam się jednak, że w dalszej wyliczance to przedstawienie jako całość może także okazać się też tylko efektem specjalnym.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail