Przegląd Polski
27 czerwca 2008
- Makbet jako efekt specjalny - Andrzej Józef Dąbrowski
- Żywe świadectwo historii - Jerzy R. Krzyżanowski
- Żyd z wykrzyknikiem - Irena Grudzińska-Gross
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żyd z wykrzyknikiem
UWitold Bereś i Krzysztof Burnetko, Marek Edelman. Życie. Po prostu,
Świat Książki, Warszawa 2008, s. 473 plus bibliografia, indeks osób, film na
płycie DVD, cena 28 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką
(do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386; e-mail: ksiazki@dziennik.com; www.ksiazkionline.com
Antoni Słonimski miał zwyczaj żartobliwego dzielenia Żydów na kategorie. Byli Żydzi miejscy i wiejscy, Żydzi leśni, a także polarni (Czesław Centkiewicz). O Marku Edelmanie można powiedzieć, że to Żyd z wykrzyknikiem.
Bo Edelman jest postacią niezwykłą. Do nikogo niepodobną, jedyną w swoim rodzaju, a przecież ogromnie uspołecznioną. Choć mówi we własnym imieniu, zawsze upomina się o innych. Jako chłopiec był członkiem żydowskiej organizacji socjalistycznej Bund, potem w warszawskim getcie członkiem-założycielem Żydowskiej Organizacji Bojowej. W czasach komunizmu nie wstąpił do żadnej partii, a po roku 1989 był jednym z założycieli ROAD-u i Unii Demokratycznej. Jest lekarzem kardiologiem z długoletnią praktyką i wielkimi sukcesami zawodowymi. Co roku 19 kwietnia składa kwiaty pod warszawskim pomnikiem Bohaterów Getta, czcząc w ten sposób pamięć ludzi, z którymi żył. Ale przynależność organizacyjna czy zawodowa nie mówi o nim wszystkiego. Marek Edelman to człowiek walczący. O sprawiedliwość, tak jak on ją rozumie, o godność ludzką, o życie.
TRUDNO PISAĆ O TAKIEJ POSTACI BEZ POPADANIA W PATOS I EMFAZĘ. Zacznę więc od książki, która się właśnie ukazała i jest najpełniejszym dotychczas portretem Marka Edelmana. Jej autorami są Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, a zatytułowana jest Marek Edelman. Życie. Po prostu. Za jej podstawę służy obszerny wywiad z Edelmanem, którego część można obejrzeć na załączonej płytce DVD. Fragmenty rozmowy i inne sformułowania, i wypowiedzi Edelmana pokazują jego niezwykły, zaskakujący styl mówienia i myślenia. Jego głos słychać na tle głosów innych osób, tych, które on wspomina, i tych, które o nim mówią. Poza rozmową z Edelmanem Bereś i Burnetko sięgnęli po mnóstwo dokumentów, opracowań historycznych, wywiadów prasowych i wspomnień. Oparli się, między innymi, na Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, Strażniku Włodka Goldkorna i Rudiego Assuntino, filmach Jolanty Dylewskiej, wywiadach Joanny Szczęsnej, archiwum i wiedzy Pauli Sawickiej i, przede wszystkim, tekstach samego Edelmana, szczególnie jego tużpowojennym raporcie "Getto walczy". Dzięki tej polifonii autorom udało się odtworzyć nie tylko obraz życia dr. Edelmana, ale także obraz epoki, w której to życie jest osadzone.
A STRASZNA TO EPOKA. Pierwsza połowa książki dotyczy młodości Edelmana, wojny, getta warszawskiego, powstania w getcie i powstania warszawskiego, w którym on także walczył. Od samego początku towarzyszyła mu śmierć. Dwunastu braci jego matki (była trzynastym dzieckiem) rozstrzelali bolszewicy, jeszcze zanim się urodził, ojciec odumarł go bardzo wcześnie, a matka - gdy był w szkole średniej. Wychował się wśród bundowskich przyszywanych ciotek i jego prawdziwa młodość przypadła na getto, a tam śmierć była najczęstszym gościem. Polecam bardzo tę część książki wszystkim tym, którzy rozmyślają o ludzkich zachowaniach w sytuacjach ekstremalnych, a w szczególności o samotności Żydów w wojennej Warszawie. Jest to jedna z najbardziej prawdziwych opowieści o ludzkiej sile i słabości, o lojalności i jej wybiórczym charakterze. Znów trudno mi o tym pisać, bo słowa "siła" i "lojalność" są za bardzo ogólnikowe, a opowieść Edelmana zawsze dotyczy konkretnych sytuacji. Dlatego podtytuł tej książki jest tak dobrze dobrany: Życie. Po prostu. Najważniejsze jest życie, mówi Edelman. A zaraz potem godność. Ale czasem życie poświęca się dla godności. Więc tak naprawdę nie wiadomo, co jest ważniejsze. I nie trzeba tego rozstrzygać abstrakcyjnie.
EDELMAN MÓWI O KONKRETNYCH OSOBACH, ma rzadki dar ujmowania całego człowieka w dwóch, trzech zdaniach. Każda z poszczególnych opowieści ma głębsze znaczenie, coś w rodzaju echa, szanującego wielowymiarowość ludzkiego losu. Dotyczy to szczególnie ludzi, których spotykamy w getcie. Edelman pracował jako goniec w szpitalu, wychodził dzięki przepustce poza teren getta, a podczas wywózek wyciągał niektóre osoby z deportowanego tłumu. Rzeczowo opowiada o życiu i śmierci, choć każdy z epizodów woła właśnie o emfazę i załamywanie rąk. Mówi nie tylko o niewinnych ofiarach, ale i o kolaborantach, zarówno wśród Polaków, jak i Żydów. O żydowskich i polskich policjantach, o donosicielach i szmalcownikach, o wielu osobach, których życie zostało ucięte przez denuncjację albo szantaż, o ludziach szlachetnych, którzy nie umieli albo nie chcieli się bronić, o różnych rodzajach śmierci. A także o walce i o odpowiedzialności za innych. Autorzy punktują zasady, które nim rządzą, i nazywają je kodeksem Edelmana. Pouczająca to lektura.
POWSTANIE W GETCIE WARSZAWSKIM często było określane jako typowo polskie, bo podjęte bez szans powodzenia. Dlatego też jego dowódca Mordechaj Anielewicz, a także Edelman, jeden z dwóch zastępców Anielewicza, wpisują się dobrze w podręcznikową wersję polskiej historii. Są bohaterami, tak samo jak Berek Joselewicz, oficer w powstaniu kościuszkowskim, dowodzący oddziałami żydowskich żołnierzy. Ale Edelman powtarza, że ich decyzja walki, wyboru takiego właśnie rodzaju śmierci, nie znaczyła, że uważali inną śmierć żydowską, tę w wagonie deportacyjnym czy w obozie, za mniej godną. Wręcz przeciwnie, łatwiej jest umierać z bronią w ręku niż w drodze do krematorium uspokajać głodne dziecko i starego ojca. Edelman był świetnym żołnierzem, ale żołnierzem z konieczności, tak jak i większość jego towarzyszy i towarzyszek broni. I nie wypinał potem piersi do orderów. Nie wpasował się w żadną tradycję poza tą, którą sam tworzył.
JEGO PODSTAWOWA LOJALNOŚĆ wyraża się w gestach pamięci wobec tych, którzy już nie żyją. Wobec żydowskiej tradycji Bundu, wobec historii getta, Żydów, których prześladowano także po wojnie. Choć zawsze otoczony przez ludzi, pozostaje sam. Nie jest więc przypadkiem (choć tak twierdzi), że po wojnie został lekarzem. Ta część książki jest też ogromnie ciekawa, bo Edelman jest lekarzem wybitnym, ustawicznie walczącym o życie pacjentów. Jest także bardzo aktywnym uczestnikiem działań opozycyjnych, współpracownikiem KOR-u, który dla niego był kontynuacją tradycji bundowskiej: "te same ideały, te same wartości: braterstwo, sprawiedliwość społeczna, walka z dyktaturą". Uczestniczy potem w jednym z "podstolików" okrągłego stołu i po upadku komunizmu włącza się w życie polityczne byłych opozycjonistów. "Jak się człowiek namydlił, to się musi ogolić", powiada.
Ostatnia część książki jest oczywiście (i na szczęście) mniej dramatyczna. Edelman staje w obronie prześladowanych, jedzie z konwojem do Sarajewa, pisze listy otwarte i apele, a także walczy o miejsce w historii polskiej dla tych, których już nie ma pośród żywych. Jest nieznośny, niepokorny, protestuje, nie zgadza się na nic, co nieprawdziwe albo połowiczne. Jest Żydem w Polsce bez Żydów i jest nim emfatycznie, z wykrzyknikiem właśnie. Jego bronią jest lojalność i pamięć. Pisał Miłosz: "Który skrzywdziłeś człowieka prostego (...) Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta". Marek Edelman pilnuje, by pamięć o zabitych, o Żydach, których już nie ma, nie zanikła. Słowa Miłosza znalazły się na pomniku Solidarności. Słowa Edelmana to także trwały pomnik.
Nie udaje mi się o tym wszystkim pisać bez patosu i emocjonalnych "wykrzykników". Tymczasem Edelman mówi innym językiem, patos zastępuje machnięciem ręki. "Nie męczcie już więcej - mówi Beresiowi i Burnetce. - Dosyć. Tego i tak się nie daje zrozumieć". Więc ja także przestaję "męczyć". Trzeba samemu przeczytać tę książkę. Napisana ona została dla tych, którzy chcą rozumieć. A także chcą zobaczyć historię dwudziestego wieku oczami jednego z naszych, co tu dużo ukrywać, bohaterów.
