Przegląd Polski
2 stycznia 2009

Tylu sukcesów, żeby w Nowym Roku 2009
strzelały tylko butelki od szampana
życzy Drogim P.T. Czytelnikom i Współpracownikom

redakcja "Przeglądu Polskiego"

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Rok z hakiem minął, a ja stale mam radość w duszy, że nie rządzą już nami bracia Kaczyńscy, czyli PiS. Obaj mają w swojej naturze coś, co nie pozwala im wznieść się ponad osobiste urazy - głównie urojone - i dostrzec rzeczy większe, do których zostali powołani w demokratycznych wyborach.

Premier Donald Tusk zapytany, co uważa za brzydki czyn ostatnio w swoim postępowaniu, bez wahania wymienił "awanturę o samolot". Dopowiem: leciał z ekipą rządową i ekspertami na szczyt Unii Europejskiej do Brukseli. Był to szczyt roboczy, dotyczący spraw gospodarczych, na którym obecność prezydentów niczym się nie tłumaczyła. Lech Kaczyński jednakże się uparł i poleciał wyczarterowanym samolotem jako szef polskiej delegacji (jeśli w zagranicznej delegacji jest prezydent, z urzędu zawsze jej przewodniczy). Na miejscu powstała sytuacja niezręczna, wręcz komiczna, przedmiot żartów. Jednakże Donald Tusk potrafił wyciągnąć z niej wniosek pozytywny na przyszłość: skoro prezydent chce bywać na unijnych szczytach, niechaj bywa.

I na grudniowy szczyt polecieli razem rządowym samolotem. Arcyważny szczyt. Dotyczący redukcji emisji CO2 w atmosferze.

Niestety, Bóg obdarzył Polskę węglem, a nie ropą czy gazem, więc trujemy środowisko. Aby sprostać wymaganiom UE, Polska musi przejść na inne źródła energii. Łatwo powiedzieć. Za co? Otóż premier Tusk podjął się negocjacji w imieniu mniejszych dziewięciu "węglowych" państw. Rozmowy okazały się tak owocne, że nie tylko zdobyły uznanie prezydenta Francji Sarkozy'ego, który powiedział: "Donald, z tak skutecznym negocjatorem jeszcze nigdy nie miałem do czynienia", ale i Polska dostała czas na przestawienie się na inne źródła energii do roku 2020, oraz - słuchajcie, słuchajcie! - możliwość ulg w unijnych rozliczeniach, których szacunkowa wysokość może osiągnąć 60 miliardów złotych.

***

Francja ma ponad 80 elektrowni atomowych. (Żartuje się, że ostatnią łopatę węgla na północy tego kraju wydobył przed laty Edward Gierek jako chłopak, zanim wrócił do Polski).

My też od lat mieliśmy ambicje korzystania z energii atomowej. Byli specjaliści i rozwiązania. Jechał już zakupiony w Skandynawii reaktor na z góry przygotowane miejsce nad Jeziorem Żarnowieckim. Jechał, ale nie dojechał. Lud się zbuntował i - mimo racjonalnych opinii wszystkich fizyków - nie dopuścił do powstania elektrowni atomowej. Czarnobyl tkwił jeszcze w głowach za głęboko.

Obecnie obok atomu wyrosły inne technologie, choćby różnego typu elektrownie wiatrowe. Mamy czas, żeby się nad tymi rozwiązaniami pochylić.

***

Drugim tematem grudniowego szczytu był powracający jak bumerang traktat lizboński.

Tu Sarkozy zwrócił się z pytaniem do Lecha Kaczyńskiego: "Nie rozumiem, jak w Lizbonie można być entuzjastycznie za traktatem, a w Warszawie nie chcieć go podpisać?". I dodał: "Proszę się nie zasłaniać mniejszymi państwami".

Tak czy inaczej, wróciliśmy z Brukseli z tarczą. Mam tu na myśli nie tylko osiągnięcia materialne, ale nastrój obu polskich przywódców: Tusk: "Mieliśmy się obaj pozabijać, a tu nic; zgoda i przyjemność. Nawet prezydent dał mi się przespać w samolocie".

Tak sobie myślę: wszystko pięknie, my przestaniemy zatruwać nasz maleńki w stosunku do globu kawałek świata, ale kiedy przestaną dymić Chiny?! I kto je do tego skłoni? I czy prezydent Obama, zgodnie z przedwyborczymi obietnicami, zacznie wdrażać dyrektywy z Kioto?

***

W tym samym czasie, kiedy Bruksela "obalała" węgiel, po Polsce jeździł z dawna zapowiadany Dalajlama. Oficjalnym celem przybycia miało być 25-lecie Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy. Przybyli przywódcy z całego świata, nie wyręczając się urzędnikami niższego szczebla. No i przybył Dalajlama. Z odkrytym ramieniem, mimo chłodu. Znam jego wielką popularność na świecie, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że spotka się u nas z przyjęciem, jakim podejmowaliśmy Jana Pawła II. Z całej Polski podróżowali ludzie, żeby zawczasu kupić sobie bilet na spotkanie. Dalajlama jest inny od naszego Papieża, ale odbierany z podobną estymą.

Najbardziej ujął mnie gest, kiedy Wałęsa po krótkim, emocjonalnym przemówieniu Tuska rozpłakał się, łzy dosłownie spłynęły mu po policzkach - i w tym momencie Dalajlama podał mu chusteczkę. Refleks i prostota tego człowieka nie ma sobie równych.

***

Gdybym spytała Polaków, co było dla nich najważniejsze w ostatnich dniach, jestem pewna, że odpowiedź nie brzmiałaby, że wywalczony arcyważny pakiet energetyczno-klimatyczny; nie znakomitości przybyłe do Gdańska, żeby świętować uhonorowanie Wałęsy, ale Dalajlama.

Ale czy coś po tym uznaniu zostanie? Spontanicznie ktoś podał pomysł, żeby jeden ze skwerów Warszawy nazwać Wolny Tybet albo choćby skwer Dalajlamy. Pragnienie nie stało się czynem. Ze strachu przed reakcją Chin. Wystarczy, że Sarkozy odbył z Dalajlamą półgodzinną rozmowę, a już Chiny pogroziły mu palcem.

Do czego to doszło! Podobno nie ma na świecie pary obuwia, która nie byłaby wykonana w Chinach. I chodzi już nie o przysłowiowe trampki, ale i najwykwintniejsze pantofle. Prawdę mówiąc, wszystkie tekstylia też pochodzą z Chin...

Pamiętam przedwojenne spacery z ojcem po polskich bezdrożach. Ojciec czasem przystawał nagle, ogarniał okiem widnokrąg i mówił: "Chiny wszystko zaleją; cały świat". Szliśmy dalej, krajobraz się zmieniał, znów przystawał, a ja z nim. Znów obmierzał wzrokiem horyzont i mówił: "Cóż z tego, kiedy Chiny zaleją świat". Nie zwracałam na to uwagi; takie ojca porzekadło, ale dziś okazuje się, że coś w tym jest. Jak dotąd, Chiny zawojowały świat tylko towarami.

***

Mówi się o pułkowniku Kuklińskim. Ujawnione raporty, które przekazał Amerykanom, nie tylko zawierają najważniejsze tajemnice Układu Warszawskiego, co mogło zapobiec mającej poważne konsekwencje konfrontacji, ale są pisane bez żółci, bez nienawiści. Kukliński przedstawia Jaruzelskiego obiektywnie. Daje charakterystykę jego dobrych stron, podkreślając jednakże, że był opanowany patologicznym wprost lękiem przed Rosjanami.

Młodzi dziennikarze, których słucham rano w radiu, mówią, że zarwali noc, nie mogąc oderwać się od fascynującej lektury. Mają zupełnie inne spojrzenie na sprawę niż poprzednie pokolenie.

Pułkownik Kukliński - bolesny dla mnie temat od samego początku. Przede wszystkim dlatego, iż wielu moich ówczesnych kolegów, których szanowałam i liczyłam się z ich zdaniem, przyjęło zrazu jego czyn z dezaprobatą. Argument: złamał przysięgę wojskową. Otóż nie złamał. Nigdy nie traktowałam przysięgi na Układ Warszawski za zobowiązujący dla jakiegokolwiek Polaka. Wedle mojego przekonania wykorzystał wiedzę, jaką posiadł, dla dobra Polski; wrzucił potężnym kamieniem w potęgę ZSRR. Nie uląkł się. Raz postanowiwszy, czynił swoją powinność dzień po dniu - zawsze pod grozą wpadki znaczącej dla niego śmierć.

Sam nie wpadł, ale śmierć zadano dwu jego synom. Jeden został rozjechany na parkingu, a drugi zginął na żaglówce. Ręce wroga są długie - weźmy sprawę Litwinienki.

Wielcy nasi emigranci też wtedy nie rozumieli sceptycyzmu Polaków w kraju wobec płk. Kuklińskiego. Zbigniew Brzeziński pytał: "Jak możecie nazywać go szpiegiem?!".

Słowo "szpieg" ma pejoratywną konotację. W tym, czego dokonał Kukliński, widzę jedynie pozytywy. Byłam na jego warszawskim pogrzebie. Towarzyszyły mi na szczęście tłumy zwykłych ludzi. Spoczął na cmentarzu wojskowym w Alei Zasłużonych. Niedaleko Jacka Kuronia.

***

Do naszego pięknego acz krótkiego metra nikt już się nie mieści. O miejsca trzeba walczyć. Nie daj Bóg, żeby ktoś starszy znalazł się na peronie! Metrem więc nie, samochodem nie (niebotyczne korki). Gdyby honorowano pasy wyznaczone dla autobusów miejskich, byłoby świetnie. Ale gdzie tam! Gdzie Polak-kierowca zdobędzie się na taką samodyscyplinę! Coraz więc częściej ludzie myślą o jeżdżeniu rowerem do pracy. Rowery są, ścieżek miejskich jak na lekarstwo.

***

Poseł Zbigniew Ziobro martwi się, jak spłaci karę zasądzoną przez sąd za oszczerstwo, jakie będąc ministrem sprawiedliwości rzucił na genialnego kardiochirurga Mirosława Garlickiego. Fatalne słowa brzmiały: "Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie". Sąd zasądził karę pieniężną oraz przeproszenie pomówionego w mediach elektronicznych, co będzie kosztowało pokaźną sumę. "Chyba będę musiał sprzedać mieszkanie" - żali się Ziobro. Od razu znalazł chętnego! Kupić mieszkanie chce od niego mój ulubiony poseł Janusz Palikot. I urządzić w nim Muzeum IV Rzeczpospolitej.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail