Przegląd Polski
2 stycznia 2009

Tylu sukcesów, żeby w Nowym Roku 2009
strzelały tylko butelki od szampana
życzy Drogim P.T. Czytelnikom i Współpracownikom

redakcja "Przeglądu Polskiego"

Żabką przez Atlantyk

Dość tego roku!

Marek Kusiba

Wyznałem Ani Frajlich, że nie mogę się dosłownie doczekać końca tego roku, bo i to się sypie, i tamto wali, same zgony wśród przyjaciół, żadnych nadziei na poprawę, i na dodatek początek wielkiego kryzysu, na co poetka, obdarzona znakomitym poczuciem humoru, podrzuciła mi zdanie, niczym koło ratunkowe: "Dość tego roku!". I zaraz zaznaczyła, że tę zgrabną adaptację popularnych życzeń wymyślił jej przyjaciel.

Poprosiłem więc Anię o uzyskanie zgody jej przyjaciela, obdarzonego wybitnym poczuciem humoru, na wykorzystanie wynalazku i umieszczenie tegoż w tytule felietonu. Następnego dnia Brian Bergman dał mi nie tylko pozwolenie, ale i błogosławieństwo, jako że jego hebrajskie imię to Baruch, co znaczy błogosławiony. Od razu przypomniałem sobie o tegorocznych błogosławionych, którzy odeszli z tego świata, a swoją obecnością na nim odcisnęli piętno na życiu wielu ludzi, także moim. Gdy zacząłem wyliczać nazwiska, włosy zaczęły mi odrastać na łysej głowie i powstawać: toż to istny kondukt pogrzebowy kultury polskiej!: Wojciech Skalmowski, Józef Szajna, Edward Kłosiński, Anka Kowalska, Jerzy Kawalerowicz, Krystyna Kersten, Gustaw Holoubek, Jan Kaczmarek, Bronisław Geremek, Wojciech Adamiecki, Jan Grzegorzewski, Jerzy Koenig - a to dopiero nazwiska z górnej półki. Na tej niższej znalazło się też wiele nazwisk, niesprawiedliwie nie za wiele mówiących moim czytelnikom, ale może dlatego przypomnę dwa z nich.

Przed kilkoma tygodniami, z okazji rocznicy stanu wojennego wspomniałem artystę Jerzego Leszczyńskiego, który przywitał wojenkę jaruzelską w moim mieszkaniu; nie miałem pojęcia, że w tym roku zmarł w wieku zaledwie lat 61. Był znakomitym mimem, ciekawym aktorem, utalentowanym choreografem i reżyserem teatralnym. Płonęła w nim pasja, zarażał miłością do swego powołania.

Gdy zakładał w maleńkich Puławach, a potem rozwijał w Lublinie swój Teatr Wizji i Ruchu, potrafił opowiadać godzinami o swoim dziecku - pomyśle połączenia pantomimy, baletu, tańca nowoczesnego oraz światła i muzyki. Wykorzystując ruch utajony i ruch zwolnionej taśmy stworzył nowy, nieznany dotąd styl, nazwany teatrem wizji i ruchu.

To było doprawdy nowatorskie odkrycie i zasłużenie zwróciło uwagę twórców teatralnych z Nowego Jorku. W 1985 r. Jurek Leszczyński, obok jedenastu awangardowych choreografów z całego świata, został zaproszony do Międzynarodowego Projektu Choreograficznego (ICP) przy American Dance Festival. Dzwonił do nas, do Toronto z Wielkiego Jabłka, ciesząc się swoim sukcesem jak dziecko. Było w nim zawsze coś z genialnego dziecka, płatającego figle, pokazującego stale język ułożonemu światu. Był prawdziwym artystą, obdarzonym wieloma talentami, nie w pełni wszak wykorzystanymi.

Ale wtedy pobyt Jurka w Nowym Jorku zaowocował w 1987 r. zaproszeniem go do stworzenia podobnego teatru na Węgrzech. Trafił z Lublina do Budapesztu. Był dyrektorem artystycznym węgierskiej odmiany swojego teatru całe pięć lat. Wystawił 28 pełnowymiarowych spektakli, zrealizował 5 filmów fabularnych i przygotował 22 widowiska telewizyjne (scenariusz, choreografia, reżyseria i współpraca reżyserska). Jego Teatr Wizji i Ruchu wielokrotnie występował poza krajem - w Anglii, Francji, Belgii, Holandii, Danii, Luksemburgu, Norwegii, Włoszech, Niemczech, Austrii, Czechach, Rumunii, Indiach i Stanach Zjednoczonych.

Gdy sprawdzałem informacje o Jurku Leszczyńskim, na lubelskiej stronie natknąłem się na innego przyjaciela, który w tym feralnym roku 2008 rozstał się z tym łez padołem. Tadeusz Kwiatkowski-Cugow to temat na całą książkę; niezwykle kolorowa postać: poeta, prozaik, eseista, satyryk i facecjonista, wieczny student. Studiowaliśmy razem polonistykę na UMCS, razem przesypywaliśmy węgiel w lubelskiej ciepłowni, by zarobić na czesne, byliśmy w tej samej grupie poetyckiej Samsara, której działalność polegała na zbiorowym pisaniu wierszy. Tadek miał cudowny stosunek do życia, był wspaniałym kontestatorem. Gdy pewnego dnia Bruno Miecugow wypomniał mu w Życiu Literackim, że podszywa się pod sławę Tadeusza Kwiatkowskiego, wybitnego krakowskiego krytyka literackiego, Tadek napisał do Miecugowa i redakcji, że zmienia nazwisko na Tadeusz Kwiatkowski-Cugow...

Urodził się w Wilnie, dzieciństwo spędził we Włocławku, gdzie, wraz z matką deportowano go po wojnie. Po szkole zawodowej był tokarzem, sanitariuszem w pogotowiu ratunkowym, robotnikiem w cegielni, woźnym, stróżem nocnym. Kim Cugow nie był... Miałem zaszczyt wygrać z nim kiedyś konkurs poetycki, w którym ustanowił swoją prywatną nagrodę: pocałunek pośladka poety Zbigniewa Włodzimierza Fronczka, jeśli ten z nim wygra. Fronczek zajął w tym konkursie drugie miejsce, Cugow trzecie. Konsumpcji nagrody dokonano na stoliku klubu studenckiego Arkus, gdzie notabene poznałem swoją przyszłą żonę...

Ale to już opowieść na inną okazję. Dziś, mając już dość tego roku, życzę mimo wszystko swoim Czytelnikom - do siego roku 2009!

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail