Przegląd Polski
16 stycznia 2009
- Probówałam uciec daleko - Z Kasią Adamik rozmawia Hanna Kosińska Hartowicz
- Biedny Herbert patrzy na zideologizowany świat - Ewa Thompson
- Nowojorska kronika (sztuka) - Czesław Karkowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Próbowałam uciec daleko
Z reżyserką Kasią Adamik rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
Kasia Adamik i Agnieszka Holland
Co jest najbardziej fascynujące w Twojej pracy?
Myślę, że opowiadanie historii. To zawsze podobało mi się najbardziej w filmie. Robienie filmów to opowiadanie o ludziach, o światach, o miejscach , które się w części wymyśla, nad którymi się panuje, a jednocześnie, które ciebie też zaskakują. To jest dla mnie najbardziej interesujące.
Studiowałaś grafikę, zaczęłaś od komiksów.
Myślę, że to też była droga do filmu - przez komiksy, łączące rysunek, który zawsze uwielbiałam, z opowiadaniem głupot...
Praktykę w zawodzie odbyłaś przy mamie (Agnieszce Holland). W którym momencie podjęłaś decyzję, że będziesz kręciła filmy sama?
Trudno tu mówić o podejmowaniu decyzji, bo te rzeczy łączyły się i następowały po sobie naturalnie. Po skończeniu działu komiksu, żeby zarobić na życie, zaczęłam robić story board - rozrysowywałam ujęcia filmowe. Zaczęłam pracować z Agnieszką przy Tajemniczym ogrodzie, a potem przy wszystkich następnych jej filmach, jako "scenoryst", to jest nowe polskie słowo dla tej specjalności. I tak jakoś weszłam w to, co było moją największą pasją; czyli rysunek i film.
Kiedy rozmawiamy, w Museum of Modern Art, przy pełnej sali odbywa się pokaz Twojego najnowszego, polskiego filmu "Boisko bezdomnych". Wcześniej zdobiłaś jeden film ("Bark") w USA. Te filmy dzieli parę lat, a między nimi była produkcja "Janosika". Jaka jest różnica między pracą w USA i w Polsce?
Sama praca na planie tak się specjalnie nie różni. Ekipy w Polsce są teraz na wysokim poziomie...
Zawsze były.
Ale teraz jest kilka nowych zawodów, jak np. rekwizytor planu. W Polsce nie powstawało tak wielu filmów jak tu, gdzie podział prac i funkcji jest bardzo ściśle określony i każdy wie dokładnie, co do niego należy. Dzięki temu wieloma sprawami nie trzeba się po prostu przejmować. W Polsce jest inaczej: dalej część tych funkcji jest jakby "domowej roboty". I trzeba mieć oko na wszystko.
Za to aktorzy...
Uważam, że są w Polsce fantastyczni. Współpraca z aktorami, zwłaszcza przy serialu Ekipa, a potem przy Boisku właśnie - zaskoczyła mnie. Są świetni, hojni, otwarci, mają dużo inwencji. Praca z nimi to prawdziwa przyjemność.
W Polsce nadal mamy kino reżyserskie. W USA decyduje producent.
To jest największa różnica. W Polsce do reżysera należy final cut, czyli reżyser jest absolutnym panem swojego filmu, żaden producent nie przyjdzie i nie ma możliwości, by przemontować film. Oczywiście może zasugerować, żeby coś wyciąć czy zmienić, ale taka decyzja zależy tylko od reżysera. Nikt go nie może do czegoś takiego zmusić. W Ameryce... też może tak być, że producent zaproponuje tylko, żeby coś wyciąć, ale sam fakt, że może ingerować w film - znaczy i zmienia bardzo dużo. To wielka różnica.
Odpowiadasz za film i wiesz, że będzie do końca "twój".
Takie fantastyczne doświadczenie miałam przy Boisku, ponieważ nie tylko cała ekipa, ale też producenci i aktorzy byli bardzo pomocni i bardzo kreatywni, ale nikt nigdy nie wchodził na moje "boisko".
Za taką wolność musi być jakaś cena.
Oczywiście, za to się płaci, bo film kręcony w Polsce, po polsku, nie ma dystrybucji za granicą, nie ma takiej przyszłości jak film kręcony po angielsku w Ameryce...
Przecież i tu powstają setki filmów, które nigdy nie trafiają do kin, są jedynie wydawane na DVD.
Ale potencjalnie i tak mają większą szansę sprzedaży na świecie niż polski film. I tu właśnie można zapytać, czy warto płacić tak wysoką cenę za tę szeroką dystrybucję, jeśli się jest tylko wykonawcą, a nie artystą?
Nie wiem, ale to zupełnie inna praca, nawet jeśli się tego nie czuje w czasie pracy z ekipą i aktorami, to jednak gdzieś w tyle głowy jest ta świadomość. Decyzje i sposoby ich podejmowania są inne.
Pochodzisz z wielkiej rodziny reżyserów i filmowców.
Jestem numerem 6. Już brat mojej babci reżyserował, w telewizji co prawda, ale...
Twoi rodzice, siostra mamy (Magdalena Łazarkiewicz), szwagier (zmarły niedawna Piotr Łazarkiewicz), ich syn, kompozytor Antek...
Tak, uwarunkowania genetyczne. A przecież próbowałam uciec daleko, najdalej jak umiałam. Studiowałam grafikę w Belgii, przez wiele lat walczyłam, żeby się jednak nie dać wciągnąć. Widziałam, jak Agnieszka, Magda czy mój ojciec - jak oni muszą walczyć. Wszystko, co nie jest samym robieniem filmu, ale jest "przed i po" - tak wyczerpuje! Cały czas się pracuje, bez przerwy, w ogromnym stresie powodowanym m.in. krytyką wewnętrzną i koniecznością "sprzedawania siebie".
"Boisko bezdomnych" ma już sukcesy. Dwukrotnie wyświetlony w MoMA, zdobył wcześniej kilka nagród. Publiczność nagrodziła go w Gdyni, zdobył nagrodę na polonijnym festiwalu w Chicago i na Camerimage w Łodzi.
Ten film się podoba; widzowie wychodzą z kina podniesieni na duchu. I właśnie na tym mi zależało, żeby zrobić polski film z takim pozytywnym "twistem", który nie jest do bólu depresyjny, tylko daje jakąś nadzieję.
Czy to, że jesteś córką Agnieszki Holland, która ma potężną pozycję w filmowym świecie, pomaga Ci? Ma duży wpływ na Twoje zawodowe życie? Czy radzisz się mamy, czy raczej starasz się sama dojść do wszystkiego?
Każdy jest bardzo zdziwiony, jak mówię, że to jest bardzo pozytywne, żeby mieć taką matkę. Nie rozumieją, że mogę nie mieć problemu tworzenia "w jej cieniu". Co jest absurdem kompletnym.
Pod każdym względem ta sytuacja jest bardzo pomocna. Po pierwsze, nauczyłam się przy niej warsztatu i fachu filmowego. Przez to, że byłam z nią na planie, przez to, że nie tylko rysowałam story board, ale też siedziałam na wszystkich próbach aktorskich, na castingach, przy montażu, uczestniczyłam zawsze i byłam obecna w czasie całego procesu filmowania. I to było na pewno lepsze niż szkoła filmowa.
Agnieszka bardzo ceni Twoje zdanie.
Tak, to jest fantastyczne, że ona obdarza mnie takim zaufaniem i że wszystko mi pokazała; po drugie, nie ma co ukrywać, że taka "znajomość" jest bardzo pomocna. Zna się wszystkich, ma się dostęp do producentów, do aktorów, no po prostu...
... jest się córka Agnieszki Holland. Czyli rodzinne powiązania są w Polsce tak samo ważne jak tutaj.
Oczywiście. Myślę, że gdybym przyszła "z ulicy", byłoby mi o wiele trudniej.
Współreżyserowałaś (z Agnieszką i Magdą) telewizyjny serial "Ekipa", a wspólnie z mamą pracowałyście przy "Janosiku", którego produkcja dobiega właśnie końca po wielu latach przerwy. Jaka jest historia powstawania "Janosika"?
Nie wiem, czy mogę teraz opowiadać całe dzieje tego projektu, ale wspomnę tylko, że zaczęłyśmy ten film z Agnieszką jako współreżyserki. To był pierwszy nasz wspólny projekt. Agnieszka dostała scenariusz od producenta słowackiego. Piękny scenariusz; bardzo liryczny, jak ballada. Bardzo niekonwencjonalny. Spodobał jej się ten scenariusz, spodobało jej się dotknięcie prawdziwego folkloru tego regionu i czasów, o których wiemy niewiele. Poza tym ciekawe jest trochę przewrotne spojrzenie na tego legendarnego bohatera, na jego prawdziwe życie.
Postanowiła, że będziemy ten film robiły razem, bo ogrom trudności z nim związanych był trudny do ogarnięcia. Zaczęłyśmy kręcić i mniej więcej w połowie zdjęć okazało się, że coś tam się zawaliło ze strony producentów i musiałyśmy przerwać pracę na... 6 lat.
Wpadłam w depresję, przez pół roku siedziałam w domu i nie chciało mi się nawet myśleć o jakimś innym projekcie. Tyle wysiłku i pracy na nic! Zdjęcia były kręcone na Słowacji w zimie, w górach, w bardzo trudnych warunkach. Licząc z przygotowaniem zdjęć i montażem - siedziałam wtedy rok na Słowacji. I nagle się okazało, że ten kawał życia przepadł. Przepadł, bo jak nie ma filmu na końcu tej ciężkiej pracy, to właściwie nic nie ma...
Bardzo długo próbowałyśmy ten film wskrzesić, bezskutecznie. I jak właściwie już trochę machnęłyśmy ręką i myślałyśmy, że nie ma szans, cały projekt przejął polski producent Darek Jabłoński. I też walczył 2 lata, żeby go dofinansować i wszystko "złożyć do kupy", co nie było łatwe. Ale właśnie skończyłyśmy zdjęcia.
W MoMA były też dwa odcinki serialu "Ekipa", przy którym pracowałaś w Polsce z mamą i ciocią, Magdaleną Łazarkiewicz. 13 odcinków reżyserowanych równocześnie przez 3 kobiety o różnych temperamentach i różnym sposobie pracy... Jak powstawał ten serial?
Byłyśmy razem na wakacjach, kiedy wymyśliłyśmy, że trzeba zrobić taki serial o polityce, jaka mogłaby być, gdyby była fajna. Taki trochę utopijny pomysł, oparty na tym, żeby nie krytykować przez negatyw, ale pokazać, że może być też lepiej, inaczej... Kręciłyśmy wszystkie odcinki razem, bez przerwy przez 102 dni zdjęciowe. Pracowałyśmy we trzy, czasem na dwie ekipy, czasem wymiennie tego samego dnia z tą samą ekipą. Czasem jedna przejmowała scenę zaczętą przez drugą... No, to był totalny chaos. Dla ekipy zdjęciowej też nie było to łatwe, bo każda z nas ma zupełnie inny sposób pracy.
Ten film śnił się nam po nocach; trzeba było zapanować nad wszystkim, co było nie do ogarnięcia, a do tego miałyśmy bardzo mało czasu: 7,5 dnia zdjęciowego na odcinek. To rzeczywiście było niesamowite doświadczenie.
Jakie cechy powinna mieć kobieta-reżyser?
Zawsze myślałam, że nie mam tych cech, bo mi się wydawało, że trzeba być bardzo wygadanym i twardym, być takim "generałem", który potrafi kontrolować i trzymać krótko 100 osób. Wprawdzie wiedziałam i wiem, co lubię i czego chcę, ale miałam wrażenie, że nie mam takiego instynktu dowodzenia.
Okazało się, że masz.
Okazało się też, że nie trzeba wcale być tą najmocniejszą osobą na planie. Trzeba po prostu "być". I jak się wie, czego się chce, to naturalnie się do tego doprowadzi.
Czy dajesz aktorom możliwość improwizacji, czy wymagasz podporządkowania się Twojej wizji?
Dokładnie wiem, czego chcę, ale też daję dużo wolności. Myślę, że to było widać szczególnie przy Boisku, gdzie grało tylu aktorów. W tym filmie jest wiele wątków i wiele różnych historii bohaterów. Postacie muszą żyć i mieć jakieś zadania aktorskie, nawet jeśli to nie jest "ich" scena i w scenariuszu nie ma dla nich zadań. To było rzeczywiście największe wyzwanie dla mnie. I nie zawiodłam się na aktorach. Wymyślali "swoje rzeczy"; inaczej bym sobie nie poradziła.
Byłam na festiwalu w Gdyni na spotkaniu z Tobą i aktorami z "Boiska bezdomnych". W niezwykły sposób opowiadali o pracy przy tym filmie i waszej współpracy; nigdy czegoś podobnego nie słyszałam od tak dużej grupy aktorów. Oni wszyscy po prostu Ciebie kochali! Jak osiągnęłaś taką harmonię z tak dużą grupą ludzi?
Nie wiem, czy to jest moja zasługa, czy może tego, że Marcin Dorociński, który grał główną postać w tym filmie, jest niezwykle ciepłym człowiekiem, a w dodatku bardzo zaangażował się w ten film. Może dlatego, że to też jest troszkę jego historia, bo chciał być piłkarzem, jak był młody, o czym dowiedziałam się, gdy go już zaangażowałam do filmu. W sposób naturalny wszedł w rolę trenera. A pozostali naprawdę stworzyli drużynę. Mieliśmy treningi piłkarskie przed zdjęciami i spotkania z bezdomnymi. Z nimi też tworzyliśmy taką drużynę. Jak oni się teraz spotykają po kilku tygodniach niewidzenia, witają się bardzo ciepło.
Aktorzy mieli możliwość tworzenia swoich bohaterów. Na ogół reżyserzy są bardziej dokładni. Mają postaci wymyślone i nie lubią, jak jest coś inaczej. A mnie w pracy z aktorem najbardziej się podoba, jeśli pokaże postać inaczej, niż ja ją sobie wymyśliłam. Bo gdyby każdy zagrał dokładnie według mojej wizji, byłoby nudno, prawda? A tak postaci tworzą się na planie.
Operator Jacek Petrycki nakręcił kilka filmów z Twoją mamą, a dopiero za ten film został nagrodzony na Camerimage główną nagrodą za zdjęcia.
Od początku chciałam pracować z Jackiem przy tym filmie. Zależało mi, żeby nie wpaść w taką łatwą pułapkę "pięknej stylizacji biedy", bo te odrapane ściany itd. mogą być takie estetyczne i piękne. Jemu udało się pokazać brzydotę stylowo, ale bez stylizowania.
Byłam szczęśliwa z powodu tej nagrody, bo tam jest międzynarodowe jury i przyznają ją koledzy, wielcy operatorzy z całego świata, więc ich wybór ma szczególną wymowę.
Dowiedzieliśmy się o tym w nocy w przeddzień rozdania nagród, a następnego ranka mieliśmy jechać do Opola, na premierę teatralnej adaptacji Aktorów prowincjonalnych w reżyserii Agnieszki i Ani Smolar.
W filmie "Aktorzy prowincjonalni" Jacek Petrycki debiutował jako operator...
... a więc wszystko się tego samego dnia złączyło: tam premiera w teatrze, tu Jacek odbiera prestiżową nagrodę po latach pracy...
A teraz Ty pokazujesz swój film w MoMA.
To jest w ogóle abstrakcja... Museum of Modern Art, gdzie prezentuje się sztukę największych na świecie artystów; a tutaj ja...
Gratuluję Ci i życzę ciekawych nowych filmów.
