Przegląd Polski
16 stycznia 2009
- Probówałam uciec daleko - Z Kasią Adamik rozmawia Hanna Kosińska Hartowicz
- Biedny Herbert patrzy na zideologizowany świat - Ewa Thompson
- Nowojorska kronika (sztuka) - Czesław Karkowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Biedny Herbert patrzy na zideologizowany świat
Zbigniew Herbert, pomimo braku "menedżerów od sukcesu", znalazł zdumiewająco dużo czytelników poza Polską
Będzie to opowieść o mało znanym fragmencie z życia Zbigniewa Herberta: o otrzymaniu przez niego Nagrody Literackiej im. Thomasa Stearnsa Eliota.
Finansowo było to pokaźne wyróżnienie; postawiło ono również Herberta w szeregu rozpoznawalnych w konserwatywnych kołach Ameryki autorów wysokiej klasy. To, że wśród Polaków o tej nagrodzie się nie pamięta, jest częściowo wynikiem okoliczności: Herbert otrzymał ją na dwa lata przed śmiercią, gdy był już bardzo chory. Był również w tym czasie osobą niemile widzianą w kołach związanych z Gazetą Wyborczą: nieprzyjemne oskarżenia ze strony Adama Michnika, który z wielbiciela Herberta przekształcił się w jego ideologicznego wroga, odsunęły od poety wiele osób. Nagroda Eliota przyznana była w połowie 1996 roku, zaś w sierpniu tegoż roku Adam Michnik zaatakował Herberta w wywiadzie wyemitowanym przez telewizję publiczną w Warszawie. Ci polscy intelektualiści, którzy mogliby postarać się o trochę rozgłosu z okazji owej nagrody, bali się zapewne narazić Michnikowi. Była ona bowiem dowodem, że głos Herberta brzmiał równie dźwięcznie w latach 90., jak i w 60. ub. wieku, i że nie było dysonansu (jak utrzymywał Michnik) pomiędzy jego poezją a politycznie zabarwioną prozą.
OKOLICZNOŚCI PRZYZNANIA NAGRODY FUNDACJI INGERSOLL warte są uwagi. Z okazji jej otrzymania Herbert wygłosił, czy raczej napisał, rewelacyjne przemówienie. Przy takich okazjach laureaci zwykle mówią o fundamentach swojego pisarstwa; Herbert nie był wyjątkiem. Mówił do anglojęzycznych słuchaczy raczej niż do warszawiaków, więc polskie uwarunkowania go nie wiązały. Bez wstępów i zastrzeżeń zadeklarował swój związek ze sposobem myślenia i patrzenia na rzeczywistość, który charakteryzował również Eliota, i który jest, moim zdaniem, kamieniem węgielnym jego poezji.
Ale zacznijmy od początku. W 1995 roku zatelefonował do mnie redaktor miesięcznika Chronicles: A Magazine of American Culture i spytał, co wiem o Herbercie i co o nim myślę. Odpowiedziałam, że wiem sporo i myślę dobrze. "Świetnie - odpowiedział - zgłaszam więc panią na kandydatkę do jury nagród Ingersoll w tym roku".
Jury było trzyosobowe, ale tylko dwoje z nas znało poezję Herberta względnie dobrze. Trzeci członek jury, pewien bardzo płodny amerykański historyk, wiedział o Polsce tyle, ile przeciętny Amerykanin, czyli nic, i znał tylko parę okazyjnie mu dostarczonych wierszy Herberta. W takich warunkach przekonanie go do wielkości poety było niemożliwe. Herbert jednak nagrodę dostał, prawem większości raczej niż jednomyślności. Po powrocie do domu przesłałam owemu historykowi jedyny anglojęzyczny tomik Herberta, który wówczas był dostępny; z przyjemnością muszę odnotować, że zmienił zdanie.
Nagrody Fundacji Ingersoll przyznawane były corocznie w dwóch dziedzinach - literatury i historii. Laureatem nagrody historycznej został Francuz, profesor chicagowskiego uniwersytetu Francois Furet, autor kluczowej reinterpretacji rewolucji francuskiej (to on ukuł powiedzenie "totalitarne bliźniaki", czyli komunizm i faszyzm). Wręczenie dyplomów i czeków miało miejsce w Rockford na przedmieściach Chicago; przemówienie Herberta zostało opublikowane w Chronicles we wrześniu 1996 roku. Furet był obecny, ale pomimo najrozmaitszych prób ściągnięcia Herberta do Rockford, jego tekst ja musiałam wygłosić.
NIEDŁUGO PO OTRZYMANIU NAGRODY Herbert powiedział mi, że połowę pieniędzy zamierza przeznaczyć na fundusz repatriacji Polaków z Kazachstanu. Znałam warunki, w jakich mieszkali pp. Herbertowie, ich nieomal blokowe mieszkanie z widokiem na nędzny park w południowej części Warszawy; wiedziałam również, że niewielkie honoraria z Tygodnika Solidarność i (jak twierdzi Joanna Siedlecka) innych politycznie niepoprawnych czasopism były znaczącą pozycją w budżecie poety. Dobrze pamiętam rozmowę z Antonim Marianowiczem, ówczesnym prezesem Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, i lodowaty chłód, z jakim odpowiedział na moją sugestię zaoferowania Herbertowi stypendium na pracę twórczą. Marianowicz, znany humorysta, zaproponował humorystycznie (choć udawał, że poważnie), by Herbert złożył podanie poparte załącznikami... Tak więc gotowość poety do przeznaczenia na akcję społeczną nawet części pieniędzy tak potrzebnych na codzienne wydatki wydała mi się szczególnie szlachetna. Podobnie patrzył na sprawę jeden z niewielu prawdziwych przyjaciół Herberta, redaktor Tygodnika Solidarność Andrzej Gelberg. Myślę, że gdyby nie ta nagroda i przyjaźń Andrzeja Gelberga, dwa ostatnie lata Herberta byłyby jeszcze smutniejsze.
SWOJE PRZEMÓWIENIE HERBERT ZACZĄŁ OD WYZNANIA, że gdy był nastolatkiem, wpadł mu w ręce wiersz Eliota La Figlia che Piange i tak przypadł mu do gustu, że pomimo trudności ze znalezieniem literatury anglojęzycznej w czasie drugiej wojny światowej dotarł do Czterech kwartetów, sztuk teatralnych Eliota i Ziemi jałowej. Niewątpliwie w poezji Herberta można dostrzec jej eliotowskie początki, mimo że powstała ona ze zderzenia z rzeczywistością odmienną od tej, która pasjonowała anglo-amerykańskiego poetę. Eliot przypatrywał się pustce ludzkiego życia na sytym i wyrafinowanym Zachodzie, Herbert miał przed oczyma Polskę objętą marksistowskim terrorem, starannie zresztą ukrytym pod szarą codziennością życia w sowietyzowanym kraju. Polskie doświadczenia kierowały go w nieco innym kierunku niż obrany przez Eliota, ale w tym przemówieniu Herbert okazał się znacznie bliższy swego nauczyciela, niż mogłoby się wydawać z pobieżnego odczytania jego tekstów. Mówił o uzdrawianiu chorób duchowych współczesności i o braku kontaktu z rzeczywistością wśród intelektualistów i zwykłych zjadaczy chleba w wieku XX. Nazwałabym to przemówienie grecko-chrześcijańskim - chociaż oczywiście o żadnym wyznaniu wiary nie było w nim mowy. Poeta naszkicował sposób postrzegania świata, który był mu bliski i który taki właśnie ma rodowód. Herbert nigdy nie tworzył, jak Arthur Rimbaud, światów wyimaginowanych, nigdy nie wychodził poza to, co wokół siebie widział, co rzeczywiście istniało. W swoim przemówieniu po przykłady sięgał do starożytności; zatrącił również o Immanuela Kanta, który, że zacytuję charakterystyczny akapit, w czasie swoich regularnych przechadzek "lubił wąchać zapach chrzanu i jednocześnie zapach harmonijnego wszechświata".
TO OSTATNIE ZDANIE ZAWIERA TYPOWO HERBERTOWSKĄ, jak również Eliotowską akceptację świata fizycznego i jednocześnie deklarację istnienia świata duchowego. Najwidoczniej Herbert uważał, że za czasów Kanta harmonia pomiędzy tymi dwoma aspektami ludzkiej egzystencji była jeszcze możliwa. Metafizyczne dolegliwości, na które cierpiał modernizm, były obce starożytności i nawet niekiedy filozofom XVIII wieku, sugerował Herbert. Wprawdzie nie wynaleźliśmy instrumentów, za pomocą których moglibyśmy dokładnie wymierzyć stopień zakłócenia naszej metafizycznej równowagi i moment, w którym to nastąpiło, ale znajdujemy pomoc w literaturze. Literatura "wyciąga" z masy ludzkiej indywidualne postacie i opowiada o ich losach nalegając, że człowiek jest istotą unikatową, ugruntowaną w świecie fizycznym, ale odznaczającą się duchowością. Dlatego ten krótki błysk pomiędzy dwoma fundamentalnymi wyznacznikami - śmiercią i narodzeniem - wart jest zastanowienia. Herbert zacytował tu Burnt Norton Eliota:
Time present and time past
Are both perhaps present
in time future
And time future contained
in time past
Metafizyczność tego cytatu jest uderzająca. To w sensie anagogicznym mają sens rozmyślania Eliota o tym, że przyszłość leży w przeszłości, a przeszłość w przyszłości; odczytywanie ich na jakimkolwiek innym poziomie czyni te trzy linijki albo psychoanalitycznym mądrzeniem się (czego Eliot, a tym bardziej Herbert, nigdy nie uprawiali), albo nonsensem. To, że Herbert uznał za stosowne przywołać w swoim wystąpieniu te bardzo archaiczne, ale bynajmniej nie martwe sposoby odczytywania świata, było jednym z akcentów wieczoru.
Dalej Herbert wyznał, w sposób bardzo poetycki, że co roku odbywa wyimaginowaną podróż do Grecji, bo tam jest źródło naszej cywilizacji. Sofokles, Sokrates i Platon byli świadkami zbrodni nie mniejszych od tych, które zostały popełnione w wieku XX; potrafili jednak, używając słów jednego z nauczycieli Herberta, Henryka Elzenberga, wydobyć na światło dzienne obszary porządku i znaczenia w świecie ludzkim. Ten ich wysiłek i jego rezultaty czcimy dzisiaj, do nich się odwołujemy. W walce o zachowanie tych wartości patronuje nam Eliot. "Chociaż niewidoczny, jest on wśród nas", zakończył poeta.
Tak więc w swoim przemówieniu Herbert wymienił explicite dwa źródła. Jedno z nich to porządek i sens, które wydobyli z rzeczywistości starożytni Grecy. To oni wyartykułowali świat taki, jakim go znamy. Drugie źródło to te duchowe znaczenia, które stały w centrum poezji Eliota i do których odwołał się Herbert, stawiając sobie Eliota za patrona i deklarując z anagogiczną pewnością, że Eliot jest wśród nas.
UDERZA MNIE PODOBIEŃSTWO pomiędzy przemówieniem Herberta a wykładem Benedykta XVI w Ratyzbonie dziesięć lat później: mimo że papież w centrum postawił chrześcijaństwo, zaś Herbert stawia je w kuluarach, jako "niewidoczne, lecz obecne", obaj podpisują się niejako pod stwierdzeniem, że "sprawą intelektualisty jest widzieć fakty olśniewająco jasno, a jeśli są proste, prosto je nazywać". W wywiadzie dla Tygodnika Solidarność, opublikowanym 11 listopada 1994, Herbert mówił o "zapaści semantycznej", spowodowanej odrzuceniem sposobów rozumowania, których nauczyli nas starożytni Grecy i którymi tak gruntownie przesiąkło chrześcijaństwo.
W swoim ratyzbońskim wykładzie Benedykt XVI też mówił o dwóch źródłach kultury europejskiej, działających jak naczynia połączone. Podkreślił znaczenie wizji św. Pawła w Dziejach apostolskich. "Idź do Macedonii", usłyszał w tej wizji św. Paweł (16:6-10). Papież zinterpretował to jako początek związku chrześcijaństwa z myślą grecką. Stwierdził, że "połączenie wiary biblijnej i greckiej filozofii wywarło decydujący wpływ na historię świata... To połączenie... dało początek Europie i do dzisiaj jest fundamentem tego, co można nazywać Europą". Benedykt XVI przestrzegał przed dehellenizacją, która jego zdaniem grozi współczesnemu światu, bo dehellenizacja - tak twierdził - to śmierć Europy.
Herbert podpisałby się oburącz pod tą opinią. Jego coroczne, wyimaginowane podróże do Grecji były jak dotknięcie ziemi przez Anteusza, zaś zadeklarowane poczucie łączności z Czterema kwartetami Eliota łączy go z drugim segmentem wizji papieża.
TU CHYBA ZNAJDUJE SIĘ ODPOWIEDŹ NA PYTANIE, dlaczego poezja Herberta znalazła oddźwięk na świecie, mimo że nikt nie uwijał się wokół jego interesów. W swojej bardzo powściągliwej, niesentymentalnej, niekonfesyjnej poezji i prozie potrafił on zatrącić o te dwa aspekty europejskiego dziedzictwa, sięgające odległej przeszłości, ale w dalszym ciągu fascynujące, płodne i atrakcyjne dla ludzi z innych kontynentów. Herbert wielokrotnie deklarował swoją przynależność do "obszarów ładu i znaczenia", a jednocześnie potrafił wydobyć ze słów ton wiążący jego poezję z domeną uformowanej przez chrześcijaństwo duchowości. Jego poezja nie miałaby sensu, gdyby ton anagogiczny został z niej usunięty, gdyby nie był jak gdyby "trzymamy w rezerwie" w podtekście Przesłania Pana Cogito jako ostatnia szansa i najważniejsza wartość. I dzieje się tak, mimo deklaracji, że "porówna nas płytki dół". Sprawami proweniencji wartości metafizycznych Herbert się nie zajmował, bo nie był poetą konfesyjnym; po prostu stwierdzał ich istnienie.
ISTOTA KONFLIKTU HERBERTA Z MICHNIKIEM i jego środowiskiem ociera się o powyżej naszkicowane problemy. Nie był to konflikt błahy i nie sądzę, aby przestał być kluczowy, mimo że po śmierci poety pokryto obszary niezgody świeżą tapetą, czyli wywiadem z panią Katarzyną Herbertową. Nie chodziło tu o żadną niezdolność do kompromisu czy niezgodę na demokrację, jak sugerował Michnik w swoich telewizyjnych uwagach o Herbercie w czasie, gdy ten ostatni był zbyt chory, aby na nie osobiście odpowiadać; chodziło o źródła. Nie sądzę, aby Michnik zgodził się ze stwierdzeniem, że kultura europejska wciąż czerpie z dwóch źródeł, filozofii starożytnej Grecji i chrześcijaństwa. I nie byłby w swojej niezgodzie odosobniony: pewna część polskiej inteligencji skwapliwie by mu przytaknęła. W konflikcie Herbert - Michnik nie chodziło o to, czy Herbert się wypisał, czy nie, czy zaczął pisać marne teksty, czy nie. Każdy bowiem pisarz ma prawo do kilku niewypałów. Chodziło o to, że Herbert kierował się po wzorce do przeszłości, zaś Michnik był i chyba pozostał sceptykiem wobec przeszłości i trubadurem takiej przyszłości, w której - że znów zacytuję Eliota - świat będzie tak doskonale urządzony, że ludzie już nie będą musieli być dobrzy.
W przemówieniu z okazji odebrania nagrody Fundacji Ingersoll Herbert zadeklarował swoją przynależność do grupy pisarzy i myślicieli, wśród których stoi Eliot - i, mutatis mutandis, Benedykt XVI. Zadeklarował się po stronie już istniejącej przestrzeni, w której panuje ład i znaczenie przestrzeni zwerbalizowanej przez starożytnych Greków i potwierdzonej przez chrześcijaństwo. Ta przestrzeń jest warunkiem koniecznym sensowności poezji Herberta. Wydaje mi się, że właśnie ten epistemologiczny wymiar uczynił z Herberta pisarza uniwersalnego, czyli takiego, który pomimo braku "menedżerów od sukcesu", znalazł zdumiewająco dużo czytelników poza Polską, i który ma szansę zwycięstwa nad chomikami, gotowymi do napisania jego uładzonego życiorysu.
Ewa Thompson jest profesorem slawistyki na Rice University, ponadto redaktor naczelną The Sarmatian Review. Opublikowany tekst wygłosiła na konferencji zorganizowanej w dniach 10-12 grudnia 2008 roku w Warszawie przez Bibliotekę Narodową i Instytut Badań Literackich na zakończenie Roku Herberta.
