Przegląd Polski
16 stycznia 2009
- Probówałam uciec daleko - Z Kasią Adamik rozmawia Hanna Kosińska Hartowicz
- Biedny Herbert patrzy na zideologizowany świat - Ewa Thompson
- Nowojorska kronika (sztuka) - Czesław Karkowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Nowojorska kronika (sztuka)
Adam Niklewicz, Pewnego razu zeszłego stycznia obudziłem się rano
z ręką wyciągniętą do góry
Adam Niklewicz jest artystą niewielu słów, ale znakomitych czynów.
Na zbiorowej wystawie w Black & White Gallery w Chelsea (826 West, 28 Street) jest jednym z ośmiu twórców prezentujących po jednej pracy na zadany temat.
Tematem jest materiał, tkanina jako substancja, tworzywo sztuki. W katalogu/informacji prasowej do ekspozycji "imMATERIAL" Niklewicz wypowiada się o swym dziele i w ogóle o własnej sztuce w sposób bardzo oszczędny. W czterech zdaniach zaledwie podsumowuje swój projekt artystyczny. Oto jedno z nich: "Moje rzeźby i instalacje wyrastają z ciągłego imigranckiego doświadczenia".
Praca, którą przedstawia na wystawie czynnej do 14 lutego, ma długi, surrealistyczny tytuł: Pewnego razu zeszłego stycznia obudziłem się rano z ręką wyciągniętą do góry. Dzieło jest także utrzymane w duchu tej poetyki - ręka wyciągnięta pionowo do góry i zamieniona w latarnię morską. I w tym momencie uruchamia się cały ciąg skojarzeń i interpretacji - pompatyczna: ręka (wodza) jako jaśniejący drogowskaz; emigrancka - ręka pokazuje bezpieczną przystań; absurdalna - ręka funkcjonująca dosłownie jako latarnia morska (podobnie, powiedzmy, jak w znanym filmie mógł być człowiek z nożycami zamiast rąk); humorystyczna - ręka przekształcona nieoczekiwanie w latarnię morską (pogodna wersja doświadczenia Gregora Samsy z Przemiany Franza Kafki, który budzi się rano zamieniony w karalucha); literacka - emigrant polski po doznaniach latarnika, bohatera opowiadania Henryka Sienkiewicza pod tym samym tytułem, który zrywa się z koszmaru sennego, by stwierdzić z ulgą, że latarnia jednak się świeci.
Przykłady wariantów interpretacyjnych można by mnożyć. Tych kilka wystarczy, by zasygnalizować otwierające się pole symbolicznych, metaforycznych znaczeń oraz sytuację, iż nigdy nie zamkniemy sensu dzieła Niklewicza w jednej konkretnej formule. Jedyne, co należy zrobić w kontakcie z jego dziełem, to pozwolić na swobodną grę wyobraźni i unikać odpowiedzi na pytanie: "co artysta chciał przez to powiedzieć". Tego się nigdy nie dowiemy, bowiem w przyjemności z owej swobodnej gry wyobraźni błądzącej pośród wielości możliwych sensów streszcza się sens dzieła.
Adam Niklewicz jest doskonale znanym, znakomitym konceptualistą, od lat aktywnym w nowojorskim (i nie tylko) środowisku artystycznym. Prezentowane przezeń prace - niekiedy samodzielne przedsięwzięcia artystyczne, niekiedy wystawiane na grupowych ekspozycjach - zawsze mają u podstaw pewien intelektualny koncept, zamysł, projekt starannie obmyślony i zwykle wywodzący się z indywidualnych przeżyć artysty. Następnie Niklewicz zawsze pomysłowo, inteligentnie i dowcipnie przekłada ów koncept na dzieło artystyczne, które musi apelować do wyobraźni, wzrokowych i emocjonalnych doznań odbiorcy.
Adam Niklewicz jest doskonałym artystą, twórcą niezmiernie skrupulatnym, który niczego w swym dziele nie pozostawia przypadkowi; wszystko jest dokładnie przemyślane, zaplanowane i niezmiernie dokładnie (w sensie manualnej zręczności) wykonane. Oglądanie jego prac zawsze sprawia ogromną przyjemność. Niestety, rzadko mamy sposobność obcowania z jego sztuką. Za rzadko.
***
Gdy przychodzi do omawiania najciekawszych artystycznych wydarzeń, nic nie może równać się z wystawami w Metropolitan Museum.
Ekspozycja "Beyond Babylon: Art, Trade and Diplomacy in the Second Millenium B.C." po prostu zapiera dech rozmachem, pięknem eksponatów oraz sposobem przedstawienia zamierzchłej historii.
Niewątpliwie ma ona całkiem współczesną genezę: wraz z wojną w Iraku i Afganistanie Amerykanie nagle otworzyli się na kultury spoza cywilizacji zachodniej. W istocie zaś były to tereny, na których kwitły wielkie cywilizacje; ich dokonania nie zniknęły przecież, ale przekształcane, reinterpretowane, adoptowane do innych warunków złożyły się ostatecznie na nasz współczesny świat. Znajomość tamtej, odległej historycznie i geograficznie rzeczywistości pozwala na zrozumienie siebie i innych.
Drugie założenie leżące u podstaw tej efektownej prezentacji to poparte wiedzą archeologiczną przeświadczenie, że zamierzchłe cywilizacje pozostawały ze sobą w ożywionym kontakcie. Nie były to izolowane światy. Głównie dzięki handlowi wzajemne związki owocowały przepływem obyczajów, idei, wynalazków technicznych i technologii. Handel zawsze łączył kraje i cywilizacje; choćby chciały się odseparować, jednak ponadkulturowe interesy przyciągały je do siebie.
W epoce brązu, gdyż temu okresowi poświęcona jest ekspozycja w Metropolitan Museum, najważniejszą dla wszystkich i mniejszych ośrodków sprawą było zdobycie surowców do wytwarzania głównie broni, pozwalającej na obronę, jak i na własne zdobycze. Miedź wożono z dzisiejszej Turcji, cynę - z Afganistanu. Natomiast zapotrzebowanie na nie sięgało od Egiptu po starożytną Grecję i miasta-państwa w dolinie Eufratu i Tygrysu.
Kwitł więc handel, a wraz z wymianą następowała osmoza kulturowa między geograficznie odległymi rejonami i odrębnymi cywilizacjami. Niezależnie od mnóstwa mniejszych ośrodków władzy głównymi centrami najbardziej ożywionego handlu i wzajemnych kontaktów były cztery miejsca: państwo egipskie, imperium hetyckie (mniej więcej na terenie dzisiejszej środkowej Turcji), Babilon i greckie plemiona zamieszkujące dzisiejszą Grecję wraz tysiącem wysepek wokół i przy brzegach współczesnej Turcji.
A pomiędzy nimi wielka rozmaitość mniejszych i małych centrów kultury (jak powiedzmy Kreta i Cypr). Towary płynęły głównie morzem, toteż jakby punktem centralnym ekspozycji w Metropolitan jest historia związana z handlowym statkiem, zwanym wrakiem z Uluburun. Zatonął ok. 1300 r. przed Chrystusem (a więc przynajmniej sto lat przed wojną trojańską) u wybrzeży Turcji. Odnaleziony w 1984 r. przez poławiaczy gąbek, jest największym odkryciem archeologicznym tego rodzaju. Najstarsza ze znanych jednostek morskich zabierała 17 ton towaru - rudy metali, ceramikę, biżuterię i wszelkiego rodzaju dobra. Część statku została odtworzona w salach Metropolitan. Możemy obejrzeć imponującą konstrukcję o długości ponad 16 m i szerokości 5 m, jak i skarby, zabytki zebrane z dna morza.
Eksponaty na wystawie zgromadzono z 13 krajów basenu Morza Śródziemnego i Czarnego. Mamy więc sposobność podziwiać, najcenniejsze, najwspanialsze przedmioty stanowiące nie tyle o specyfice danej kultury, co o wzajemnym przenikaniu się i wpływach kulturowych.
Do zwiedzenia tej wystawy nie trzeba mieć głębokiej znajomości historii i wiedzy o tamtych czasach i światach. Nawet sugeruję podejście "ignoranta", gdyż wtedy można docenić wartość artystyczną eksponatów, które w istocie nie były przecież dziełami sztuki, ale pełniły funkcje użytkowe czy religijne. Oglądamy więc nagą, uskrzydloną postać kobiecą (bóstwo) o ptasich stopach, stojącą na lwach z wielkimi sowami u boku; małą rzeźbę mężczyzny w przyklęku, o złotej twarzy z brodą wyglądającą jak rzędy lśniących, wyszczerzonych zębów; szereg figurek chudych postaci z osobliwymi złoconymi stożkowatymi nakryciami głowy. Zastanawia dziwność przedstawień, śmiałość wyobraźni, zdumiewa nas charakter dawnej, zaginionej kultury. Z innych eksponatów warto wspomnieć hetycki podręcznik do tresury koni - oczywiście na tabliczce glinianej pokrytej pismem klinowym, albo wielki relief/rysunek batalistyczny - scenę największej bitwy epoki brązu między armiami dwóch imperiów: egipskiego i hetyckiego w 1275 r. przed Chrystusem. Osobliwe dwie figury z bazaltu, pochodzące z terenów dzisiejszej Syrii, siedzącą parę z naczyniami w rękach i w geście jakby ucierały mak. Wspaniałe miniaturowe scenki na cylindrycznych pieczęciach egipskich, asyryjskich czy cypryjskich. Cypryjskie wazy przypominające postaci ludzi podparte pod boki. Broń, ceramikę, rzeźby, przedmioty codziennego i nadzwyczajnego użytku, jakie pozostały po zamierzchłych cywilizacjach.
Bardzo to piękna wystawa, której zdumiewająca uroda objawi się nam w pełni, wkroczymy wyobraźnią w owe dalekie światy. I może lepiej darować sobie czytanie naukowych objaśnień i obszernych komentarzy, bo traci na tym egzotyka eksponatów, znika aura kontaktu z czymś tajemniczym i niezgłębionym.
