Przegląd Polski
16 stycznia 2009

Żabką przez Atlantyk

Strzygi i nomady

Marek Kusiba

O rosnącej w życiu społeczeństwa polskiego, tudzież planetarnego, roli człowieka miłego w dotyku świadczą choćby druzgocące dla płci przeciwnej listy bestsellerów. Literatura krajowa to same kobiety. Do pierwszej dziesiątki książek cieszących się największym powodzeniem w listopadzie i grudniu minionego roku załapało się tylko dwóch panów - Bogusław Wołoszański i Janusz L. Wiśniewski. Brylują za to panie: Małgorzata Kalicińska (z trzema książkami), Monika Szwaja i Barbara Jasnyk. Listę zamykają Olga Tokarczuk i Katarzyna Grochola. Bezpowrotnie minęły czasy Jerzego Pilcha, autora Bezpowrotnie utraconej leworęczności, tudzież Andrzeja Stasiuka czy Janusza Andermana. Polska czytająca pochłania dziś przygody Gosi z powieści Kalicińskiej, o tytule dobrym na czasy globalnego ocieplenia klimatu (gorzej z ociepleniem klimatu w stosunkach międzyludzkich): Miłość nad rozlewiskiem. Gosia szuka, choć bez większego powodzenia, miejsca w życiu. Cała nadzieja w nawróconym z drogi zdrady mężczyźnie Gosi, Januszu, który objawia nie po raz pierwszy - jak pisze porywająco Andrzej Rostocki w Rzeczpospolitej (babskiej?) - "swoją cudowną, wrażliwą naturę". Miejsce Cudownej meliny Kazimierza Orłosia zajęła w świadomości czytającej Polski (i Polki) cudowna natura mężczyzny Gosi. Dobre i to.

W literaturze obcej na odwrót - tylko trzy kobiety w pierwszej dziesiątce. Na zniewieściałym Zachodzie bez zmian, choć są zapowiedzi tychże. Ale co tu jest do zmieniania? Pazerności i głupoty zmienić w ludziach nie można, bo to genetyczne. Faceci po pięćdziesiątce, a tacy trzymają ręce na workach z walutą, mogą zmienić się już tylko na gorsze. Co innego panie, w nich cała nadzieja. Stephanie Meyer w powieści Zmierzch zapowiada zmierzch cywilizacji mężczyzny, opisując wymyślne harce dziewczątka z wampirem, ponoć przystojnym. Panowie, nie traćmy nadziei, w każdym z nas drzemie upiór. Rzecz w tym, by go w sobie obudzić, a reszta pójdzie jak z płatka.

O trudnej sztuce budzenia w sobie wąpierza traktuje każda szanująca się twórczość. Ociera się ona o cechy i zdolności przypisywane różnym Wiedźminom czy Drakulom, takie jak żywienie się krwią bliźniego, czytanie w jego myślach - by nim lepiej manipulować - czy przewidywanie przyszłości. W twórcy jest coś z krwiożerczej strzygi czy strzygonia, a zarazem dobrodusznego Robinsona Cruzoe. Wiedział o tym Tadeusz Konwicki, pisząc powieść Zwierzoczłekoupiór - czyli "takie coś, które nas przez całe życie osacza" - a zatem metafizyczny lęk istnienia, mówiąc językiem bardziej wyrafinowanym niż dziecięcy bohater powieści.

Konwicki pomieścił w niej wiekopomne zdanie: "Przeznaczeniem inteligentnego człowieka jest samotność". Czas pomarcowy, w jakim powieść powstała, miał szybko zweryfikować prawdziwość przewidywania przyszłości przez niepokornego wampira pióra.

Należy w takim razie zapytać, czy Robinson Cruzoe był inteligentny? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie udziela Wanda Wiłkomirska w wywiadzie "Syndrom Robinsona" (Polityka, nr 2/2009, przedruk w Nowym Dzienniku, nr 10 487 z 10 stycznia br.). Skrzypaczka, która właśnie skończyła 80 lat, mieszka w Sydney i posiada tytułowy syndrom: umiejętność zaczynania od zera. Jest człowiekiem bez swojego domu, stale w podróży, prowadzi życie nomady. Żyjąc na emigracji mówi rzeczy pocieszające dla tułaczy: "Mój dom jest tam, gdzie jest mój miś koala. Jeździ ze mną od 40 lat, od pierwszego pobytu w Australii. Jestem człowiekiem bez korzeni".

Pamiętam jej ostatni, przed wyjazdem z Polski, koncert. Odbył się w Tykocinie, już podczas stanu wojennego. Gdy wybrzmiał pierwszy utwór, w drzwiach odnowionej synagogi stanęło wojsko. Nie miało broni, bo przyszło się ukulturalnić. Artystka zaprosiła żołnierzy do środka. Kompania wmaszerowała z hukiem buciorów i zasiadła do słuchania. Ale skrzypaczka stała jak sparaliżowana. Trwało to dłuższą chwilę, narastało napięcie. W końcu zagrała... Mazurka Dąbrowskiego. Publiczność zaśpiewała Jeszcze Polska... Gdy wybrzmiał hymn, dowódca dał rozkaz wymarszu. Jak tylko drzwi się za wojskiem zamknęły, Wiłkomirska zagrała piękny koncert. A potem wskoczyła do czerwonej toyoty i odjechała do Warszawy, skąd miała polecieć z koncertami do Japonii, Australii i Nowej Zelandii. Wcześniej podpisała, m.in. razem z Tadeuszem Konwickim, protest intelektualistów przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Pamiętam jej zdanie na odjezdnym: "Walczcie o tę Polskę...". Nie walczyliśmy, bo też wyjechaliśmy...

Wanda Wiłkomirska odesłała polski paszport do ambasady w Berlinie Wschodnim z oświadczeniem, że nie identyfikuje się z tym, co się dzieje w jej ojczyźnie. Pracowała długie lata w Niemczech, a od przejścia na emeryturę naucza młodych wirtuozów na kontrakcie w konserwatorium w Sydney, gdzie "nie patrzą na datę urodzenia, tylko na jakość pracy" - jak mówi w niezmiernie ciekawej rozmowie z Dorotą Szwarcman.

Obie panie tylko potwierdzają tezę o rosnącej w życiu społeczeństwa polskiego, tudzież planetarnego, roli człowieka miłego w dotyku...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail