Przegląd Polski
23 stycznia 2009
- Klucze do Kapuścińskiego - Marek Kusiba
- "Czepiam się obietnicy, że list niedługo" - Izabela Joanna Bożek
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Obama od Adama
Zaprzysiężenie 44. prezydenta USA uruchomiło w ludziach różnych ras, narodowości, wyznań i zatrudnień niagary nadziei, powodzie radości, gejzery optymizmu i fontanny fantazji. Ludzkość ogarnęła euforia nieomal mistyczna, a zatłoczone fora internetowe, ba - poważne agencje prasowe, niczym głosiciele dobrej nowiny, prześcigają się w prognozach i diagnozach dotyczących pomyślnego obrotu spraw na tym West padole, Wall Street nie wyłączając. Kokosy zbijają różnej maści wróżbici i przepowiadacze przyszłości, ma się rozumieć - różowej.
Tymczasem romantyczni Polacy odwołują się, jak na chwile dziejowych uniesień przystało, do romantycznych poetów. Trwają, zakrojone na wielką skalę, poszukiwania polskich korzeni Baracka Obamy i nawet największych niedowiarków wiodą ci one wprost do celi księdza Piotra, w której miał wiadome widzenie, a odpowiadając na własne pytanie: "Któż ten mąż?" wypowiedział, jak się niedawno okazało, prorocze słowa: "To namiestnik wolności na ziemi widomy!/ (...) Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,/ A imię jego czterdzieści i cztery".
Adam Mickiewicz nie umiał logicznie wyjaśnić znaczenia tego widzenia, wpisanego w III części Dziadów. Od ponad stu lat bezproduktywnie rozprawiali nad tym zagadnieniem najwięksi spece od literatury, ale nowa rzeczywistość rozprawiła się z nimi bez dalszego mydlenia oczu: on ci nasz! Z matki może nie Polki, ale bohaterski, czyli musowo polski! Nasz świat zszedł na psy, a raczej dziady, i wszystko, przynajmniej dla optymistów, jasne. Wymowa tego widzenia była tak widoczna, że i ślepy by zobaczył: w przyszłości miał nadejść "mąż opatrznościowy", "wskrzesiciel narodu", który poprowadzi do przezwyciężenia kryzysu i odzyskania utraconych pieniędzy.
Od mniej więcej lat osiemdziesiątych XIX wieku rodziło się w bólach przekonanie, że wieszcz wieszczył kogoś z krwi i kości, co się właśnie zmaterializowało. Oczywiście zdeklarowani cynicy będą zaprzeczać i gotowi doszukiwać się w liczbie 44 nawet symboliki kabalistycznej. Dziennikarz Robert Bernatowicz przytacza jednak na swym blogu opowieść pani Jadwigi z Kanady, która ze znajomymi odwiedziła przed trzema już laty rezerwat Indian, gdzie spotkali szamana, a ten zgodził się był odpowiedzieć na jedno pytanie wycieczki. Brzmiało ono: o co chodziło Adamowi Mickiewiczowi, kiedy napisał w Dziadach: "A imię jego czterdzieści i cztery"?
Pani Jadzia przekazała odpowiedź szamana dziennikarzowi, a ten zrelacjonował rewelacje na stronie internetowej Wiadomości24.pl: "Ku mojemu zdumieniu szaman zadumał się, zamknął oczy i przez dłuższą chwilę był nieruchomy. Wreszcie z pełną powagą odpowiedział tak: ´W czasie, kiedy pisał te słowa, przez jego głowę przebiegały nie jego myśli. Nikt z twoich rodaków nie rozumie tych słów, a interpretacje są błędne. Świat czeka wielka próba, wielka zmiana. Będzie niezwykły człowiek, prezydent USA, wielki człowiek. On przeprowadzi świat przez tę burzę, pomoże każdemu, kto będzie tylko chciał. Będzie to czterdziesty czwarty prezydent Stanów Zjednoczonych, tak należy interpretować słowa waszego poety! Ten człowiek będzie miał polskie korzenie, to będzie w tym sensie wasz prezydent. To miał na myśli poetaª".
Ziściła się przepowiednia indiańskiego szamana, podobnie jak wiara dr. Martina Luthera Kinga, że kiedyś w Ameryce dzieci nie będą oceniane na podstawie koloru skóry: syn Kenijczyka i białej Amerykanki z Kansas został prezydentem. Ale co, u licha, z polskimi korzeniami? Czyżby matka Baracka Obamy miała jednak polskich przodków? Może był nim jakiś potomek polskich powstańców styczniowych, biorących udział w wojnie secesyjnej? Nie mając pod ręką indiańskiego szamana ani telefonu do pani Jadwigi, też z Kanady, nie podejmuję się rozwikłania zagadki.
Wyjazd pani Jadwigi do Indian zmienił jej życie. Miało to miejsce w latach 60., kto wie, czy nie w roku 1961 - roku urodzin Baracka Obamy - kiedy po raz pierwszy grupa polskich pracowników naukowych przyjechała na sympozjum do Kraju Klonowego Liścia. Pani Jadwiga najwyraźniej nie wróciła wtedy do Polski, wybierając wolność w Kanadzie; jej pobyt na ziemi północnoamerykańskiej trwa w przybliżeniu tyle lat, co pobyt na tym West padole 44. prezydenta Ameryki, po którym wszyscy oczekują cudownego rozmnożenia dolarów i dóbr wszelakich, przejścia suchą stopą przez krach ekonomiczny i wyprowadzenia wojsk z irackiej pustyni.
Wyznawcy wiary w nowego prezydenta są na przykład święcie - nomen omen - przekonani, że cudowne wodowanie airbusa na rzece Hudson było pierwszym widomym znakiem działania "magii Obamy". Ja bym do tych znaków na niebie (gęsi kanadyjskie, które unieruchomiły silniki) i wodzie, dołożył znak na ziemi, i to polskiej: Witold Gombrowicz. Urodził się tego samego dnia co Barack Obama - 4 sierpnia, tyle że roku 1904. Jak by na ten kolejny związek (przyczynowo-skutkowy?) polskiej literatury z wyborem 44. prezydenta USA nie patrzeć, nie sposób przeoczyć w dacie dwóch czwórek...
