PRZEMYSLAW CZAPLINSKI
Stamtad do normalnosci
Dziennik
powrotu Slawomira Mrozka nie jest dziennikiem i nie
mowi o geograficznym powrocie. Ani slowem nie wspomina autor
o latach emigranckich, na kilku stronach zalatwia sie z
decyzja opuszczenia rancza Epifania, nic nie pisze o wprowadzeniu
sie do Krakowa. Zapowiada tez, ze nie bedzie pisal o zmianach,
jakie zastal po powrocie i jakie zaszly w nim samym. O czym
zatem jest ta ksiazka? O polskich rzeczach niezmiennych.
W koncu teskni sie za tym, co bylo, a nie za tym, co uleglo
zmianie; w koncu wraca sie na stare, a nie na nowe. Innych
powrotow nie ma.
Powrot watpliwy
W polowie lat 80. na murach Krakowa pojawilo sie lapidarne graffiti "Strzelaj albo emigruj". Prostota tego wezwania byla porazajaca: wynikalo z niej, ze tylko wyjazd z Polski zwalnia z obowiazku strzelania. Wiec emigrowali: Manuela Gretkowska, Izabela Filipiak, Janusz Rudnicki, Natasza Goerke... Dolaczali do emigrantow wczesniejszych - Edwarda Redlinskiego, Janusza Glowackiego, Andrzeja Pastuszka - ktorzy dolaczyli do swoich poprzednikow...
Gdyby w polowie lat 90. mialo sie pojawic haslo napisane przez emigranta, brzmialoby pewnie: "Wracaj albo gin". Gin w zlych warunkach z biedy, nedzy, glodu, a takze z tesknoty, samotnosci, poczucia zbednosci. Wiec - z roznych powodow - zaczeli wracac. W polowie wrocili Czeslaw Milosz i Adam Zagajewski. Wrocila Manuela Gretkowska, Izabela Filipiak, Edward Redlinski. A takze - Slawomir Mrozek.
Kto jednak przeczyta jego Dziennik powrotu, zacznie sie zastanawiac: czy Mrozek na pewno wrocil? Nie w tym sensie, ze jedna noga jest jeszcze za granica, albo ze myslami w dalszym ciagu przebywa gdzie indziej. Raczej i po prostu, czy wrocil ktos, kto wlasciwie stad nie wyjezdzal? Przeciez caly czas tu byl. Nie jest chyba rzecza przypadkowa i szczegolnie wstydliwa, ze liczni kandydaci na filologie polska podczas egzaminow wstepnych w latach 90. wymieniali Mrozka wsrod dramaturgow krajowych, ze zdumieniem dowiadujac sie od komisji, ze przebywa on na emigracji od 1963 roku! Moze zreszta traktowali to jako egzaminacyjny zart. No bo jak tu uwierzyc w emigracje tworcy, ktory im bardziej byl tam, tym bardziej byl tu? Kilkanascie ksiazek (utwory sceniczne, proza), felietonowe Male listy w miesieczniku Dialog od 1974 roku, cotygodniowe rysunki w Szpilkach, a takze 27 dramatow! Wszystkie najwazniejsze sztuki Mrozka publikowano i wystawiano w Polsce: w 1963 r. - Smierc porucznika; w 1964 - Tango; w 1967 - Poczworka, Dom na granicy, Testarium; w 1973 - Rzeznia; w 1974 - Emigranci; w 1975 - Garbus; w 1977 - Krawiec; w 1980 - Pieszo. I tak dalej - az do lat 90., kiedy to doczekal sie zbiorowych wydan wszystkich swoich utworow i zostal klasykiem za zycia. Mowiac jednak, ze Mrozek byl tu, mam na mysli nie tylko jego stala obecnosc teatralna i ksiazkowa, lecz takze szczegolny rodzaju wspolobecnosci: byl z nami, to znaczy pomagal zniesc nasza rzeczywistosc, pomagal dostrzec przemoc tkwiaca w racjonalnych absurdach i smiesznosc tkwiaca w przemocy. Wiec nie tylko on byl z nami, ale i nam lepiej bylo z nim.
Jednak powrot Mrozka do kraju okazuje sie problematyczny nie tylko w kontekscie jego nieprzerwanej obecnosci w teatrach i pismach literackich, lecz takze w kontekscie Dziennika powrotu. Bo nawet nieuwazny czytelnik bedzie musial dojsc do wniosku, ze jego ksiazka nie dostarcza dowodow wyjazdu. Co wiecej, Mrozek postepuje tak, jakby chcial starannie zatrzec slady swojej bytnosci za granica, ktora trwala - bagatela - 33 lata! Zaznacza wiec, ze nie bedzie pisal o emigracji (zagladam do slownika: 1963-67 - Wlochy; 1968-90 - Paryz; 1990-97 - Meksyk), a wiec nic o przyczynach wyjazdu, powodach przenosin. Niewiele tez pisze o siedmioletnim pobycie na ranczu Epifania w Meksyku, choc sa to najpyszniejsze fragmenty jego Dziennika. Z podobna lakonicznoscia traktuje problemy powrotnego osiedlenia sie w Polsce.
Kiedy napotykalem kolejne sygnaly rezygnacji z tych tematow, targaly mna sprzeczne uczucia. Z jednej strony rosl we mnie szacunek dla pisarza, ktory zachowuje podziwu godna wstrzemiezliwosc, jakis rodzaj "wstydliwosci wyznania". Ale rownie silny byl zal za znikajacymi w oddali konkretami. Probowalem sobie tlumaczyc, ze moje zaciekawienie wynika z odruchow lekturowych: w koncu to inni pisarze - Kazimierz Brandys (Miesiace) i Marian Brandys (Dziennik), Tadeusz Konwicki (wszystkie sylwy od Kalendarza i klepsydry az po Pamflet na siebie) - przyzwyczaili nas do tego, ze formy dokumentu osobistego sa bardzo szczegolowe i bardzo intymne, ze sluza opisywaniu zycia dzien po dniu, ze im bardziej dramatyczne losy - tym wiecej miejsca pisarz poswieca sobie albo nawet, w przypadku skrajnym, ze wszystko traktuje jako pretekst do ja-grafii, czyli pisania na swoj temat. Ale nie kazde wyznanie musi byc od razu ekshibicjonistyczne, nie kazdy etap zycia musi byc charakteryzowany z rownym pietyzmem, nie wszystko musi byc oswietlane z ta sama sila. Pisarz to wlasnie ktos, kto opowiadajac o swoim zyciu uczy nas biograficznej uwaznosci, sztuki kondensacji, skrotu. Zatem oczekiwac mozna bylo od Mrozka - na podstawie tytulu! - zapisu jednostkowych doswiadczen. W koncu, do diabla, nie powrocil z Zakopanego po tygodniowym urlopie. Tymczasem z lektury Dziennika wyniesc mozna wrazenie niekoniecznosci: pisarz wcale nie odczuwal koniecznosci zapisywania dzien po dniu swojego powrotu, wiec w jego ksiazce moglo sie pojawic wszystko. A bez tej koniecznosci zostaje wlasnie felieton - jako odruch, obowiazek, sposob powrotu.
Wcale nie dziennik
Dziennik powrotu nie jest dziennikiem - sklada sie
z cotygodniowych felietonow pisanych dla Gazety Wyborczej.
W tym sensie ksiazka ta ulozyla sie sama - z biezacych zapiskow,
obserwacji, przezyc, a takze z checi odswiezenia kontaktu
z krajowym czytelnikiem.
Ale temu czytelnikowi Mrozek od razu zapowiada, ze nie bedzie sie zajmowal nowa Polska. Mozna by powiedziec: no pewnie! Przeciez to, co nowe w Polsce, jest takie samo, jak w calej Europie Srodkowej: banki, supermarkety, coraz bogatsze srodmiescia i coraz ohydniejsze obrzeza. Im bardziej Warszawa czy Krakow przypominaja, chociazby ze wzgledu na McDonaldy, inne miasta Europy, tym mniej jest o czym pisac, czemu sie dziwic, notowac nowe. Mrozek jednak inaczej to uzasadnia: "Felietonista powinien byc wprowadzony w sprawy swego kraju i tego swiata, a nawet wiedziec o nich wiecej niz jego czytelnicy [...]. Tymczasem ze mna jest zupelnie odwrotnie, to znaczy: kazdy czytelnik wie o Polsce wiecej niz ja, a moja publicystyczna wiedza o swiecie wspolczesnym tez stala sie nietega" (s. 63). A zatem nie bedzie ani o Polsce (szkoda), ani o swiecie wspolczesnym (uff!). Co zostaje? "Polak dzisiejszy, a wiem to od polskich felietonistow wlasnie, cierpi na utrate czy tez nadwatlenie tozsamosci. W tym mi brat! Ja rowniez na to cierpie [...]. Ja takze juz nie wiem, kim jestem [...]. Wiec piszac tylko o sobie [...], byc moze bede mogl sie podlaczyc do ogolnej, spolecznej rozterki" (s. 65). I tu lezy przyczyna letniosci, blahosci tej ksiazki - w upodobnieniu: oto Mrozek najpierw oswiadczyl, ze nie bedzie pisal o Polsce i swiecie, bo sie na tym nie zna, a potem zadeklarowal swoja obcosc. I byloby swietnie wiedziec, ze jest wsrod nas taki Swojski Obcy, co to niby wszystko rozumie, a zarazem ustawicznie sie dziwuje roznym glupstwom. Ale Mrozek natychmiast dodaje, ze w swoim nadwatleniu tozsamosci jest "jak wszyscy". Mniejsza o nietrafnosc tego rozpoznania (polowa klotni w Polsce wynika z radykalnych roznic pomiedzy niezachwianymi pewnosciami); wazniejsze, ze pisarz ustawia samego siebie jako podobnego do nas. Stad tez jego spojrzenie na nasza rzeczywistosc jest takie, jak nasze - ani odkrywcze, ani nadto zadziorne, ani glebokie. Czy ta ofiara byla potrzebna? Czy musial wyjsc na powierzchownego, niekoniecznie dowcipnego i nie zawsze madrego felietoniste - a wszystko po to, by nie roznic sie od nas?
W sprawie k...
Ale jest tu kilka swietnych tekstow - takich, ktore moglyby wejsc do antologii felietonu polskiego z lat 90. Na przyklad odkrywczy tekst tlumaczacy lewicowosc i prawicowosc jako pochodne ludzkich temperamentow. Albo felieton z kwietnia 1997 r. o projekcie konstytucji, wyprzedzajacy aktualna, toczona na lamach miesiecznika Znak (nr 4 z 2000 r.) dyskusje o wznioslosci i stylu wysokim. Mrozek, podsuwajac argumenty nastepnym dyskutantom, wytyka ustawie zasadniczej sprzecznosc: powinna byc dla mas, a jest dla intelektualistow, powinna byc zrozumiala, a jest elitarna. I stad jego skromny postulat: "[...] w imieniu ludu umeczonego kultura wysoka prosze o minimum: zeby w projekcie konstytucji umiescic choc raz slowo 'kurwa'. Zeby przyblizyc i udostepnic" (s. 98). Jest w tym tekscie i skrot, i trafnosc rozpoznania, i kapitalna dwuznacznosc zawarta w przygnebiajacej sugestii, ze dla "pana Miecia, pana Bola, a nawet pana Slawusia" bez "kurwy" nie ma demokracji. Ale i na tym nie koniec. Bo w felietonie nieco wczesniejszym Mrozek narzeka: "W Polsce jest plasko, ale nie ma przestrzeni. [...] jest ciasno i pewnie dlatego tylu jest w Polsce poetow. [...] Poezja jest przestrzenia mowy. Mowa, nawet potoczna, bylaby nam przestrzenia, gdyby monotonne 'kurwa-kurwa-kurwa' nie bylo sadzone tak gesto, ze kazde inne slowo z trudem sie w nia wciska" (s. 80). Wspaniala jest ta Mrozkowa niekonsekwencja (w koncu za malo czy za duzo tej "kurwy"?), ale bardzo rzadko napotkamy ja w ksiazce. A wynika ona z czegos zupelnie innego niz z "nadwatlonej tozsamosci". Tak pisze ktos, kto dobrze wie, kim jest i kto potrafi bronic swojej osobnosci. W calej ksiazce tego chyba najbardziej brakuje - Mrozkowej checi bycia osobnym. Moze tedy "powrot" w jego Dzienniku oznacza wlasnie rezygnacje z innosci, chec wejscia pomiedzy nas i rozpoznania siebie w codziennosci, normalnosci?
"Nie jestesmy Absurdem Narodow"
Jaka jest ta nasza nowa codziennosc? Absurdalna - odpowie kazdy, kto uczyl sie analizy realnego socjalizmu z pism Mrozka. Ale pisarz - moze wlasnie dlatego, ze kojarzony z tym pojeciem w sposob automatyczny - zastrzega: "[...] nie ma zadnego absurdu, bywa tylko nieudolnosc, glupota, zla wola, niedostatki infrastruktury albo po prostu przypadek. Nie opisze wiec 'polskiego absurdu', gdyz uwazam, ze nie ma takiego. Nie wierze, ze teraz jestesmy 'Absurdem Narodow', jak kiedys bylismy 'Chrystusem Narodow', 'Sumieniem Europy' i 'Przedmurzem Chrzescijanstwa'. Nie badzmy megalomanami, tym razem w negatywie, jesli w pozytywie sie nie da" (s. 85). Mam wrazenie, ze Mrozek probuje tutaj - bardzo szlachetnie - zaklinac polska rzeczywistosc, probuje wepchnac ja w koleiny normalnosci, czyli w rejony, gdzie swiat zalezy od kompetencji, wiedzy, dobrej woli. Latwo byloby mu przeciez odpowiedziec: z pomieszania dobrych checi i glupoty, skrzyzowania troski i bezwzglednosci, splotu poczucia misji i chamstwa rodzi sie czesto w Polsce nienormalnosc i absurd. Byc moze jednak Mrozkowi chodzi o to samo - o prawo do nazywania rzeczy po imieniu, bez powolywania sie na wymyslne kategorie estetyczne, ktore zaczna pelnic role usprawiedliwien.
Stad tez pisarz wybiera za przedmiot swojej felietonowej obserwacji polska codziennosc. Pisze nie o tym, co nowe, lecz o polskich rzeczach niezmiennych - tych, ktore przetrwaly i przetrwaja kazda zmiane (nawet tak blaha, jak zmiana ustroju): o politykach, ktorzy plota bzdury stylem wysokim, o chamstwie szerzacym sie na ulicach, o zyciu publicznym, ktorym miotaja nasze humory, o kruchosci i plytkosci polskiej stabilizacji, o rodzimym niedorobstwie i braku profesjonalizmu, o polskiej niecheci do Polski. Juz po kilku felietonach Dziennika powrotu czujemy, ze autor jest bardziej stad niz z oddali, bardziej swoj niz obcy, bardziej nasz niz miedzynarodowy. Juz chloszcze nas jak inni felietonisci, juz przynudza po naszemu i jak my zamienia szczegolowe w ogolne, a ogolne w ogolnikowe. Troche smiesznie, troche madrze, troche melancholijnie. Czyli tak, jak powinno byc w felietonie.
Nie nalezy przeciez oczekiwac od tego gatunku, ze polaczy glebie filozofii, przekrojowosc socjologii i panoramicznosc historii. Innymi slowy: felietonista jest tylko felietonista, a nie skrzyzowaniem Kolakowskiego, Baumana i Daviesa. Kiedy wiec przeczytamy ksiazke Mrozka na prawach przez niego zaproponowanych, odsloni sie przed nami frapujace oblicze autora. Przede wszystkim widac, ze tkwi w nim bardzo cenna nadwyzka obywatelskiej troski, dla ktorej znajduje formy zroznicowane (od monologu i skeczu, poprzez scenke az do eseju), za to nieagresywne. Przybyl nam zatem felietonista z klasa: ironiczny, ale nie tak zlosliwy jak Marek Gronski z Polityki, wyrafinowany, ale nie tak literacki jak Jerzy Pilch, a nade wszystko wyrazisty w swoich sadach o rzeczywistosci. Nie calej, bo dzieki ostremu wykresleniu tematow, ktorymi nie bedzie sie zajmowal, Mrozek obsadzil role obserwatora tych zachowan polskiego spoleczenstwa, ktore zmieniaja sie wolniej niz ustroje i rzadzace partie. Tropi skamieliny rodzimego charakteru i rodzimej mentalnosci, sprawdzajac, czy nie stoja na drodze do normalnego zycia. Oczywiscie zalezy mu na normalnosci o podwyzszonym standardzie, strzezonym przez przyzwoitosc i poczucie humoru. Bo jesli dobrze rozumiem intencje autora, w takim wlasnie - normalnym - kraju chce zyc. I to juz ostatni powod, dla ktorego jeszcze do Polski nie powrocil. My tez.
----------------------------
Slawomir Mrozek, Dziennik powrotu, Noir sur Blanc, Warszawa 2000, s. 264, cena 17 dol. plus NY tax i 4.50 dol. porto w przypadku zamowienia z przesylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |