Kilka mysli po smierci Jerzego Giedroycia
Wiadomosc zlapala mnie na ulicy. Szlam wesola, cieszac sie bialymi chmurami
przelatujacymi po niebie. Jednakze "zle wiesci podrozuja szybko" - szybciej
niz chmury. Maz, ktory nigdy nie wie, gdzie jestem, znalazl mnie blyskawicznie.
Wbrew logice wiesc, ze nie zyje (Redaktor dzwigal juz dziesiaty krzyzyk), byla
dla mnie nie tylko gromem, ale faktem absolutnie niemozliwym do przyjecia.
We wrzesniowym numerze swoich stalych korespondencji do Kultury pt.
"Kartki ze skazonej strefy" napisalam: "spadaja jak gruchy z drzewa", majac
na mysli prawie jednoczesna smierc ks. Jozefa Tischnera i ks. Andrzeja Zuberbiera,
Gustawa Herlinga-Grudzinskiego i Jana Karskiego. Ani przez sekunde nie przeszlo
mi przez glowe, ze wkrotce moze podazyc za nimi Jerzy Giedroyc, najstarszy z
nich.
Mial zyc, bo byl nam potrzebny. Kto procz niego wyrabie nam prawde w oczy?
Gdzie znajdziemy Polaka takiego formatu? Polaka nie odwolujacego sie do wyswiechtanych
(bo wrednie naduzywanych) slow "patriotyzm i ojczyzna", ale zyjacego tylko dla
niej? (Nie lubil nawet wyrazenia "racja stanu", wolal mowic, ze po prostu zajmuje
sie sprawami polskimi.)
Byl czlowiekiem bezblednie poinformowanym o tym, co dzieje sie w kraju. Unikat
posrod emigrantow. Niektorzy robili mu zarzut, ze nie przyjezdza. Nie musial.
A nawet nie mogl. Nie widze go we fleszach kamer, w laudacjach, holdach. Nie
znosil tego; nie wspominajac o zdrowiu. Gdy go poznalam przed z gora dziesieciu
laty, mial juz powazne trudnosci z chodzeniem.
Jego smierc zaskoczyla mnie rowniez dlatego, ze w telefonach i listach byl
tak niesamowicie mlody! Zywo reagujacy, skrotowo dowcipny. Mam tych listow blisko
setke. (Nalezal do tej wymarlej kasty, ktorej kindersztuba kazala natychmiast
odpowiadac kazdemu, kto sie do niego zwrocil.)
Leza przede mna dwa jego listy. Jeden z data 8 wrzesnia br. (piec dni przed
smiercia): Dziekuje za KARTKI. Bardzo dobre... Martwia mnie Pani klopoty
ze zdrowiem. U nas wszystko bez zmian. Normalnie... Drugi wczesniejszy:
(z 2 sierpnia): ... Bardzo jestem ciekaw Pani ksiazki (Ale sie porabalo,
wyd. RYTM - przyp. EB) i zaluje, ze zapomniala Pani ja przyslac, bo chetnie
bym sie z nia zapoznal... Zosia juz wyszla z nastepstw pogryzienia (przez
ulubienca domu, spaniela Faksa - przyp. EB) i zastanawiamy sie, kto bedzie
kolejna ofiara...
Nie bedzie nia Redaktor; nie zapoznam sie z jego krytyka mojej ksiazki. Juz
sie nie odezwie. Nie odpisze. A odpisywal bez ceregieli, merytorycznie. Nie
znosil wobec siebie postawy na kolanach, tym bardziej sam przed nikim nie klekal.
Moj ostatni list do niego byl paskudny: po raz kolejny zarzucalam mu w ostrych
slowach (wiedzac, ze nie ma na to wplywu), iz krajowe wydanie Kultury spoznia sie; nie nadaza za wypadkami i przez to Kultura nie dotrzymuje
kroku krajowej prasie. Pocieszam sie, ze mu tego listu juz nie doreczono.
Mozna bylo mu powiedziec wszystko, nigdy sie nie obrazal, ale sadze, ze spadek
czytelnictwa Kultury (naturalny wobec wolnej konkurencji) bolal go i
tego bolu nie gasilo uznanie jego osoby.
Adam Michnik napisal, ze zycie mial trudne, ale lekka smierc: we snie. Oby!
Za zycia powtarzal, ze latwiej byloby mu zamknac oczy, gdyby w Polsce widzial
czlowieka z szeroka wizja przyszlosci. Rysuje sie taki na widnokregu? Strach
sie rozejrzec...
Laczylo mnie z Giedroyciem - zwazywszy proporcje - pesymistyczne spojrzenie
na rzeczywistosc. Zdarzalo sie, ze absolutnie o tym nie wiedzac pisalismy to
samo: on w "Notatkach Redaktora", ja - w "Kartkach".
Mowiono, ze Giedroyc kracze, ze przyczernia. Moim zdaniem mowil prawde i tylko
prawde. W najgorszych przewidywaniach nie przypuszczal, ze tak nieudolnie i
chciwie "zagospodarujemy" dziesiec lat niebywalej szansy.
Gdy wymienialismy listy, gdy siadalam naprzeciw niego w jego przeszklonym "lafickim"
gabinecie, czulismy takie samo zdziwienie: co sie, u diabla, stalo z Polakami?
Wbrew powszechnej opinii, ze Redaktor jest osoba nieprzystepna, wyniosla, wrecz
paralizujaca czlowieka jak pajak muche, znalazlam w nim niezrownanego rozmowce
i bliskosc. Nie byla to poufalosc na zasadzie brat-lata. Z malo kim przechodzil
na ty. Z Zofia Hertz, najblizsza wspolpracownica, zabralo mu to dwa lata, a
pracowali w czasie wojny biurko w biurko. Jedynie Adam Michnik mowil mu "Jerzy"
od wczesnej mlodosci; ale on wszystko potrafi.
Z Redaktora Kultury emanowala trudna do ujecia w slowa atmosfera zawierzenia.
Moglam mu opowiedziec wszystko, o kazdym swoim swinstwie. Nie rozgrzeszal, ale
rozumial i od razu myslal, jak zaradzic. Nie ruszajac sie z miejsca byl czlowiekiem
czynu. Traktowal ludzi rowno; nie znosil hierarchizowania. Byl zaprzeczeniem
jakiegokolwiek snobizmu. Nie pytal o referencje, ani skad sie przychodzi.
Moim szefem przez dziesiec lat byl Jerzy Turowicz, czlowiek podobnego formatu,
ale daleko lagodniejszy od Giedroycia. Przenigdy nie zdobylabym sie na powiedzenie
Turowiczowi np.: "Pan mi pachnie masonem...". Sadze, ze obaj mieli na temat
masonerii podobne zdania, chodzi o styl bycia. Wobec Turowicza taka kolokwialnosc
bylaby nie na miejscu.
Atmosfere zawierzenia stwarzal nie tylko Jerzy Giedroyc, ale caly "laficki
falanster". Rowniez pani Zofia Hertz, ktora, obawiam sie, irytowalam. Mimo cietego
jezyka i surowosci sadu, miala w sobie szeroko pojeta wyrozumialosc i zdolnosc
przygarniania.
O atmosferze zawierzenia moga swiadczyc dzieje Czeslawa Milosza "na paryskim
bruku". Swiadczy rowniez Andrzej Stawar, czlowiek z innej "parafii", marksista.
Przed laty, umierajacy, zjawil sie w Maisons-Laffitte, zeby tam umrzec, powierzajac
Giedroyciowi swoj pismienniczy dorobek.
Giedroycia obarcza sie pojemnym epitetem "antyklerykal". Nie byl nim. Po prostu
nie slal sie przed sutanna, traktowal duchownych tak jak wszystkich innych.
Jezeli mial zarzuty, to wobec Kosciola-instytucji, nie wobec wiary. Spytalam
go wprost, czy wierzy. Odpowiedzial bez wahania, ze tak; "ale jestem jakos indyferentny",
dodal usprawiedliwiajaco. W jego rozumieniu znaczylo to, ze nie dosc sie przyklada
sie do spraw religii. Nie umialby tego czynic powierzchownie, byla to zbyt wazna
dziedzina. Sadze, ze z biegiem lat bolal coraz bardziej nad sprawami, jakie
zaniedbal. Na przyklad, nad blizszym kontaktem z matka. Urodzila go majac siedemnascie
lat, bardzo ja kochal, ale juz jako uczen bez reszty oddal sie sprawom spolecznym
i polityce.
Przelomem w jego zyciu bylo zabojstwo pierwszego polskiego prezydenta Gabriela
Narutowicza. Na wiadomosc o zbrodni jego koledzy z gimnazjum Zamoyskiego klaskali.
Reakcja ta wstrzasnela nim i w jakiejs mierze zadecydowala o calym jego pozniejszym
zyciu podporzadkowanym krajowi.
Natura Giedroycia nie znosila biadolenia. Nie ograniczal sie do wytykania bledow.
Patrzac na nasza rzeczywistosc, swiatelko dostrzegal na Prowincji, prowincji
przez duze P. Stawial na "male ojczyzny". Mial sygnaly, ze to stamtad, od inteligencji
malych miast przyjdzie ozdrowienczy podmuch. Pisal mi o tym, zachecal do zajecia
sie tymi sprawami w "Kartkach". Nie sluchalam, odpowiadalam, ze nie zrobi ze
mnie spolecznicy. To on byl Przeleckim, nie ja. Na Prowincji mial najwiecej
abonentow; tam bedzie po nim prawdziwy placz.
Podpowiadal tematy. Zanim Kazachstanem zainteresowal sie kraj, on juz tam mnie
wysylal. Stal na stanowisku, ze trzeba stworzyc w tym dalekim zakatku polskie
lobby. Nie masowo repatriowac ludnosc polskiego pochodzenia, ale wylawiac zdolnych
i wysylac do Polski na studia. Myslal dalekowzrocznie: mieli wracac i budowac
na miejscu polski przyczolek kultury. Gdy go zawiadomilam, ze nie pojade, bo
nie znam rosyjskiego, odpowiedz byla natychmiastowa: zapisac sie na kurs jezyka!
Odpytywal mnie potem, jakie robie postepy.
Czesto jego upor identyfikuje sie z zawzietoscia. Nieprawda. Nie byl czlowiekiem
pamietliwym ani msciwym. Przebaczal. Stwierdzam to na wlasnym przykladzie. Nie
powiadomilam go, ze pisze o nim ksiazke. Dowiadywal sie o tym z fragmentow publikowanych
po pismach. Zrobilam mu zwykle swinstwo. Liczyl jednak, ze mu calosc przed drukiem
pokaze. Nie chodzilo o zadne ocenzurowanie, ale o eliminacje pomylek. Nie zrobilam
tego. Byl na mnie wsciekly, ale nie zaniechal wspolpracy, a wkrotce urazy zapomnial.
Na dobre zaczelam pisac do Kultury, kiedy jej wyjatkowosc przestala
istniec. Na wolnym rynku zaroilo sie od wolnych pism. Jednakze w Kulturze ujmowalo mnie cos, czego nie mialy inne renomowane gazety: Giedroyc nie zamykal
sie w zadnej opcji, nie uznawal zadnego lobby, zadnego "po znajomosci". Liczyl
sie tekst. Nie patyczkowal sie z autorem. Bezwzglednie odrzucal buble i mowil
to bezpardonowo. Wystarczy poczytac na koncu kazdego wydania Kultury "Odpowiedzi redakcji". Niektorzy zaczynali lekture od tej rubryczki dla jej
okrutnego dowcipu.
Zwierzyl mi sie, ze przed wojna, kiedy redagowal Bunt Mlodych, a potem Polityke, wiele artykulow znakomitych publicystow (np. poleglego w czasie
wojny Adolfa Bochenskiego) ladowalo w koszu. Wolal odrzucac, niz bawic sie w
doglebna adiustacje. Mysle, ze wynikalo to z szacunku dla czyjejs wizji i stylu.
Skracal tekst, gdy wymagala tego logika, zawsze pytajac autora, czy mozna.
Ciagle z nim w mysli obcowalam, ale jak to bywa z bliskimi osobami, nurtujace
sprawy odkladalam na pozniej. Teraz nie moge odzalowac, ze nie zadalam mu pytan
chodzacych mi po glowie. Za pozno zdalam sobie sprawe, jak gleboko praktyczny
sens ma znane powiedzenie wyjete z wiersza ksiedza Twardowskiego: Spieszmy
sie kochac ludzi...
Ewa Berberyusz
Warszawa, 20 wrzesnia 2000 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |