[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (20 pazdziernika 2000)


Obrazy smierci

Z Anna Krol, kuratorka wystawy w krakowskim Muzeum Narodowym, rozmawia Anna Szczucka

W Muzeum Narodowym w Krakowie od niedawna mozna ogladac wystawe "Obrazy smierci w sztuce polskiej XIX i XX wieku". Wybor tematu nie jest przypadkowy. Jak pisza autorzy w katalogu: "W powszechnym odczuciu rok 2000 uwazany jest za rok symboliczny, jest to bowiem koniec jednego tysiaclecia i zarazem wstep do nastepnego... czas ‘smierci’ starego i ‘narodzin’ nowego rozdzialu dziejow". Autorka koncepcji i scenariusza jest pani Anna Krol, kustosz Dzialu Malarstwa w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Anna Szczucka: - Dlaczego z tych dwoch granicznych momentow wybrala Pani wlasnie smierc?

Anna Krol: - Poniewaz jest to w naszym zyciu podstawowa tematyka, dotyka nas wszystkich, nurtuje, niepokoi. Jednoczesnie wlasnie zagadnienie smierci jest oblozone jakims tabu. O tym nie rozmawia sie na co dzien, tego sie boimy, odsuwamy od siebie. Wiemy, ze wszystkich nas czeka, ale nie chcemy przygotowywac sie do tego i przygotowywac bliskich. Osoby chore izolujemy, szczegolnie ukrywajac je przed dziecmi. Znamienne, ze dzieci bardzo czesto nawet nie bierzemy ze soba na cmentarz, takze nie pokazujemy im chorych bliskich - dziadkow, rodzicow. Jakby odsuwajac to, co jest wpisane w nature i co powinno byc naturalne. Smierc pozostaje tematem tabu.

Ta wystawa wpisuje sie w caly wielki temat rozwazan o smierci podejmowanych w rozny sposob, roznymi glosami wlasnie teraz, w ostatnich dniach tysiaclecia (na przyklad Krzysztof Zanussi robi to w najnowszym filmie). Czy to jakis znak kondycji naszej polskiej psychiki, znak naszego pesymizmu?

Mnie temat interesuje od dawna, wiec nie jest to moze wynikiem akurat specjalnego momentu. Sam pomysl wystawy zrodzil sie prawie piec lat temu. Ale uznalam, ze teraz wlasnie jest dobry pretekst do jej pokazania. Przelom wiekow, cos sie konczy i cos zaczyna. Takim cezurom zawsze towarzyszyl lek, lek przed tym, co bedzie. To, co sie konczy, jest znane, oswojone, a to nowe - nieznane. Tak bylo rowniez na przelomie pierwszego i drugiego tysiaclecia. Mamy tego swiadectwa w malarstwie, w zrodlach pisanych.

W ostatnich latach na Zachodzie rowniez byl podejmowany temat smierci, przykladem wielka wystawa londynska. Ale chyba rzeczywiscie z troche innej perspektywy, troche inaczej. Moze jest pewnym zaskoczeniem, ze w naszym, wlasciwie katolickim kraju, smierc napawa takim lekiem, wrecz przerazeniem. A gdzie nadzieja zycia wiecznego, zbawienia?

Smierc to w istocie narodziny; smierc jest "brama", jest przejsciem do zycia innego, do innej egzystencji, ale jednak. Nie jest koncem, po ktorym juz nie ma niczego, nic na czlowieka nie czeka. Przeciez smierc jako przejscie wlasnie jest wpisana w cale nasze zycie, nadaje mu sens, wyznacza granice postepowania. Jest w nim czystosc i grzech, pokuta i rozgrzeszenie. To wszystko nabiera sensu dopiero w kontekscie zycia wiecznego, nie doczesnosci.

- Wspomniala Pani o uniwersalnosci leku czasu przelomu. Na wystawie mozemy odniesc sie do tego, ktory towarzyszyl koncowi wieku XIX, jest tu wiele prac z tego okresu.

- Wcale nie tak wiele. I to bylo rowniez dla mnie zaskoczeniem, ze rozwazania o smierci obecne w literaturze, w filozofii, nie znalazly tak wielkiego odzewu w sztukach plastycznych. Pojawia sie motyw pogrzebow, ale czesto jako pretekst do ukazania czegos innego, barwnego folkloru, na przyklad.

Rowniez znamienne jest, ze w polskiej sztuce - w przeciwienstwie do europejskiej z konca XIX wieku - nie bylo tematu samobojstwa. To rowniez zdumiewajace odkrycie. Moze polski tworca tego okresu nie odczuwal takich rozterek egzystencjalnych. Smierc z wyboru - tak, ale tylko jako samobojstwo na oltarzu ojczyzny. Jest Wanda, ktora wybiera smierc w Wisle, bo "nie chciala Niemca", jest Konrad, sa powstancy, mamy grafike Grottgera. Jest problem losu ojczyzny, narodu, nie ma indywidualnych rozterek czlowieka, artysty, wyboru smierci z niemocy tworczej czy tragicznego wlasnego zycia. Smierc jako problem egzystencjalny pojawia sie bardzo rzadko w polskim malarstwie konca XIX wieku - na krotko zaistniala dopiero okolo 1900 roku, na przyklad u Weissa.

- Natomiast patrzac na wspolczesne przyklady ujecia tematu w obrazach Miroslawa Sikorskiego, Tadeusza Boruty czy Grzegorza Kowalskiego, w rzezbach Aliny Szapocznikow - uderza zmaterializowanie tematu smierci, sprowadzenie szczatkow do rangi jedynie jednego z wielu przedmiotow. Jest w tym nawet jakis rodzaj fascynacji smiercia jako rozkladem materii.

- Cos w tym jest, jakas fascynacja procesem przemiany czlowieka w martwe cialo, trupa, zwloki, w cos, co jest juz tylko przedmiotem. Gdy uleci z czlowieka duch zycia, zostaje cialo, ktore jest ubezwlasnowolnione, jest poddawane roznym zabiegom w kostnicy, w zakladach pogrzebowych. Czlowiek staje sie jakby odarty z godnosci.

Co ciekawe, ten temat prawie nie istnial w naszej sztuce dziewietnastowiecznej. Nie bylo tam wyobrazenia trupa. Bardzo znaczace sa dwa obrazy pokazane na wystawie: Marcelego Harasimowicza Zdobycz krukow oraz jeszcze bardziej poruszajacy Zachod slonca Ludwika de Laveauxa. Trup gra tu role raczej epizodu, jest czescia wiekszej opowiesci, elementem krajobrazu. Na obrazie de Laveauxa widzimy przede wszystkim impresje zachodzacego nad morzem slonca, dopiero po chwili w tych ostatnich promieniach dostrzegamy wyrzucone na brzeg cialo topielca. Trup jako temat nie istnial.

Natomiast dzisiaj media lansuja prawie wylacznie obrazy takiej uprzedmiotowionej, odartej z godnosci smierci. Smierc spospolitowala sie glownie przez dzialanie telewizji i zostala pozbawiona godnosci. Jest trup, a raczej trup zwielokrotniony, masowe masakry, pojedyncza smierc nie jest warta pokazywania. Ta wystawa jest tez moim sprzeciwem przeciwko temu. Obrazy okrucienstwa, zabijania, agonii, zdjecia masowych mordow towarzysza naszemu zyciu codziennemu. Te obrazy ogladamy wcale nierzadko w wieczornych wiadomosciach w porze kolacji. Ta smierc jest nam obca, uprzedmiotowiona, nie przeszkadza, przechodzimy nad nia do porzadku dziennego. A jednoczesnie milczymy o smierci naszej, bliskiej, prawdziwej. Temat tabu.

Tutaj, w muzeum, okazuje sie, ze ludzie zaczynaja o tym myslec w innych kategoriach, ze prawdziwe obrazy moga poruszyc, moga jeszcze ludzmi wstrzasnac, moga zmusic do zastanowienia. Na wernisazu uslyszalam: "O Boze, ta wystawa przeraza". Z drugiej strony, juz po jej obejrzeniu ludzie wychodza z sal uspokojeni. Jest wstrzas, ale wlasnie ten wstrzas jest w stanie zatrzymac ludzi pedzacych przez zycie. Dokad?

Widac, ze ludzi jednak moze jeszcze cokolwiek przerazic, poruszyc, i nie sa to wampiry, komputerowo projektowane potwory, dziesiatki trupow, sztuczna czy prawdziwa krew na ekranie. Robia to wlasnie te obrazy czy rzezby. To zwyciestwo prawdziwej sztuki nad rzeczywistoscia kreowana w mediach.

- Wystawa sklada sie z czterech czesci. Jest "Taniec smierci", "Nasza smierc", "Smierc i Polska" oraz aneks "Cmentarze". Ludzie wychodzacy z ekspozycji narzekaja, ze trudno sie na niej odnalezc, ze sie gubia. Czy nie byl to celowy zabieg stworzenia czegos na ksztalt labiryntu, w ktorym mozemy troche bladzic przechodzac ze strefy do strefy, czesto wracajac do tej samej po kilka razy; bladzimy i nie ogarniamy od razu calosci i nie odgadujemy konca?

- Nie jestesmy jeszcze za bardzo przyzwyczajeni do wystaw problemowych, jakie na Zachodzie robi sie od dawna. Umiemy poruszac sie po kolekcji, wystawie monograficznej, gdzie temat jest bardziej czytelny, prowadzony linearnie. Nie umiemy natomiast "czytac" wystaw, ktorych tematem jest problem, zagadnienie, a nie sylwetka artysty czy grupy, okres w sztuce, jakas epoka.

Ta wystawa jest wyjatkowo przejrzyscie zorganizowana i zaopatrzona w dobra informacje pomagajaca w poruszaniu sie po niej. Jest folder z zalaczonym planikiem, dzieki ktoremu kazdy moze wybrac sobie sposob zwiedzania. Jest duzy plan przed wejsciem do sal. Sama na wystawach zawsze najpierw ogladam calosc, a potem dopiero chodze wybranymi, wypatrzonymi sciezkami. Ale kazdy ma swoja metode. Dziela sa zgrupowane tematycznie i zawsze mozna sie zorientowac, w ktorym jestesmy miejscu, jaki problem jest tu istotny, dlaczego dany obraz wisi wlasnie tutaj.

Ale rowniez jest w tym cos z labiryntu, to dobre spostrzezenie. To zasluga przede wszystkim aranzacji Adama Brinckena, pod ktorego okiem robilismy te wszystkie "najscia kamery", perspektywiczne skroty, organizowalismy przestrzenie. Bez tej jasnej koncepcji moglby tu zapanowac chaos, przeciez mielismy do czynienia z ogromnie bogatym i roznorodnym materialem wyszukiwanym, wybieranym w ciagu pieciu lat, a przygotowywanym juz konkretnie pod katem wystawy przez ostanie dwa lata.

- Dziekuje Pani za rozmowe.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail